Reklama

Reklama

​Marieta Żukowska: Luksusem jest człowiek obok ciebie

Marietę Żukowską będziemy mogli oglądać wiosną w Polsacie w serialu "Kowalscy kontra Kowalscy" / Jacek Kurnikowski /AKPA

Dziewczyna, która zachwyca się kobietami i zawsze widzi szklankę do połowy pełną. Cieszy się tak samo weekendem w Rzymie, jak i wypadem pod namiot na Podlasie. Trampki łączy z jedwabną suknią i widzi wszystkich wokół siebie. Na planie filmowym nie ma osoby, która by jej nie lubiła i szanowała. Nie tylko jako dobrego człowieka. Jako aktorka Marieta Żukowska bowiem nie daje się zaszufladkować, bo nie boi się różnorodnych ról i gatunków. W marcu zobaczymy ją w nowym serialu komediowym Polsatu "Kowalscy kontra Kowalscy", gdzie na skutek fatalnej pomyłki świat dwóch skrajnie różnych rodzin zatrzęsie się w posadach. Kim tam będzie pani Kowalska?

Katarzyna Droga, Styl.pl: Wkrótce w Polsacie zobaczymy serial "Kowalscy kontra Kowalscy". Grasz w nim Annę, piękną żonę milionera. Przyjemna rola?

Reklama

Marieta Żukowska: - Przyjemna? Nie wiem. Po prostu dla mnie bardzo ciekawa i budująca. Anna to arystokratka z dziada pradziada, mądra kobieta z klasą. W sytuacji, która spotyka dwie serialowe rodziny Kowalskich, to ona okazuje się najbardziej konsolidacyjna, łagodzi, uspokaja emocje, spełnia rolę dobrej wróżki. A sytuacja jest dramatyczna: okazuje się, że przed laty w szpitalu nastąpiła pomyłka i podmieniono im synów. Od siedemnastu lat kochają i wychowują biologicznie cudze dziecko! Kiedy prawda wyjdzie na jaw, zamieszkają pod jednym dachem, co zrodzi szereg bardzo zabawnych, ale i wzruszających sytuacji, bo pochodzą z biegunowo różnych środowisk społecznych, jedni są bardzo bogaci, drudzy zdecydowanie niezamożni. Los sprawia, że ich życia się łączą, powstaje swoista patchworkowa rodzina.

- Ciekawe jest to jak uczą się od siebie, zaczynają patrzeć na świat z innej perspektywy, jedni i drudzy z stają się normalniejsi i fajniejsi! Okazuje się, że nawet pieniądze to takie wielkie szczęście - Henryk (uboższy Kowalski ) patrzy na bogatego Piotra Kowalskiego i mówi: "Ile on się musiał nakraść!", tymczasem Piotr musi się mocno napracować, żeby utrzymać to co ma. To mądry serial o tym jak jesteśmy różnorodni i o rodzinie, która mierzy się z trudnymi wyzwaniami. Pokazuje historie, które dobrze znamy, możemy się w nich przejrzeć. Czuję, że trafi do serc ludzi.

Anna Kowalska odbiega od stereotypu milionerki znudzonej w SPA i buszującej w markowych sklepach?

- To jest dama, według mnie taka trochę "przedwojenna", rzadko dziś spotyka się takie kobiety. Umie trzymać emocje na wodzy, jest zawsze uprzejma, nawet Henryk mówi o niej "dobra kobieta". Bardzo lubię tę postać za to, że jest balsamem na całe zło, osobą daleką od stereotypu rozkapryszonej milionerki. Anna wszystko doskonale ogarnia, zarządza domem, świetnie gotuje, ma wiele obowiązków, chociaż Jadzia - druga Kowalska - mówi, że nie mogłaby tak całymi dniami "nic nie robić".

- W serialu dużo jest scen, które zmuszają nas do spojrzenia na siebie i na relacje, które tworzymy, komunikaty, który wysyłamy ludziom. Na przykład jedna z koleżanek Anny chce zostać piosenkarką, ale nie ma talentu i śpiewa beznadziejnie. Anna oczywiście nie mówi jej nic przykrego, a Jadzia komentuje: "Nie da się tego słuchać, czemu jej tego nie powiesz?". "Bo pewnych rzeczy nie można ludziom mówić, mogłoby to ich zranić" - to pokazuje delikatność i klasę Anny. Z drugiej strony wychodzi na to, że życie ludzi mniej zamożnych jest bardziej szczere i bezpośrednie, a więcej gier towarzyskich jest w świecie dobrze usytuowanych. Fabuła serialu przyniesie niejedną niespodziankę i Anna też będzie zaskakiwać, ale nieustająco pozostaje sobie wierna. Musi taka być. Okił Khamidow, twórca scenariusza, mawia: "Żeby można było w pełni zobaczyć naszyjnik z pereł, musisz zobaczyć też nitkę". Konstruuje serial tak, że nitka i perła współgrają ze sobą a postacie się uzupełniają.

Widzę, że Anna jest ci bliska, spójna z tobą?

- Tak, bo system wartości Anny, to jest coś, czego uczył mnie mój tata, człowiek starej daty. Wpajał mi pewne zasady, choćby to, że trzeba szukać dobrych cech wokół nas, być zawsze życzliwym, że ważna jest uprzejmość. Anna jest osobą dobrze wychowaną, ma zasady i własną etykietę. Sprawia mi wielką przyjemność, bo jest jak wyspa spokoju w tym świecie agresji i napięcia.

Ale ty równie dobrze się czujesz w rolach dramatycznych jak komediowych, w filmie, teatrze i serialu. Nie dałaś się zaszufladkować?

- Och, mam taką nadzieję. Zawsze miałam szczęście do świetnych nauczycieli i między innymi trafiłam na Jana Machulskiego, który często mówił: "Kiedy zagrasz jakąś rolę, następną zrób kompletnie inną". Uczył nas, żeby nie iść na łatwiznę, twórczo żonglować swoim aktorstwem. Jeśli coś się już zadziało, udało, porwało ludzi, to teraz zrób coś kompletnie innego i nie bój się tej zmiany! Kocham swój zawód i cieszę się z każdej propozycji. Oczywiście zdarzyło mi się odrzucić propozycje, kiedy nie było mi po drodze z postaciami, ale czy gram w serialu, czy w filmie, postać dramatyczną czy komediową, cieszy mnie to tak samo. Dzięki różnym formom sztuki trafiam do rozmaitych ludzi: do tych co chodzą do kina i do tych, co oglądają telewizję. Dialog z widzami na płaszczyźnie jaką jest serial sprawia mi radość, bo widzę ile to ludziom daje - radości i przemyśleń. A jeśli mówisz, że nie dałam się zaszufladkować to jest to dla mnie powód do dumy i radości.

Grając tak różne postacie sięgasz do własnych doświadczeń, do różnych "bogiń" w swojej osobowości? Podobno są w nas kobietach wszystkie, raz potrzebujemy Ateny, innym razem Wenus. Coś w tym jest?

- Kiedy mówisz o boginiach, przypomina mi się wykład Elisabeth Gilbert na platformie Ted. Zaglądam tam czasem po inspiracje i spodobało mi się jak mówiła o procesie twórczym. O tym jak po sukcesie bestsellera "Jedz, módl się i kochaj" wszyscy mówili: "Trudno ci teraz będzie napisać coś równie dobrego...". Odwołała się do pisarzy starożytnego Rzymu, którzy uważali, że tak naprawdę to oni nie są twórcami swoich dzieł, tylko geniusz, który mieszka sobie gdzieś w ścianie i akurat ma fanaberię, by wejść w twórcę i zapłodnić go pomysłem. To zdejmuje z pisarza tę okropną odpowiedzialność: TY to napisałaś, TY odniosłaś sukces, twoje ego musi teraz podjąć takie samo wyzwanie. O wiele lepiej myśleć, że tak naprawdę to nie ty, tylko ów geniusz... Jeśli coś się nie uda, można zwalić winę na niego, zapytać: "Gdzie teraz jesteś, chłopie?". Sądzę, że podobnie jest z tymi boginiami w kobietach: Atena i Wenus w nas drzemią i w zależności od tego jak dużo mamy odwagi, żeby je budzić, uruchamiają się i zapładniają nas swoją energią, inspirują do zmian. Warto, żebyśmy z tego korzystały.

Jak zmieni nas pandemia zdaniem Mariety Żukowskiej - czytaj na następnej stronie >>>

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje