Reklama

Reklama

Marek Krajewski: Nie interesuje mnie psychika mordercy

- Zawsze na początku kryminału jest śmierć, zbrodnia, a następnie ja jako autor kryminałów tropię sprawcę. Mylę, zacieram ślady, zwodzę i docieram do przestępcy. Jerzy Kawecki też to robi, tyle że nie musi nikogo mylić - mówi Marek Krajewski, współautor książki "Umarli mają głos".

Marek Krajewski, twórca serii słynnych powieści kryminalnych o Eberhardzie Mocku i Edwardzie Popielskim i Jerzy Kawecki - biegły sądowy, starszy wykładowca w Katedrze i Zakładzie Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, po wielu latach współpracy postanowili napisać razem książkę opisującą 12 najciekawszych przypadków zbrodni, do których doszło na przestrzeni 30 ostatnich lat we Wrocławiu. Owocem ich pracy jest książka opisująca zbrodnie w afekcie i szczegółowo zaplanowane morderstwa, seksualne dewiacje i rytualne mordy - "Umarli mają głos".

Agnieszka Łopatowska, Styl.pl: Pracował pan do tej pory z kilkunastoma specjalistami różnych dziedzin. Jak to się stało, że z doktorem Jerzym Kaweckim połączyła pana nie tylko zawodowa więź, ale i przyjaźń?

Reklama

Marek Krajewski: - Jerzy Kawecki był konsultantem niemal przy każdej mojej powieści i właściwie niezmiennym punktem odniesienia podczas tworzenia scen sekcji zwłok czy opisu denata. Na bieżąco podczas pisania umieszczałem w nawiasie: "Zapytać Jerzego", "Sprawdzić u Jerzego". Tego typu adnotacje pojawiały się bardzo często i zapewne, gdybym je podliczył, okazałoby się, że najwięcej jest pytań i próśb o konsultację właśnie do niego. Ta współpraca kwitła, rozwijała się z każdą kolejną powieścią, zatem nic dziwnego, że połączyły nas względy nie tylko zawodowe, ale i koleżeńskie, a dzięki nim napisaliśmy razem książkę.

Która z prac wydaje się panu łatwiejsza - pana, kiedy misternie planuje pan zbrodnię, czy dr. Kaweckiego, który w zasadzie zna już koniec i dochodzi do początku?

- I jedna, i druga są do siebie bardzo podobne. Jerzy wcale nie zna końca. Końcem dla niego jest moment, kiedy znajduje ślad zostawiony przez mordercę. I dopiero ten ślad zaczyna go prowadzić, a końcowym etapem pracy jest odkrycie, czy rzeczywiście zbrodnia została dokonana przez tego sprawcę, czy raczej znaleziony ślad domniemanego sprawcę niejako uniewinnia. To dopiero u Jerzego oznacza ostatni etap pracy.

- Punktem wyjścia są zwłoki - tak jak u mnie, bo zawsze na początku kryminału jest śmierć, zbrodnia, a następnie ja jako autor kryminałów tropię sprawcę. Mylę, zacieram ślady, zwodzę i docieram do przestępcy. Jerzy Kawecki też to robi, tyle że nie musi nikogo mylić - zdąża do celu prostą drogą. I najczęściej mu się to udaje, przez co jest prawdziwą legendą wrocławskiego środowiska prawniczego.

Który etap pracy dr. Kaweckiego jest dla pana najbardziej emocjonujący?

- Nie rozdzielałbym tych etapów. Jeżeli miałbym spojrzeć na pracę Jerzego, to uznałbym, że zaczyna się ona w momencie, kiedy ktoś do niego dzwoni i mówi: "Jest sprawa do zrobienia, do ekspertyzy, sprawa, którą możesz rozwiązać", a kończy wtedy, kiedy Jerzy Kawecki nabiera pewności: "Znalazłem ślad, który być może doprowadzi policję do sprawców". Jeżeli sprawca już jest ujęty, domniemany, oskarżony, to wtedy Jerzy przystępuje do poszukiwania dowodu jego winy bądź niewinności.

- To cały proces złożony z kilku etapów, jednak najbardziej intryguje mnie moment, kiedy Jerzy Kawecki jako biegły sądowy występuje na sali rozpraw. Wymienia poglądy, ściera się, konfrontuje swoją ekspertyzę z ekspertyzami innymi - to szalenie interesujące. Jerzy na ogół z tych pojedynków wychodzi zwycięsko. W polskiej literaturze i w polskim filmie cierpimy na niedostatek dramatów sali sądowej - nie mamy polskiego Michaela Connelly’ego ani odpowiednika "Dwunastu gniewnych ludzi". Polska literatura powinna bardziej doceniać ten niewykorzystany do dziś gatunek.

Może kiedy zajął się pan już literaturą faktu, to to będzie następny krok - relacje z sali sądowej?

- Moje wejście na teren literatury faktu jest debiutem. Po raz pierwszy znalazłem się na poletku literackim dotychczas przeze mnie nie uprawianym, a które z sukcesem jest zagospodarowane przez innych polskich autorów. Mamy doskonałą szkołę twórców zajmujących się literaturą faktu. Jestem trochę kłusownikiem w cudzym lesie. I dlatego czekam z niepewnością na reakcje czytelników i krytyków na naszą książkę "Umarli mają głos". A potem zobaczymy. Jeżeli książka będzie się cieszyć powodzeniem, kto wie, może pójdę w przyszłością tą ścieżką.

Sprawy, którymi się panowie zajęli pochodzą z lat 80. i 90., jedna jest z 2003 roku. Otwierają sobie panowie drogę do wydania ewentualnej drugiej części, czy po prostu wtedy sprawy kryminalne były ciekawsze?

- Kiedy postanowiliśmy napisać tę książkę, poprosiłem Jerzego: "Opowiedz mi kilka historii, które twoim zdaniem są ciekawe". I Jerzy je opowiadał. Jedną po drugiej. Było ich bardzo dużo.  Wybraliśmy albo najciekawsze naszym zdaniem, albo też takie, w których przestępstwa są nietypowe z jakichś względów. Chcieliśmy dać w miarę pełną perspektywę zbrodni dokonanych na Dolnym Śląsku w ciągu trzydziestu lat. Gdybyśmy kiedykolwiek zapragnęli napisać kolejny tom, znalazłoby się jeszcze mnóstwo spraw do wykorzystania.

Doktor Kawecki mówi, że nie ma spraw nietypowych - czy pana zaskoczyła któraś z 12 spraw, które opisaliście?

- Wszystkie były bardzo interesujące, ale gdybym miał na podstawie jednej z nich napisać książkę, to wybrałbym "Królową siłowni". To opowieść o kobiecie, która po trupach idzie do celu - dosłownie po trupach. Ta historia nadaje się równie dobrze na film - widzę w niej duży potencjał. Jest najciekawsza i psychologicznie najbardziej pogmatwana. I była sporym wyzwaniem dla autora.

Czy jest jakiś typ przestępców, który pod kątem literackim jest pana zdaniem najbarwniejszy?

- Dopóki nie napisałem książki z dr. Kaweckim, właściwie to dopóki z nim nie porozmawiałem na temat tych wszystkich zbrodni, uważałem, że życie nie jest specjalnie fascynujące. Podobnie jak i jego zbrodniczy aspekt. Na ogół mamy do czynienia z morderstwami po pijanemu, w wyniku kłótni sąsiedzkiej czy rodzinnej. Do tego zazwyczaj sprowadza się zbrodnia. Co w tym ciekawego dla literata? Dopiero Jerzy Kawecki opowiedział mi o fascynującym procesie odkrywania zbrodni, dochodzenia do tego, kto ją popełnił. Okazało się, że każda sprawa jest ciekawa, jeżeli mamy do czynienia z misternym dochodzeniem do prawdy, z przenikliwą inteligencją - czy to śledczego, medyka sądowego, czy innego eksperta. Sam morderca pozostaje w cieniu, ważniejszy jest sposób, w jaki się go znajduje i jak się go pojmuje. Interesuje mnie dochodzenie do zagadki, a nie psychika mordercy.

Czyli psychopaci nie znajdują się w kręgu pana zainteresowań...

- Nie, choć czasami trafiają się sprawcy bardzo misternych zbrodni, polegających na sprytnym zamazywaniu śladów, po których stąpa przenikliwy śledczy. Tacy sprawcy potrafią tak zagmatwać i ukryć przesłanki, że tylko bystry umysł śledczego może je odkryć. Ale nie to mnie interesuje w kryminalnych historiach. Interesuje mnie przede wszystkim człowiek dochodzący do prawdy.

Mówi pan, że spotkania z dr. Kaweckim zmieniły jego podejście do życia, a do stylu życia? Czy po sekcji zwłok zaczął pan w inny sposób patrzeć na człowieka?

- Sekcja wzbudziła u mnie refleksje natury filozoficznej. Dostrzegłem marność ludzkiej egzystencji. Wziąłem udział w sekcji, bo chciałem zimnym okiem badacza stwierdzić kolor ludzkiej śledziony, wątroby, jelit, kolor ludzkiego tłuszczu, wygląd mózgu. Nie zaskoczyło mnie to, co zobaczyłem - spodziewałem się tego, w końcu wystarczy tylko internet, by znaleźć zdjęcia z sekcji. Wtedy na stole sekcyjnym zobaczyłem kupkę materii, jaką staje się człowiek po śmierci, tę plątaninę tkanek podlegających rozkładowi - to zmieniło mocno moje spojrzenie na świat. Uzmysłowiło mi to, że tak naprawdę nie jesteśmy ważni.

W "Umarłych..." pojawia się też kilka innych ciekawych postaci wrocławskiej kryminalistyki, między innymi Wiesław Semiczek. Miał pan okazję z nim współpracować, czy tylko o nim słyszał?

- Nie miałem okazji z nim współpracować, słyszałem o nim bardzo dużo i od Jerzego, i innych osób ze środowiska prawniczego Wrocławia. Same zresztą znakomite opinie o tym specjaliście z zakresu mechanoskopii, czyli badania śladów pozostawionych na przedmiotach: rozbite okno, wyłamane drzwi. Wiesław Semiczek przez wiele lat współpracował z Jerzym Kaweckim, dlatego zajmuje ważne miejsce w naszych opowiadaniach.

Pojawia się były szef dr. Kaweckiego, Bronisław Popielski. Jego zbieżność nazwiska z bohaterem pana książek - Edwardem Popielskim - jest zupełnie przypadkowa, czy znał panu to nazwisko już wcześniej?

- Jest przypadkowa. Wiedziałem, że prof. Bronisław Popielski był przez wiele lat kierownikiem zakładu medycyny sądowej, ale kiedy tworzyłem mojego bohatera, nie wzorowałem się na profesorze. Nadałem mu imię mojego ojca, żeby w ten sposób go uczcić, a co do nazwiska - po prostu lubię kolor popielaty. Na początku miał być Popielewski, ale potem je skróciłem.

Czy posługiwał się pan jakimś kluczem anonimizując dane opisywanych postaci?

- W naszych historiach występują osoby prawdziwe, jednak żeby nie narażać dóbr osobistych ludzi związanych z tymi sprawami, zamazywałem ślady. Zmieniałem, co mogłem. Polegało to przede wszystkim na nadawaniu innych nazwisk postaciom oraz na zmienieniu miejsc, w których się rozgrywa taka czy inna scena. Na przykład nigdy nie żył prokurator Maruszkiewicz - wymyśliłem go od początku do końca.

Doktor Kawecki nienawidzi zakotwiczenia - zatrzymania się przy jakiejś myśli, tropie zasugerowanym przez kogoś innego. Zdarzyło się kiedyś panu coś podobnego?

- Kiedyś taka kotwica psychologiczna zepsuła mi pracę, zanim w ogóle do niej przystąpiłem. Było to dość dawno. W Instytucie Pamięci Narodowej we Wrocławiu przeglądałem akta milicji obywatelskiej z lata 1945 - 49 i znalazłem tam niezwykle interesującą notkę sporządzoną przez pewnego funkcjonariusza. Notka była mniej więcej tej streści: "Dnia tego a tego w szkole podstawowej numer 1 przy ul. Nowowiejskiej zjawił się mężczyzna, który pod pretekstem bycia lekarzem (to jest oryginalna stylistyka tej notki) uprowadził ze szkoły 10-letniego chłopca, po czym odstawił go do szkoły w stanie kompletnego wyczerpania. Badania lekarskie wykazały, że chłopiec utracił około litra krwi". Proszę sobie wyobrazić - litr krwi! Dorosły mężczyzna ma pięć litrów krwi. To dziecko musiało być wycieńczone, bliskie śmierci.

- Nie wiem, na jakiej podstawie obliczono, że to akurat litr, ale można uznać, że było to około litra. W każdym razie przeczytałem tę notkę i zacząłem myśleć, że jest to fascynująca opowieść, niezwykła historia, którą mogłaby przerodzić się w powieść. Wracałem do domu samochodem, myślałem o tym intensywnie do tego stopnia, że o mało nie spowodowałem wypadku najeżdżając na tył samochodu, który przede mną gwałtownie zahamował. Wróciłem do domu, a żona wręcza mi książkę angielskiej pisarki Mo Hyder. Książka zatytułowana "Rytuał" opowiada o współczesnym Londynie. Przybysze z Afryki kupują krew, która jest dla nich fetyszem. Kiedy ją przeczytałem, zostałem zakotwiczony.

- Nie mogłem już nic innego wymyślić. A gdzie Londyn lat dwutysięcznych, a gdzie Wrocław lat 40. czy 50.? Starałem się stworzyć fabułę mojej powieści o handlu krwią i jedyne, co przychodziło mi do głowy, to rozwiązania Mo Hyder. Rzuciłem to wszystko, nie napisałem tej książki i nigdy jej nie napiszę. I wtedy sobie przyrzekłem, że nie będę już czytał żadnych kryminałów. Robię wyjątek od tej reguły dla moich przyjaciół.

Czy jest jakaś cecha charakteru, której zazdrości pan doktorowi Kaweckiemu?

- Gdybym kiedykolwiek studiował medycynę, poświęciłbym się medycynie sądowej. Wydaje mi się to niezwykle interesujące i bardzo odpowiedzialne. Umiejętności przyjmowania tej odpowiedzialności, beznamiętnego, spokojnego poszukiwania prawdy - tego zazdroszczę Jerzemu.

W przedmowie do "Umarli mają głos" nazwał pan dotychczasową waszą współpracę asymetryczną. Czy po wydaniu tej książki szala tej asymetrii zaczęła się jakoś wyrównywać?

- Kto wie? Z całą pewnością była ona asymetryczna kiedyś, ponieważ Jerzy dokonywał ekspertyz, korygował liczne sceny w moich powieściach, które wymagały takiej medyczno-sądowej ekspertyzy. Tutaj było inaczej. Ja byłem autorem, ale to są historie przeżyte przez Jerzego. To są jego historie, natomiast moim skromnym zadaniem było tylko ich literackie wygładzenie. W tym momencie asymetria pojawia się na korzyść Jerzego. Czy to się wyrównało? Trudno mi powiedzieć. Ale przecież nie o to chodzi ani w przyjaźni, ani współpracy przy książce. Chodzi o sam proces powstawania - jednego i drugiego.

Marek Krajewski i Jerzy Kawecki spotkają się z czytelnikami w następujących miastach:
- Sosnowiec, wtorek 19 maja, godz. 18.00 - XI Sosnowieckie Dni Literatury,
- Kraków, środa 20 maja, godz. 16.30 - księgarnia Matras na Rynku Głównym,
- Katowice, czwartek 21 maja, godz. 17.00 - Matras w Silesia City Center, ul. Chorzowska 107


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje