Przejdź na stronę główną Interia.pl

Marieta Żukowska: Żyję jak z nut

Nigdy nie wiemy, co da nam siłę. Jej - gra na skrzypcach. Ćwiczyła bez końca: dwa takty i powtórka. I znów. Była najmłodsza w internacie. "Wiem, co to wytrwałość i samodzielność", mówi Marieta Żukowska. Z takim kapitałem łatwiej przebić się w świecie filmu, zbudować partnerski związek, być mądrą matką. Żyć... jak z nut.

Urodziłaś się i wychowałaś w górach, miałaś zostać zawodową skrzypaczką, a jesteś aktorką. Czujesz się przygotowana na każdą zmianę w życiu?

Reklama

Marieta Żukowska: Nauczyłam się, że zmiana może zdarzyć się zawsze, najczęściej, kiedy się jej nie spodziewamy. Każdy życiowy problem traktuję jak wyzwanie. A nawet jak szansę, bo coraz częściej widzę, że z każdej sytuacji jest wyjście. Czasami dłużej się na nie czeka, ale zawsze w końcu przychodzi.

Z takim nastawieniem do życia łatwiej znosi się niepowodzenia?

- Ale co to znaczy: niepowodzenie? Dla mnie osiągnięcie celu jest ważne, ciekawsze jednak jest to, co spotyka nas po drodze. Uważam, że wszystko, co mi się przydarza, uczy czegoś i rozwija. Gdy tak myślisz, niepowodzeń nie ma, jest działanie, doświadczenie, zdobyta wiedza. Coś pozytywnego!

Skąd u ciebie takie podejście do życia? Czy ma to związek z twoją nauką gry na skrzypcach? Poświęciłaś jej 12 lat, a potem z dnia na dzień odstawiłaś skrzypce.

- Był czas, kiedy się zastanawiałam, po co ja na nich grałam przez długie lata. Myślałam: odebrały mi dzieciństwo. Koleżanki spotykały się po szkole, a ja wracałam do domu, rozkładałam nuty i godzinami ćwiczyłam. Patrząc przez okno na góry i rówieśników bawiących się na łące pod naszym blokiem w Żywcu, czułam żal. Dziś wiem, że tamte doświadczenia mi w życiu pomogły. Ćwicząc, szlifuje się w kółko dwa takty. Grasz i wracasz do początku. Umiesz już te dwa takty, dodajesz kolejne. I znów grasz. To nauczyło mnie cierpliwości, bo nie wychodzi od razu, ćwiczyłam więc bez końca. Dzięki temu wiem, czym jest pokora. Talent to tylko pięć procent sukcesu, 95 procent to praca. Nauka gry na skrzypcach uczyniła ze mnie osobę, która się nie poddaje. To się przydaje też w aktorstwie, w pracy nad rolami. Muzyka uwrażliwia, rozwija wyobraźnię. Dlatego czas spędzony w szkole muzycznej był mi potrzebny. Ale gdybyśmy się spotkali dziesięć lat temu, nie potrafiłabym tego tak docenić.

Co wydarzyło się u ciebie w ciągu tych ostatnich lat?

- Urodziłam córkę, to wywróciło mój świat do góry nogami. Każdy przyszły rodzic słyszy od tych, którzy dzieci już mają, takie zdanie: "Zobaczysz, teraz wszystko będzie inaczej". Myślisz: wytarty frazes. Potem człowiek jest zaskoczony, ile w tych słowach prawdy. Macierzyństwo zmienia nie tylko twoje życie, ale ciebie. Zaangażowanie, które wiąże się z byciem rodzicem, sprawia, że przewartościowuje się cały świat, inaczej oceniasz siebie i dotychczasowe doświadczenia. Jednocześnie nabierasz większego dystansu do siebie.

Już nie ty jesteś najważniejsza, tylko twoja córka?

- Z dzieckiem nie ma drogi na skróty. Nie możesz powiedzieć: "jutro cię odprowadzę do szkoły, bo dziś chcę się spotkać  z przyjaciółką". Dziecko uczy też, że czasem trzeba się z jego potrzebami liczyć bardziej niż z własnymi. Ważne jest dla mnie, by pozwalać sześcioletniej córce rozwijać się po swojemu. Przy dzieciach stajemy się bardziej wyrozumiali. Pola wybiera dla siebie coś innego, niż ja bym dla niej wybrała. Inaczej przeżywa jakąś sytuację. To cudowne uczucie, kiedy patrzę na nią z boku i widzę, jak bardzo różni się ode mnie. Jest przecież ze mnie, ale jest też innym, odrębnym człowiekiem.

Będziesz namawiała córkę do nauki gry na instrumencie? Choćby jako drogi do szlifowania charakteru.

- Za mnie w tej sprawie zdecydowali  rodzice, to były inne czasy. Inaczej się wtedy wychowywało dzieci - dostawałaś  klucz na szyję i sama wracałaś po szkole  do domu. A jak tata i mama mówili, że warto chodzić do szkoły muzycznej, chodziłaś. Oczywiście, kiedy Pola ma coś wybrać, przychodzi do mnie po radę. Najprościej byłoby jej powiedzieć: to jest lepsze,  a tamto gorsze, zrób tak. Ja tak nie chcę postępować. Chcę za nią stać, wspierać ją, ale ostatecznie decyzję musi podjąć sama. Przykład z dziś: nie lubię martensów,  a Pola je kocha i w tych ciężkich, czarnych, sięgających za kostkę butach chodzi wszędzie. Proponuję, żeby do szkoły włożyła adidasy, a ona chce martensy, i już! Mnie to może drażnić, może mi się to nie podobać, ale powstrzymuję się od komentarzy - daję jej prawo do decydowania.

Czy wychowując córkę, naśladujesz w czymś własnych rodziców?

- Dużo Poli czytam, zwłaszcza do snu. Ona to uwielbia. To już nasz rytuał - bez niego nie ma zakończenia dnia. Tak było też w moim domu. Mama na dobranoc czytała mi libretta oper i operetek. Tuliłam się do niej i zasypiałam przy Carmen, Czarodziejskim flecie, Halce. W domu wśród książek mieliśmy 12-tomową encyklopedię, pamiętam jej brązowe obwoluty. Jako dziecko byłam ciekawska, ciągle czegoś nie wiedziałam, a dowiedzieć się chciałam. Wtedy tata brał te grube tomiska i mówił: "chodź, sprawdzimy".
 I szukaliśmy razem odpowiedzi. Tata był mądrym człowiekiem, inżynierem konstruktorem. Imponowało mi, że budował maszyny.

Patrząc dziś na córkę, wracasz myślami do czasów, gdy byłaś w jej wieku?

- Lubię wspominać tamten okres. Zanim poszłam do szkoły muzycznej, poznałam, czym jest nieskrępowana swoboda. Któregoś dnia wybraliśmy się z tatą na spacer. Było lato. Wyszliśmy z zagajnika i ujrzeliśmy wielką łąkę. Tata spojrzał na mnie, uśmiechnął się i powiedział: "biegnij!". Ruszyłam. Trawa sięgała mi do brzucha, pachniało dzikimi kwiatami, a ja biegłam przed siebie, tak po prostu. To było piękne! Dziś wiem, że doświadczyłam wtedy uczucia totalnej wolności. Kiedy w końcu zatrzymałam się zziajana, nogi miałam poharatane przez trawę, pokrzywy i chwasty. W ogóle tego nie czułam w tym pędzie. Do dziś ten bieg przez łąkę jest jednym z moich najcudowniejszych wspomnień.

Zdaje się, że miałaś z ojcem wyjątkową relację?

- Jestem mu wdzięczna, że mnie w niczym nie ograniczał, a za wzór stawiał mi silne kobiety. "Marieta - mówił - nieważne, jak kobieta wygląda, ważne, żeby była wykształcona, niezależna". Uważał, że Maria Skłodowska-Curie była wspaniała. "Wyobraź sobie - opowiadał z przejęciem - że w tamtych czasach, kiedy kobiety nie mogły się kształcić w Polsce, ona odkryła rad i polon. Ileż ona musiała pokonać przeszkód! Miała w sobie taki upór, dokonała niemożliwego!". Kiedy byłam już w szkole filmowej, podarował mi patenty swoich wynalazków. Opracował jakieś wahacze, dźwignie... Większość tych rozwiązań nie jest już stosowana, ale zawsze, gdy zaglądam do tych dokumentów, myślę o tacie z podziwem i czułością.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje