Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Martyna Wojciechowska: Cichość serca

Nie da się zdobyć Everestu, pokonać Rajdu Dakar, nie zaciskając zębów, nie odkładając na bok sentymentów. Potem przychodzi spełnienie i myśl, że pora być dobrą dla siebie i bliskich. Święta lepiej smakują w domu niż na krańcu świata. Życie jest pełniejsze, gdy poza biciem rekordów pomaga się ludziom. Przeczytaj fragment wywiadu z Martyną Wojciechowską - całość znajdziesz w grudniowym numerze magazynu Twój STYL.

Samotność to jedno z delikatnych uczuć, o które chcę cię zapytać. Uchodzisz za twardzielkę, ale założę się, że miewasz potrzebę zdjęcia zbroi i zaszycia się w pokoju z tabliczką "Nie wchodzić".

Reklama

Martyna Wojciechowska: Nawet często się chowam. Przyjaciele dobrze mnie z tego znają. Pierwsze samotne święta spędziłam 11 lat temu, po narodzinach Marysi. Jak wiele z nas, kobiet, nie mogłam się odnaleźć, nie wiedziałam, kim jestem i co to znaczy być matką. Przytłoczyła mnie odpowiedzialność. Czułam się, jakbym zniknęła.

- W akcie desperacji postanowiłam, że nie odpuszczę projektu, który rozpoczęłam długo przed zajściem w ciążę, i przekonam się, ile Martyny zostało w Martynie. Zdecydowałam, że polecę na Antarktydę, żeby wspiąć się na Masyw Vinsona, mój szósty szczyt w Koronie Ziemi. Choć nie byłam w dobrej formie - miałam skomplikowane cesarskie cięcie - niemal od razu, z dzieckiem w nosidełku, wróciłam do pracy w "National Geographic". To wysysało moje siły. Mieszkałam wtedy na wsi i w ramach treningu o szóstej rano brałam wózek, dwa psy przypinałam do pasa, żeby mi nie pouciekały, i biegałam. Potem poprosiłam mamę o opiekę nad Marysią, spakowałam się i wyjechałam sama.

- Sądziłam, że wrócę na święta, ale nic nie szło zgodnie z planem, nie było pogody. Przyszedł moment załamania - połączyłam się z mamą na Skypie, zobaczyłam ośmiomiesięczną Maryśkę i zaczęłam płakać, że podjęłam złą decyzję i chcę wracać. A mama powiedziała: "Widocznie potrzebowałaś tego wyjazdu. Jeśli nie zrealizujesz celu, będziesz na siebie zła. Tu się nic nie dzieje, święta zrobimy, jak wrócisz. A teraz pomachaj dziecku, spakuj plecak i idź w góry". Tak zrobiłam. Wigilię spędziłam gdzieś na krańcu Chile. W knajpie, z przypadkowo spotkanymi ludźmi, którzy na kolację zamówili steki i wino. Następnego dnia wsiadłam do rosyjskiego samolotu wojskowego i poleciałam w kierunku Antarktydy. Drugiego stycznia zdobyłam szczyt, ale ważniejszy był chyba sukces terapeutyczny.

Na czym polegał?

- Ten wyjazd przemeblował mi w głowie. Pierwszy raz doświadczyłam prawdziwej tęsknoty. Przed urodzeniem dziecka zdarzało mi się być poza Polską przez wiele miesięcy i to było naturalne. Tym razem tak tęskniłam za Marysią, tak chciałam ją przytulić, że aż bolało... Zrozumiałam, że pojechałam na Antarktydę, by odnaleźć siebie jako matkę i jako kobietę. Wcześniej byłam napędzana adrenaliną, testosteronem, przekonana, że aby osiągnąć coś w męskim świecie, muszę się przepychać łokciami. Że jeśli pozwolę sobie na słabość, to mnie zniszczą. Chciałam być bardziej męska niż mężczyźni. Na Antarktydzie zrozumiałam, że nie jestem cyborgiem, który nawet jeśli mdleje i odmraża palce, to wbija pazury w lód i idzie do góry. Mam prawo do wątpliwości, strachu, bólu. To był przełom.




Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje