Reklama

Reklama

Matki bez serca

Zabiłam w sobie matkę

Weronika (36 lat), córka Zofii (68 lat). Z dzieciństwa pamięta krzyk mamy, płacz siostry i to, że żadna z nich nigdy nie spełniała rodzicielskich wymagań. Wyjechała za granicę wkrótce po maturze - od sześciu lat nie utrzymuje z Zofią żadnych kontaktów.

Reklama

- Moje pierwsze wspomnienie związane z mamą: idziemy razem do sklepu, przed wejściem stoi kudłaty psiak. Wyciągam do niego rękę, a on mnie łapie zębami i zostawia krwawe draśnięcie. Płaczę, a potem za to obrywam, bo zaczepiłam obcego psa, a nie wolno. "I przestań się mazać, głupia dziewucho! Sama sobie biedy napytałaś, to teraz bądź cicho!" To jest chyba pierwsza lekcja pod tytułem: cokolwiek złego mnie spotka, jest to moja wina. Dlatego gdy parę lat później wynajęta przez mamę opiekunka zaczyna się nade mną znęcać pod nieobecność rodziców, boję się do tego przyznać - przecież na pewno zasłużyłam.

- Mama też często daje mi klapsy, i to w najbardziej niespodziewanych momentach. Po prostu wiem, że ją irytuję. To przeze mnie. Przytula mnie rzadko, u nas w domu nie ma takiego zwyczaju, żeby brać dzieci na kolana albo mówić im, że się je kocha. Kiedyś mama żartem opowiada, jak to było z moją pierwszą kąpielą po powrocie ze szpitala - podobno darłam się wniebogłosy, a ona była czerwona ze zdenerwowania i miała ochotę trzepnąć mnie w gołą pupę.

- "Twój tata musiał stać obok, głaskać mnie po ręce i powtarzać: Nie denerwuj się, Zosieńko! Gdyby nie on, na pewno bym się nie powstrzymała!", mama prawie zatacza się ze śmiechu. Wyraźnie bawi ją opowiadanie, jaką jestem niezdarą, mazgajem i jak bardzo ona ma mnie dość. A mama jest nerwowa i gniewa się o wszystko: o krzywo narysowany szlaczek i bałagan w pokoju. Niedbale zapleciony warkocz, rozwiązana sznurówka. Głupstwa? Za takie głupstwa dostaję wierzchem ręki, szmatą kuchenną, raz smyczą i kablem od żelazka.

- No i ten krzyk... Do dzisiaj sytuacje, w których ktoś podnosi głos, wywołują we mnie atak paniki - czuję się, jakby zapadł wyrok i jakbym miała za chwilę umrzeć. To uczucie towarzyszy mi w dzieciństwie każdego dnia: gdy podrę rajstopy, gdy zgubię piłkę albo - nie daj Bóg! - coś stłukę. Każda sytuacja jest potencjalnym zagrożeniem. Zwłaszcza konieczność odrabiania lekcji przyprawia mnie o nerwowy skurcz żołądka: muszę robić wszystko idealnie, nie mam prawa do pomyłki. Błąd w równaniach? "Idź, ty kretynie!", mama rzuca książką o podłogę i wychodzi z pokoju.

- No właśnie, inwektywy. Są na porządku dziennym: kretyn, debil, idiota przyklejają się do nas na stałe. Częściej nawet do młodszej siostry niż do mnie: jest jeszcze mniej pojętna niż ja i mama patrzy na nią z odrazą - w jej oczach liczą się tylko ideały. Ale my obie jesteśmy wybrakowane, mamy widoczne defekty: ja niewielką ortopedyczną skazę, która sprawia, że nie jestem tak sprawna i zgrabna jak inne dzieci, lekko utykam, natomiast siostra słabo się uczy, szczególnie fatalnie idzie jej matematyka.

- Gdy zaczyna się denerwować, wpada w kompletny stupor, zapomina wszystko, czego się wcześniej nauczyła, nie umie wykonać najprostszego dodawania czy odejmowania, wszystkie liczby jej się plączą. Co roku nauczyciele grożą, że zostawią ją w tej samej klasie. Te hiobowe wieści przynosi z zebrań w szkole tata - mama nie może na nie chodzić, bo puszczają jej nerwy. W domu, gdy tata zdaje relację z tego, co mówiono na wywiadówce, ona zaciska z rozczarowania usta. Zostaje tylko wąziutka, fioletowa linia. Jak my się jej wtedy boimy! Staramy się nie wychodzić z pokoju, nie przypominać o swoim istnieniu.

- Do dziś pamiętam, jak rodzice w salonie prowadzili "poważną rozmowę" na temat problemów szkolnych Tereni, a mnie straszliwie chciało się siusiu. Nie mogłam iść do łazienki, bo musiałabym minąć drzwi do salonu, mama by mnie zobaczyła i... No właśnie i co?

- Nie mam pojęcia, co mogłoby się stać - mój strach był kompletnie irracjonalny. Tak długo wstrzymywałam tego wieczoru mocz, że gdy już dobrnęłam do ubikacji, płakałam z bólu. Dla mamy nasza obecność, sam fakt istnienia jest źródłem nieustającej frustracji.

- Kiedyś w odwiedziny przychodzi jej koleżanka z pracy i zaczyna opowiadać o swoim bardzo uzdolnionym synku. "Ach, a wiesz, Werka przepięknie rysuje, pan od plastyki mówi, że ma wielki talent. A Tereska to urodzona gospocha i na dodatek taka dobra z polskiego! Pisze najlepsze wypracowania w klasie", słyszymy zdumione. To nieprawda. Nie mam talentu, a Teresa nie pisze najlepszych wypracowań, ale to nieważne: ważne, żeby mama mogła "wygrać" dzięki naszym sukcesom. Choćby wymyślonym.

- Ale kłamstwo to grzech i mama o tym wie. Dlatego gdy tylko za gościem zamykają się drzwi, spogląda na nas z niechęcią i mówi: "Zawsze przynosicie mi wstyd". Aby tego wstydu było jak najmniej, spędza mnóstwo czasu z Teresą nad lekcjami, a ja jestem przerażona, kiedy tylko zasiadają do stołu z książkami. Gdy przechodzą do matematyki, dom wypełnia się krzykiem mamy i płaczem Tereski.

- Kończę piętnaście lat, zaczynam uciekać od krzyku, płaczu i wstydu matki. Spędzam czas u przyjaciół, u sąsiadów, u starszej pani z bloku obok, która uczy mnie robić na drutach. Bywa, że idę na ostatnie piętro, i po prostu siedzę sobie tam w ciszy albo zawijam się w płaszcz, układam tornister pod głową i zasypiam na zimnej podłodze. Mnóstwo czytam. Chodzę na festiwale filmowe, przeglądy. Tworzę własny świat, do którego ona nie ma dostępu. Ale czy chce go mieć?

Lubiła sprawiać mi przykrość

- Moje dojrzewanie staje się momentem, w którym nasza więź, jeśli jakakolwiek była, zostaje ostatecznie zerwana. Śmiesznie to dziś brzmi, ale mama nie przeprowadziła ze mną ani jednej rozmowy na temat miesiączki czy ciąży. W naszym domu "o tych sprawach" w ogóle się nie mówi. To brudne, złe, to "przynosi wstyd". Nawet stanika od niej nie dostałam, ignorowała fakt, że rosną mi piersi - uzbierałam na pierwszy biustonosz z kieszonkowego, kupiłam go w tajemnicy przed rodzicami.

- Z pierwszą wizytą do ginekologa wybieram się około osiemnastych urodzin, towarzyszy mi sąsiadka od drutów. Gdy zwierzam się z tego matce, dostaję w twarz na odlew. Mam siniak pod okiem.

- Do dziś nie do końca rozumiem, czemu mnie uderzyła. Ale i tak się cieszę, że mam tego ginekologa za sobą - mam receptę, kupuję środki antykoncepcyjne. Facet jest dobrym sposobem, żeby dać z domu nogę raz na zawsze. Wakacje. Mamie mówię, że wyjeżdżam na obóz językowy, przynoszę do domu jakieś sfałszowane kwitki. Tymczasem jadę pod namiot z kolegą. Po tym lecie jestem już kobietą, nie dziewczyną, ładną, młodą. A przede wszystkim jestem wolna, bo przekroczyłam barierę tego, co najbardziej w naszym domu zakazane: uprawiałam grzeszny seks. Chyba muszę promieniować szczęściem.

- "Masz bardzo dużą pupę w tych spodniach - cedzi mama na powitanie. - No i widać, że jedna noga jest chudsza...". Ta satysfakcja, z jaką wypowiada te słowa, delektuje się nimi i moją reakcją! Doskonale wie, jak mnie zranić. Chyba wtedy przychodzi mi po raz pierwszy do głowy, że ona mnie po prostu nie lubi. Na jesieni wyprowadzam się z domu - mogę to zrobić, bo zaczynam dorywczo pracować. Najpierw przychodzę na niedzielne obiady, ale z czasem przestaję, bo spotkania są okazją do awantur - matka nie może znieść tego, że żyję sobie bez niej i dobrze się mam.

- Kiedy ją informuję, że zamierzam wyemigrować, bo mój chłopak dostał pracę w Niemczech, jest rozjuszona. "Wyobrażasz sobie, że wyjedziesz i tak mnie zostawisz?! - krzyczy. A ja mówię po prostu: - Tak, wyobrażam to sobie bez trudu". I wyjeżdżam. Jestem z siebie dumna. Jestem silna. Wyrzucam ją z mojego życia. Nie zachowuję się jak dobra córka, nie dzwonię nawet na święta. Ale czy ona zachowywała się jak dobra matka? Jak kochająca matka? Jak matka w ogóle?

Zostawiam ją bez wyrzutów sumienia

- Układam sobie życie tysiąc kilometrów od niej. Robię wszystko, na co mam ochotę, podróżuję, rozpieszczam się. Bez ograniczeń. Nie mam dzieci i nie czuję potrzeby, by je mieć. Od jakiegoś czasu rozważam chirurgiczną sterylizację: po co psuć wątrobę pigułkami. Ktoś ze znajomych powiedział mi, że zabiłam matkę w sobie. Ja bym powiedziała inaczej. Dziś jestem matką sama dla siebie - dobrą, wyrozumiałą, troskliwą, spełniającą zachcianki. Nie da się z zaangażowaniem matkować na dwa fronty.

- Moja siostra poszła inną drogą. Ma troje dzieci. Poświęca wiele czasu i energii temu, by organizować im fajne zabawy, wozić na zajęcia dodatkowe i rozwijać ich potencjał. Ale nie odrabia z nimi lekcji. Mówi, że trauma jest zbyt silna i się boi, że poniosłyby ją nerwy. Gdy ją odwiedzam, obserwuję jak sprząta od szóstej rano do północy, gotuje trzydaniowe obiady, prasuje pościel. Widzę wtedy przez moment naszą mamę: prowadzącą perfekcyjny dom, nieskazitelną, doskonałą.

- Współczuję Tereni, że dostała taki "spadek": ja sama pławię się w bałaganie do woli i mam wszystko w nosie. Z naszą mamą nie rozmawiam od sześciu lat i nie daję się sterroryzować opowieściami różnych ciotek, jak bardzo jest chora i słaba. Siostra ograniczyła kontakt do minimum, mimo to nasza kochana rodzicielka potrafi jej nieźle zaleźć za skórę, komentując fatalne, jej zdaniem, metody wychowawcze Teresy.

- Myślę, że z nas dwóch ja skończyłam jednak lepiej. Chociaż ostatnio w sklepie obserwowałam matkę i córkę, jak wybierały razem bluzkę. Patrzyłam na nie dobrych dziesięć minut. Widać było, że to dwie przyjaciółki, coś sobie opowiadały i śmiały się do rozpuku. Łzy napłynęły mi do oczu, poczułam się nagle okropnie rozżalona, że jednak coś cennego mnie w życiu ominęło. To nigdy nie byłam ja. To nigdy już nie będę ja...

Na szczęście opanowałam do perfekcji sztukę samopocieszania. Żal minął po pięciu minutach.

Justyna Bielinowicz

TWÓJ STYL 6/2014

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje