Reklama

Reklama

Matka diabła: Dobrawa na tronie Piastów

Musiały być silne, by przeżyć w bezwzględnym świecie polskiej polityki. W mrokach średniowiecza Polską rządziły kobiety. I były diabelnie skuteczne.

Przyszło im żyć w czasach, gdy panowało tylko jedno prawo - prawo silniejszego. Przybyły do kraju rządzonego przez brutalnych władców, których całym życiem były podbój i mord. Stanęły u ich boku, a gdy nadeszła odpowiednia chwila, same sięgnęły po ster polityki.

Reklama

Czeska księżniczka Dobrawa wiedziała, że jej przyszły mąż Mieszko to zatwardziały poganin i masowy morderca. Jednak nie miała wyjścia. Dla dobra swojego rodu wyruszyła do dzikiego kraju Piastów.

Przeczytaj fragment książki Kamila Janickiego "Żelazne damy".

***

Mieszkowi na dobrą sprawę nie zależało na tym, by zaciągnąć żonę do łóżka. Wziął ślub z Dobrawą, w ogóle nie interesując się jej wyglądem czy osobowością. Na tym etapie Czeszka była dla niego tylko rękojmią sojuszu, a nie istotą z krwi i kości, budzącą jakiekolwiek emocje. Nie znaczy to, że się nią brzydził ani tym bardziej, że odstręczał go fakt poślubienia aż trzydziestoletniej wdowy. Po prostu książę w ogóle nie potrzebował Dobrawy w swoim życiu.

Pewnie ucieszyłoby go, gdyby okazała się posłuszną i przyjemną w obcowaniu żoną. Ale tak wcale nie musiało być. I bez niej potrafił się zabawić oraz dać upust swoim żądzom. Gall Anonim wyjaśniał, iż Mieszko "w takich pogrążony był błędach pogaństwa, że wedle zwyczaju swego ludu siedmiu żon zażywał". Liczba partnerek została zapewne wyssana przez kronikarza z palca. Stanowi ona aż nazbyt oczywiste nawiązanie do siedmiu grzechów głównych i do religijnej symboliki. Nie znaczy to jednak, że fałszywa jest również sama informacja o wielożeństwie wielkopolskiego władcy.

Wszystko wskazuje na to, że Mieszko w istocie utrzymywał sporych rozmiarów harem. Nie było to wśród słowiańskich wodzów rzadkością. W towarzystwie siedmiu żon upojne noce miał spędzać przed chrztem władca Rusi, Włodzimierz Wielki. Z kolei pomorskiemu księciu Warcisławowi przypisywano posiadanie aż dwudziestu czterech partnerek. Harem zaspokajał osobiste potrzeby władcy, ale też podkreślał jego bogactwo i potęgę. W końcu wyłącznie człowiek naprawdę wpływowy mógł sobie pozwolić na zapewnianie pięknych strojów, biżuterii, wyżywienia i luksusowego zakwaterowania nie jednej, ale kilku czy kilkunastu kobietom.

Jeśli coś budzi wątpliwości, to charakter podobnych związków. Już tworzący u schyłku XII wieku kronikarz Wincenty Kadłubek skorygował opowieść Galla, twierdząc, że Mieszko nie miał siedmiu żon, ale "siedem nierządnych nałożnic", z którymi na zmianę spędzał noce i które tylko "nazywał swoimi żonami". Jeden z późniejszych kronikarzy rozwinął jeszcze Kadłubkową interpretację, sugerując, że książę wcale nie pławił się we wdziękach swych kurtyzan naprzemiennie, ale zabawiał się ze wszystkimi naraz, dając dowód swej młodzieńczej jurności.

Ten ostatni szczegół trudno zweryfikować. Sam jednak fakt, że Mieszko miał raczej nałożnice niż pełnoprawne żony, można dzisiaj uznać właściwie za pewnik. Niewykluczone, że jedna z jego partnerek pełniła uprzywilejowaną funkcję "pierwszej żony", ale została odprawiona lub zmarła. Formalnie Mieszko uchodził więc za kawalera i nic nie stało na przeszkodzie, by ożenił się z Dobrawą. Tym bardziej jednak nic nie przemawiało za tym, aby z tak błahego powodu jak ślub z wdówką hołdującą odmiennym obyczajom władca pozbywał się całego orszaku młodych i pięknych nałożnic.

Sugeruje się niekiedy, że apodyktyczny Mieszko, pan życia i śmierci poddanych, uważający państwo za swą prywatną własność, zamierzał potraktować Dobrawę tak samo jak każdą inną ze swoich kobiet. Chciał stłamsić jej niezależność, podporządkować ją sobie i włączyć ją w skład haremu - jako formalnie jedyną legalną żonę, ale jednak o statusie niewiele wyższym od konkubin. Taka wizja wydarzeń wynika poniekąd z relacji Galla Anonima i może rzeczywiście podobne plany kołatały się władcy po głowie. Na pewno jednak Mieszko nie zmuszał Dobrawy do niczego siłą. Mógł być względem niej oschły czy nawet brutalny, ale wiedział, że księżnej nie może spaść włos z głowy.

Bolesław Okrutny każdy policzek wymierzony córce odczytałby jako akt osobistej zniewagi. I niezbędny Piastom sojusz odszedłby do historii, nim w ogóle na dobre zaistniał. Mieszkowi dużo bardziej opłacało się pokojowe ułożenie relacji z żoną. Starczyłoby, żeby wzięła udział w nakazanych rytuałach i jeszcze ewentualnie zapewniła mu następcę tronu. Poza tym książę raczej nie widziałby powodu, żeby wnikać w religię i codzienne życie Dobrawy.

Na dłuższą metę zgodziłby się nawet na "białe" małżeństwo. Wszystkie te możliwości zmarnotrawiła jednak sama Czeszka. Ledwie przybyła do domu Mieszka, a już - zamiast okazać mu należny szacunek - publicznie go poniżyła. Odmowa udziału w pokładzinach w nowy sposób zachwiała pozycją polityczną księcia i naraziła go na niedwuznaczne docinki krewniaków oraz możnych. Nie oszukujmy się: Mieszko nie był w stanie zrozumieć pobudek kierujących kobietą wychowaną w zupełnie innej kulturze. Dla niego to był niewybaczalny atak.

Małżeństwo trwało oczywiście dalej - bo musiało trwać - ale Dobrawa po spartaczonej ceremonii ślubnej została zepchnięta na daleki margines życia dworu. Mieszko jeździł na polowania, doglądał grodów i przygotowywał się do kolejnego etapu wojny z Lutykami. Ona natomiast, osamotniona i pozbawiona wsparcia w obcym kraju, przesiadywała wciąż w jednym grodzie, w otoczeniu kilku zaufanych dworek, które przybyły z nią jeszcze z Pragi. W książęcym małżeństwie zapanowały ciche dni. Dobrawa, przyzwyczajona od małego, że Przemyślidom każdy nadskakuje, byle tylko im dogodzić, musiała aż się gotować ze złości i niedowierzania.

Wreszcie jednak przełknęła swoją dumę i postanowiła wyciągnąć do Mieszka przyjazną dłoń. Zmiana postawy nie mogła być łatwa, ale też nie zajęła jej wiele czasu - dwa, może trzy tygodnie. Do Wielkopolski księżniczka przybyła najwcześniej pod koniec stycznia, a już w drugim tygodniu lutego 965 roku rozpoczynał się Wielki Post.

Kronikarz Thietmar pisał tymczasem, że "kiedy po zawarciu małżeństwa nadszedł czas Wielkiego Postu", Dobrawa zgodziła się jeść mięso i zrezygnować z umartwiania swojego ciała, aby w ten sposób zyskać u Mieszka "posłuch w innych sprawach". Biskup merseburski sugerował, że przewrotny książę namawiał Dobrawę do złamania zasad wiary. Bardziej prawdopodobne wydaje się jednak, że to ona starała się wkraść tym sposobem w łaski władcy. Podczas ślubu podeptała rytuały Piastów, którzy przyjęli ją z otwartymi ramionami i uczynili członkiem rodu.

W efekcie przyszyto jej łatkę pariasa i niewdzięcznicy. Aby pozbyć się piętna i przezwyciężyć ostracyzm, musiała publicznie zademonstrować, iż zrozumiała swój błąd. Nie chodziło tu wcale o religię czy nietolerancję Mieszka. Dobrawa z własnej woli i zapewne ze swojej inicjatywy zrezygnowała z poszczenia, by w ten sposób okazać szacunek miejscowej kulturze. Gest szybko zauważono. Musiał on też odbić się głośnym echem, jeśli po kilkudziesięciu latach wciąż krążyły opowieści o poświęceniu czeskiej księżniczki.

Kolejnym krokiem było zwrócenie na siebie uwagi księcia. Dobrawa nie musiała wcale odwoływać się w tym celu do kobiecych wdzięków, jak sugeruje wielu autorów. Dysponowała innym, bez porównania ważniejszym atutem: wiedzą. Znała rzeczy, o których Mieszkowi nawet się nie śniło. Mogła opowiedzieć mu o kupcach z dalekiej Hiszpanii, o niezwykłych stworzeniach sprowadzanych z egzotycznych krajów, o Frankach i historii ich niegdyś potężnego imperium. Mogła wystawić jego zmysły na działanie zupełnie nowych bodźców. Pokazać mu kadzidła, z których wydobywa się wonny dym, i perfumy, sprawiające, że jedyny znany Wielkopolanom naturalny zapach ludzkiego ciała zmienia się nie do poznania.

Mogła sprawić, że jego oczy odkryją barwy. Wiedziała dobrze, że wystarczy kilka składników i alchemiczna sztuczka, a pergamin zabarwia się na niespotykany w przyrodzie odcień czerwieni. Inne ingrediencje i odmienny rytuał, a powstanie barwa błękitu, burzowego nieba, morskiej zieleni...

Dla Dobrawy, wychowanej w świecie znającym księgi i kościelne malowidła to były sprawy oczywiste. Dla Mieszka - niemalże magia. Księżna mogła też sięgnąć do zasobów wiedzy nie tak spektakularnej, ale za to jakże przydatnej. Kto wie, czy długimi wieczorami, w blasku paleniska nie opowiadała Mieszkowi o wielkich sukcesach zbrojnych swojego ojca. O sprawnej organizacji armii, o fortelach pozwalających zdobywać grody wroga, o sposobach dyscyplinowania krnąbrnych dowódców i o zastraszaniu pomniejszych książąt w celu ściągnięcia z nich hojnego haraczu. Wszystko to przecież rozgrywało się na jej oczach.

Wystarczyło sięgnąć pamięcią do słów ojca, do przechwałek rzucanych w trakcie uczt przez podpitych drużynników czy wreszcie do pieśni wychwalających triumfy Przemyślidów...

Dobrawa mogła również przedstawić Mieszkowi prawdę o Niemcach: mieszkańcach osobliwego i potężnego królestwa, z którego dalekimi rubieżami Piastowie właśnie zaczęli graniczyć. Mogła opowiedzieć o teraz już starym i wypatrującym nagrody w niebie królu Ottonie, który nie bez pomocy jej ojca rozgromił Węgrów, a następnie zjednoczył skłócone niemieckie księstewka w jedną siłę, przed którą drżała cała Europa.

O tym, że u schyłku życia zdołał nawet koronować się na cesarza, przyjmując tytuł przynależny niegdyś wyłącznie nadludzkim Rzymianom, trzymającym pod swym butem cały okrąg ziemski. Mogła, z niepokojem w głosie, wspomnieć o nienasyconej ambicji Sasów i Bawarów. O tym, jak kilka lat przed jej narodzinami najechali kraj Stodoran, ojczyznę jej babki Drahomiry. Stołeczną Brennę wzięli "głodem, żelazem i mrozem", a gdy była już w ich rękach, "pozabijali wszystkich dorosłych, a chłopców i dziewczęta wzięli do niewoli".

Mogła też opowiedzieć o ich bezwzględności. O okrytym złą sławą legionie Merseburczyków - doborowym oddziale złożonym z samych straceńców. Morderców, złoczyńców i łotrów, których król uwolnił spod katowskiego topora, w zamian żądając, by dla Słowian nie mieli żadnej litości. Wreszcie mogła też prawić o miastach większych nawet od samej Pragi i o kamiennych budowlach pnących się pod sam nieboskłon. Słowem, o wszystkim, co tylko spotykało się z błyskiem zainteresowania w oczach Mieszka. I tylko jeden temat Dobrawa omijała na razie szerokim łukiem: religię.

Fragment pochodzi z książki "Żelazne damy" Kamila Janickiego.


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje