Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Maria Seweryn: Maria idzie na wojnę

​Przeszła przez piekło. Koszmar w życiu prywatnym, brak pracy, brak perspektyw. Ale podniosła się, walczy dalej i teraz chce pomagać innym. Maria Seweryn mówi nam: "Nabieram siły i nie zamierzam milczeć".

"Jestem na zakręcie. Życiowym i zawodowym" - tak mówiła jeszcze dwa lata temu, kiedy wracała do pracy po urodzeniu trzeciego dziecka. Bo nie wiedziała, czy ma do czego wracać. Nie kierowała już Och-Teatrem, zrezygnowała ze współprowadzenia ukochanej sceny, kiedy zaszła w ciążę. To miała być tylko roczna przerwa, jednak skończyło się inaczej.

Reklama

O rozstaniu z Och-Teatrem Maria Seweryn mówi: - Do tej pory nie umiem zastąpić w sercu pustki po Ochu. Traktowałam go bardzo personalnie. Czasem siadałam na pustej widowni i rozmawiałam z nim: "Ale ty piękny jesteś...". Kocham to miejsce i nie przestanę. Czuję, że mamy jakieś połączenie... Pewnego dnia, kiedy już wróciłam do grania tam, zauważyłam, że w czasie spektaklu żarówka gaśnie i zapala się, coś się popsuło. Następnego dnia było to samo. Siedząc w kulisach w trakcie spektaklu, zaczęłam więc mówić: "No weźże coś z tym zrób!". I żarówka nagle przestała migać. (śmiech)

Co dalej?

Gdy była z synem na urlopie macierzyńskim, zadzwonił do niej przyjaciel, też aktor. Wychodził właśnie z premiery i opowiadał o tym, co dzieje się na tzw. salonach. Kto, co i kogo reżyseruje, kto z kim i gdzie gra. Maria zapytała: "A pytają o mnie?" i po kilkusekundowej ciszy usłyszała trochę żartem, trochę serio: "O tobie? No co ty? Wszyscy zapomnieli. Umarłaś".

Kiedy wracała do pracy, wiedziała, że musi otworzyć się na coś nowego. - Grunt usunął mi się spod nóg, bo znów byłam wolnym strzelcem, tak jak na początku drogi. Musiałam odnaleźć się na nowo w tym zawodzie, co po czterdziestce nie jest takie proste. Miałam powracający sen: trzymam trójkę moich dzieci za ręce, stoję z nimi na szczycie góry, przed nami rozpościera się piękny widok, ale poza nim nie ma nic, nie wiadomo, w którą stronę pójść.

I wtedy zadzwoniłam do mojego przyjaciela Krzysztofa Pluskoty, dyrektora Sceny STU, i powiedziałam: "Słuchaj, jestem wolna". Dwa tygodnie później wsiadłam z półrocznym Aaronem do pociągu do Krakowa i zaczęłam próby do "Ślubów panieńskich". - Maria ma wspaniały warsztat, wielką etykę pracy, jest niezwykle oddana sprawie. I jeszcze ten nieposkromiony temperament... Ona nie cofa się przed niczym - twierdzi Pluskota.

Dzisiaj Maria Seweryn gra tak dużo, że trudno się z nią spotkać. Występuje nie tylko w Krakowie, ale ma także próby do nowego spektaklu, thrillera "Niebezpieczna gra", koprodukcji warszawsko- toruńskiej, wróciła też do wszystkich ról w Ochu. - Stanęłam na nogi, mam za sobą świetny sezon, pięć premier. I jestem spokojna, bo mam za co utrzymać dzieci. A przy tym nie musiałam robić artystycznie nic, na co nie miałabym ochoty - mówi aktorka.

Jednak nie zamierza pracować po kilkanaście godzin na dobę, tak jak robiła to wcześniej. Teraz chce mieć przestrzeń dla siebie, dla dzieci. Właśnie zrezygnowała z atrakcyjnej propozycji, choć przyszło jej to z trudem.

- Uwielbiam pracować, to w ten sposób leczę problemy i frustracje. Ale podjęłam taką decyzję, bo doszłam do ściany. Chyba stałam się dorosła. (śmiech) Gdy słyszę od znajomej, że nauczyła się gotować kolejną zupę, a ja nie ugotowałam żadnej od sześciu lat, to myślę, że coś jest nie tak... Dlatego chcę trochę pożyć. Nie mam wielkich ambicji, nie zamierzam trenować tai-chi czy poznawać tajników kuchni pięciu przemian. Wystarczy, że będę miała czas, żeby poodkurzać, poczytać i ponudzić się z dziećmi. A także rozpakować kartony, które stoją zaklejone, od kiedy półtora roku temu zrobiłam remont salonu.

Kobieta wojownik

 Kiedy pytam Marię, czy w życiu osobistym też stanęła na nogi, odpowiada zaskakująco szczerze: - Przeżyłam traumę, nie boję się już o tym mówić. Teraz chciałabym ją przekuć w coś pozytywnego i myślę o zaangażowaniu się lub założeniu fundacji dla kobiet oraz mężczyzn, którzy doświadczyli różnych form przemocy. Udało mi się podnieść i pójść dalej, co wymagało ogromnej siły, więc teraz chciałabym pomagać osobom, które są w gorszej sytuacji: bo nie mają pieniędzy, wykształcenia czy wyższej świadomości społecznej. Czas skończyć z ofiarnym milczeniem i lękiem.

Przemoc, również ta psychiczna czy ekonomiczna, sprawia, że w pewnym momencie masz drastycznie obniżone poczucie własnej wartości i przestajesz widzieć, że to, co ktoś ci robi, jest złem. Konsekwencje są straszne. Kiedy człowiek przekroczy już tę granicę, bardzo trudno wrócić - przyznaje.

A jej przyjaciółka Barbara Kurzaj, także aktorka, stwierdza: - To fantastyczny pomysł, że Maria chce założyć fundację. Ona nie boi się trudności i zawsze powtarza: "Nikt nie mówił, że będzie łatwo". To osoba, która potrafi wesprzeć w trudnej chwili, doradzić w niejasnej sytuacji i sprawić, że wraca radość. Jest silna oraz wymagająca, a to atuty lidera.

- W jednej z najtrudniejszych dla mnie chwil przyjechał do mnie tata i najpierw nie wiedział, co powiedzieć, bo przecież każde zdanie w takiej sytuacji wydaje się idiotyczne. Potem stwierdził: "Powiem ci tylko jedno: koszmar, który teraz przeżywasz, kiedyś przekujesz w wartość na scenie". Roześmiałam się, bo życie mi się załamywało, a on ze mną rozmawiał jak aktor z aktorką. Ale dzisiaj widzę, że faktycznie tak jest. W różne historie jestem w stanie wejść głębiej, zrozumieć je na innym poziomie, w nieoczywisty sposób. Kocham mój zawód za to, że potrafi być terapeutyczny - przyznaje Maria. A jej ojciec, Andrzej Seweryn, komentuje zwięźle: - Marysia jest wojownikiem i bardzo ją za to szanuję. Wręcz podziwiam.

Sztuka wyboru

Macierzyństwo po czterdziestce jest inne. Trudniejsze, bo Maria wie już, jakie zagrożenia na nią czekają. Ale też piękne, bo ma świadomość, że to jej ostatnie dziecko i z każdej chwili czerpie radość.

- Kiedy urodziła się moja starsza córka, miałam 22 lata. Nic nie wiedziałam o życiu, więc Lena dojrzewała razem ze mną i moim mężem. Żyliśmy niemalże w komunie, prowadziliśmy otwarty dom. To było cudowne, barwne życie. Widzisz tę kamienicę naprzeciwko? (Maria pokazuje mi budynek w śródmieściu, przy ulicy Jasnej - red.). Tam było nasze mieszkanie. Teraz wejście na klatkę schodową jest zamykane, ale kiedyś półpiętro na drewnianych schodach było ulubionym miejscem heroinistów. Więc jak szłam z córką na spacer, to przenosiłam wózek nad półprzytomnymi ciałami. Dzisiaj nie do pomyślenia. (śmiech)

Jak udało jej się godzić wymagające studia aktorskie z wychowywaniem dziecka?

- Miałam świetnego męża. Też był bardzo młody, ale odpowiedzialny, wziął na siebie utrzymanie rodziny. Przez kilka miesięcy byłam z Leną w domu, a potem zatrudniliśmy opiekunkę i dzięki temu mogłam skończyć szkołę aktorską. Ale jeśli ktoś mówi, że da się pogodzić pracę zawodową i macierzyństwo, nie idąc na żadne kompromisy, to kłamie. Całe życie podejmuję decyzje, czy spędzę więcej czasu z dziećmi, które mnie potrzebują, czy zrobię kolejne przedstawienie.

Tomek Tyndyk przez lata wspominał, jak kiedyś wpadł do nas na kawę, a potem wychodziliśmy do Teatru Rozmaitości grać "Shopping and Fucking", a dwuletnia Lena stała w korytarzu i płakała. Tłumaczyłam jej wtedy: "Muszę iść, bo ludzie kupili bilety, wydali pieniądze, więc ja ich nie mogę teraz zawieść". Tomkiem to wstrząsnęło. Ale podobne dylematy przeżywa przecież każda matka. Moje córki zaakceptowały taki stan rzeczy, chociaż oczywiście są
 tego konsekwencje. Kiedy budowaliśmy OchTeatr, spędzałam tam po 16-17 godzin na dobę i to w pewnym sensie na Lenę w dużej mierze spadł ciężar wychowywania Jadzi. Przeszła przyspieszoną lekcję dorastania. Wyrosła na świetną dziewczynę, Jadźka też, ale myślę, że nie było im łatwo.

Bunt grzecznej dziewczynki

Kiedy mówię Lenie o rozterkach Marii, dziewczyna przyznaje: - Wiem, że mama martwi się, że dzieciństwo spędziłam, zajmując się młodszą siostrą. I to prawda, dużo czasu przebywałam z Jadźką, ale zazwyczaj była z nami opiekunka. Poza tym moja siostra zawsze była dojrzała ponad swój wiek, więc traktowałam ją po partnersku. A kiedy mama była w teatrze, to miałam wolną chatę i mogłam zapraszać znajomych - śmieje się 22latka, która właśnie zdała na reżyserię do szkoły filmowej.

- Mama jest rodzicem totalnie zaangażowanym i emocjonalnie reaguje na to, co dzieje się w naszym życiu. Zależy jej na tym, żebyśmy szły przez nie mądrze. Jednak kiedy dorastałam i popełniałam mnóstwo błędów, nie oceniała mnie, tylko ze spokojem pytała: "Lena, czy na pewno chcesz iść tą drogą?". Teraz też wiem, że mogę do niej zadzwonić z każdym problemem i coraz bardziej doceniam tę jej kobiecą mądrość - mówi Lena.

I dodaje: - Dzisiaj mama jest bardziej wyluzowana niż kiedyś, Aaronowi pozwala na więcej. Nas wychowywała na grzeczne dziewczynki. Powtarzała, że mamy być kulturalne, skromne i pokorne. Ale pewnego dnia przyszła do domu, posadziła nas przy stole i powiedziała: "Odwołuję to wszystko. Róbcie, co chcecie, stawiajcie na swoim". Wydaje mi się, że brata wychowuje na silnego chłopaka, który będzie wiedział, czego chce, i umiał o siebie zadbać.

- Wpajałam córkom takie wartości, bo wyniosłam je z domu. Do urodzenia Leny dygałam na przywitanie! Do tej pory uważam, że dobre wychowanie to wartość, ale w pewnym momencie doszło do mnie, że być może robię w ten sposób dzieciom krzywdę. Bo żyjemy w świecie, w którym ono czasem przeszkadza, gdzie uczciwy i pokorny jest postrzegany jako "frajer", a szczerość i otwartość bywa zgubna - mówi Maria.

- A wychowywanie chłopca? Bardzo chciałam mieć syna, więc spełniło się moje marzenie. Jedyne, czego bym dla niego chciała, to żeby był szczęśliwy. Żeby kiedyś był dobrym ojcem i mężczyzną. Wychowuję go samotnie, więc mam tylko nadzieję, że nie stanę się toksyczną matką, która traktuje syna jak partnera. A niestety ten błąd popełnia wiele kobiet. Dlatego powiedziałam mojej ukochanej przyjaciółce: "Błagam cię, cały czas przypominaj mi o tym, żebym nie próbowała go do siebie zanadto przywiązać. I żebym pozwoliła mu odejść".

Pod niebem Avinionu

Sama też jest dzieckiem rozwiedzionych rodziców. Krystyna Janda i Andrzej Seweryn rozstali się, gdy Maria miała cztery lata. Ojciec wkrótce wyjechał do Francji, mama kręciła "Człowieka z marmuru" Wajdy i otwierały się przed nią drzwi do wielkiej kariery. Kto zajmował się Marią?

- Kiedy mama była w ciąży, podobno strasznie się bała, że urodzę się bez rąk i nóg, więc poszła do kościoła pomodlić się, aby tak się nie stało. Tam spotkała starszą kobietę, którą wyrzuciła rodzina i która nie miała gdzie się podziać. Mama zabrała ją ze sobą do domu. Nazywała się Honorata Wątroba i to ona wychowywała mnie przez pierwsze lata życia. Nazywałam ją Kakusią, nie wiem dlaczego. Bardzo mnie kochała, była pełna ciepła i cierpliwości. Przez to najpierw mówiłam gwarą tarnowską, bo Kakusia pochodziła z tamtych stron. Nie odstępowała mnie na krok, byłam pod dobrą opieką, więc rodzice mogli pracować. Potem rozwiedli się, tata wyjechał i ze względów politycznych nie mógł przyjeżdżać do Polski, czasem nawet nie mógł dzwonić. Jeździłam do niego do Francji, ale to było raz w roku, czasem rzadziej, tylko na dwa tygodnie. Można powiedzieć, że był ojcem nieobecnym i to bolało - mówi Maria.

Ale dodaje, że jednocześnie miała cudowne dzieciństwo, bo mogła zwiedzać z tatą świat i obcować z ciekawymi ludźmi, wielkimi osobistościami świata kultury. Oglądała spektakle w Comédie-Française, spotkała Catherine Deneuve na planie nagrodzonych Oscarem "Indochin". Kiedy miała 9 lat, pojechała z Andrzejem Sewerynem na festiwal teatralny do Awinionu, spędzili tam razem miesiąc. Ojciec wcielał się w Duryodhanę w przedstawieniu "Mahabharata" w reżyserii Petera Brooka.

- To była trylogia. Pierwszą część spektaklu grali jednego dnia, drugą kolejnego, trzecią jeszcze następnego, a czwartego wystawiali całość od zmierzchu do świtu. Grali w plenerze, w kamieniołomach pod ogromnym klifem. Pamiętam jedną magiczną noc, kiedy Duryodhana umierał i nagle wzeszło słońce, zaśpiewał obudzony przez jego światło ptak. Chyba to właśnie wtedy zachwyciłam się teatrem. To miejsce, gdzie mogą zdarzać się takie cuda. Miejsce, w którym świat jest ułożony od początku do końca, a mimo to nieprzewidywalny. W Awinionie spotkałam zespół aktorski złożony z ludzi ze wszystkich zakątków świata. Widziałam, jak ciężko i pokornie każdy z nich pracował. Obserwowałam też moich rodziców w pracy: czasem załamanych, wyczerpanych do granic, pracujących bez wytchnienia. Dlatego przez wiele lat po zrobieniu dyplomu nie śmiałam o sobie powiedzieć "aktorka".

Z matką na scenie

 Gdy jej Kakusia była już starsza i nie mogła się nią dłużej zajmować, najbliższą osobą stał się dla Marii drugi mąż mamy, operator Edward Kłosiński.

- Był najlepszy i najmądrzejszy. Wiedział wszystko. Miał w sobie spokój i poczucie humoru. Oraz szczerość do bólu. Kiedyś powiedział mi: "Słuchaj, jeśli koniecznie chcesz uprawiać ten zawód, to zrób nos. Nie da się go oświetlić. Ułatwisz pracę wielu fotografom i operatorom". Więc zrobiłam nos. (śmiech)

Bardzo mi Edwarda brakuje. Kiedy Krystyna Janda dowiedziała się, że córka planuje zdawać na aktorstwo, była załamana. Maria zdała francuską maturę, więc matka wymarzyła sobie dla niej studia za granicą.

- Płakała, gdy powiedziałam jej o swoich planach. To dlatego, że jest mądrą kobietą i wiedziała, co mnie czeka. A jednak kiedy zrobiłam dyplom i zobaczyła mnie w jakimś przedstawieniu, zaproponowała, żebyśmy zagrały coś razem. Powiedziała, że zrobi to dla mnie, bo jako matka czuje się zobowiązana coś mi przekazać. W 2001 roku wystawiłyśmy spektakl "Opowiadania zebrane" i to była jedna z najtrudniejszych dla mnie premier. Presja grania z mamą na scenie, oczekiwania ludzi... Trudne do opisania. Ale przede wszystkim to była wielka i wspaniała szkoła zawodu. Zjeździłyśmy z tym przedstawieniem całą Polskę, zagrałyśmy prawie 200 spektakli. Jestem jej za to ogromnie wdzięczna - opowiada Maria.

I dodaje: - Tak, moja mama jest trudną, potężną osobowością. Wspaniałą, czasem genialną. Wymagającą od siebie i swojego otoczenia bardzo dużo. Jestem szczęśliwa, że przez lata mogłam się od niej uczyć.

Moja córuś

Andrzej Seweryn pamięta pierwszy spektakl, w którym zobaczył córkę na scenie. To była "Fedra" w Teatrze Powszechnym w reżyserii Laco Adamika. Tytułową rolę grała Krystyna Janda, Maria wcielała się w Arycję.

- Byłem porażony. Zobaczyłem ją na scenie, w białym kostiumie, wyglądała pięknie. Wtedy zrozumiałem, że dobrze wybrała swoją drogę - mówi aktor. Na początku traktował córkę jak uczennicę, na jednym z przedstawień siedział w pierwszym rzędzie i robił notatki. Dzisiaj uważa, że to było z jego strony niestosowne.

I przyznaje: - Kiedyś tych notatek było więcej, dzisiaj - gdybym je robił - byłoby bardzo mało. Bo Marysia jest wspaniałą aktorką.

Zbliżyła ich do siebie praca. W 2008 roku Andrzej Seweryn przyjechał z Paryża do Warszawy wystawić sztukę "Dowód" w Teatrze Polonia. Nie tylko reżyserował, ale także wystąpił w głównej roli. Partnerowała mu córka.

- Wiele spraw wtedy między sobą załatwiliśmy. Gdyby nie tamto spotkanie zawodowe, zresztą zainicjowane przez moją mamę, to kto wie, czy dzisiaj mogłabym powiedzieć, że jednym z moich największych przyjaciół jest ojciec. Dla mnie ono było przełomem nie tylko prywatnie, ale też zawodowo. Ojciec dał mi poczucie pełnej akceptacji i wolności, mogłam przekraczać aktorskie granice. I od tego zaczęła się nasza przyjaźń - opowiada aktorka. W tym roku wystąpiła w nowej sztuce wyreżyserowanej przez ojca, "Boże mój!" w Teatrze Polonia. Na scenie partnerował jej Krzysztof Pluskota.

- Moje pierwsze wrażenie to absolutnie profesjonalna współpraca na linii reżyser-aktorka. A potem dostrzegłem też dużo ciepła i wzajemnego zaufania, więc więzy rodzinne na pewno poprawiają komfort pracy - mówi aktor.

Kiedy kilka lat temu Andrzej Seweryn przeprowadził się już na stałe do Warszawy, jego relacja z Marią weszła na głębszy poziom.

- Moja częstsza obecność przy boku córki, choć wciąż niewystarczająca, różne nasze przeżycia osobiste, to wszystko zbliża nas do siebie. Staliśmy się partnerami, tak w sztuce, jak i w życiu - przyznaje.

A jego żona Katarzyna Kubacka dodaje: - Kiedy mój mąż, silny mężczyzna, mówi "moja córuś", bardzo mnie to wzrusza. Troszczy się o nią, martwi jej problemami, próbuje pomóc. Jest córką, nad którą chciałby roztoczyć opiekę. Jednocześnie Marysia jest dla niego partnerką w rozmowie. Jej opinię bardzo sobie ceni. Często dyskutujemy o czymś we dwoje, a mąż stwierdza: "Zapytam jeszcze Marysię" - opowiada Katarzyna Kubacka.

- Maria jest bardzo bliską mi osobą. To córka męża, więc troszczę się o nią jak o córkę. Z drugiej strony jest między nami tylko 10 lat różnicy, więc nie ma bariery pokoleniowej. Marysia jest świetnym partnerem w rozmowie, wymianie opinii oraz poglądów. Wszyscy w rodzinie dużo pracujemy, to trzyma nas przy życiu, ale ostatnio dużo rozmawiamy o tym, że czas spędzany razem jest czymś niezwykłym. I że tak szybko ucieka. Dlatego staramy się doceniać wartość rodziny i jak najczęściej wspólnie wyjeżdżać na wieś. Jest nas wtedy kilkanaście osób, w wieku od trzech lat do prawie osiemdziesięciu, razem się bawimy, gramy w karty. Dużo śmiechu. Ale jest też czas na poważne rozmowy.

Zrzucanie pancerza

 Maria Seweryn jest córką dwóch ikon i od początku musiała się z tym mierzyć. Zastanawiano się, czy talentem dorówna rodzicom, spekulowano, czy nie dostaje ról po znajomości.

- Na szczęście, wybierając zawód, byłam naiwna, nie miałam świadomości, że tak będzie. Mam pewien żal do rodziców: powiedzieli mi, że świat jest piękny. I pokazali, że świat jest piękny. A zapomnieli tylko wspomnieć, że ludzie bywają podli. Już w szkole teatralnej przekonałam się, jak ważny dla wszystkich jest fakt, czyją córką jestem. Kiedy po zrobieniu dyplomu dostałam etat w Teatrze Powszechnym, też czułam się tam źle, bo miałam poczucie, że przyjęto mnie ze względu na mamę, która wtedy była gwiazdą tej sceny. Dlatego skręciłam w innym kierunku i związałam się z teatrem offowym. Tam nikogo nie obchodziło, kim jestem - mówi aktorka.

Ale zaznacza: - Nie chcę narzekać, bo moi koledzy całymi latami musieli pracować na swoją rozpoznawalność, którą ja dzięki nazwisku miałam podaną na tacy. Dopiero później zaczęła się droga pod górkę. I bardzo dobrze, bo dzięki temu, że kilka razy dostałam po tyłku, sporo się nauczyłam. I kiedy dzisiaj któryś z kolegów sugeruje, że miałam łatwo, to pytam: "Grałeś kiedyś spektakl pod Kielcami dla technikum samochodowego o 9 rano? Nie? A ja tak". - opowiada Maria.

Był okres, kiedy przed udzieleniem wywiadu zaznaczała, że nie odpowie na żadne pytanie dotyczące rodziców. A potem... związała się z fundacją Krystyny Jandy i razem z mamą oraz Edwardem Kłosińskim zaczęła budować pierwszą prywatną scenę w Polsce, Teatr Polonia.

- Mama zapytała, co myślę o stworzeniu z nią jej własnego teatru. Pomyślałam, że jeśli komuś coś takiego może się udać, to właśnie jej. A ona chyba uważała, że będę cennym współpracownikiem ze względu na drogę zawodową, którą przeszłam: umiałam radzić sobie w sytuacjach, kiedy nie ma pieniędzy, pracować w trudnych warunkach. Miałam poczucie, że mogę się przydać, że to będzie piękna przygoda. I była - mówi aktorka.

W Teatrze Polonia robiła wszystko, nie tylko grała, ale sprzedawała bilety w kasie, odbierała telefony, pracowała w biurze. Uwielbiała to. Kolejnym wyzwaniem była budowa drugiej sceny, Och-Teatru, którym to ona miała się zaopiekować. Została szefową znacznie większej niż Polonia sceny, z widownią na 450 osób - To był skok na głęboką wodę. Prawda jest taka, że nie byłam wystarczająco przygotowana merytorycznie. Nigdy nie zapomnę zorganizowanego przez Ministerstwo Kultury panelu dla dyrektorów teatrów, na który zostałam zaproszona jako przedstawicielka strefy "niepaństwowej", tzw. prywatnej. Dopiero co skończyłam remont, nie rozumiałam jeszcze całej strony administracyjnej, a tam przyjechali sami wielcy ludzie teatru, świetni menedżerowie. Zadawali mi pytania, a ja miałam poczucie, że nic nie wiem. Mnie wtedy zajmowały takie problemy, jak o której zacząć wpuszczanie ludzi na widownię lub czy w łazienkach jest papier toaletowy. Kompletnie się skompromitowałam! Dopiero później wszystkiego się nauczyłam. I kiedy zostawiałam Och-Teatr, miałam poczucie, że jest świetnie funkcjonującą sceną - opowiada Maria.

I choć zawodowo wciąż jest na zakręcie, zmierza w dobrym kierunku.

- Jesienią przyszłego roku spełni się moje aktorskie marzenie: tekst wierszem, wielkie uczucia, wielkie tematy. Gram w kilkunastu spektaklach, bardzo różne role. Mam poczucie, że wciąż się rozwijam. Spotykam na scenie kolejnych ciekawych artystów. W teatrze jestem szczęśliwa - przyznaje.

A czy w jej życiu jest miejsce na miłość do mężczyzny?

- Na tym etapie nie umiem rozmawiać o uczuciach. Nie chodzi o to, że nie chcę, ale jeszcze nie potrafię. Mam w sobie tę wrażliwość, jednak życie sprawiło, że założyłam tarczę ochronną. Nie chcę, żeby ktoś mnie skrzywdził, nie wiem, czy starczyłoby mi sił na kolejny upadek. Wiesz, że wcześniej nikomu o tym nie mówiłam, rzadko nawet w osobistych rozmowach... A teraz się odważyłam. Może to znak, że zamykam kolejne sprawy i będę mogła pójść dalej.

 Iga Nyc

PANI 11/2019

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje