Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Manuela Gretkowska. Tego nigdy się nie dowiemy

Para bezkompromisowych ekscentryków. Rozstali się, żeby dojrzeć i wrócić do siebie. A potem, dość zaskakująco jak na wolnomyślicieli, wziąć ślub.

Manuela

Kiedy się poznaliśmy, nie sądziliśmy, że będziemy razem. Piotr mieszkał w Szwecji, ja w Polsce. Jednak dwie dusze spotkały się w momencie zagubienia. Byłam protezą życia dla poranionego Piotra, on - plastrem na moje rany.

Reklama

Nie jesteśmy już jednak tymi samymi osobami, które spotkały się 25 lat temu. Właściwie nic z tamtych nas nie zostało. Tylko zmieniając się, można przetrwać.

Uczucia mają swój rytm, a kobieta i mężczyzna nie zawsze wyglądają jak w symbolu jin-jang - dwa przytulone do siebie embriony. Związek to także nie dwie połówki jabłka, raczej ziarnko piasku, które osadza się w małży. I albo będzie odrzucone, bo drażni, albo w mozole, mimo bólu stworzy się perła.

Ja w pewnym momencie potrzebowałam czegoś więcej. Piotr tego nie rozumiał, chciał, żeby było po staremu, a to powodowało cierpienie nas obojga. Nie mogliśmy się odnaleźć. Wtedy też dotknęła nas śmierć bliskich - Piotr stracił syna, mnie umarł ojciec. Kiedy odchodzą rodzice, tracimy nieuświadomioną kotwicę dobrego i złego. Czułam dojmującą samotność i myślałam o rozstaniu, sądząc, że to pustka w związku, a nie we mnie.

Uczy się nas miłości romantycznej, takiej jak z Listu św. Pawła: że jest cierpliwa, że wiele wytrzyma itd. Nie uczy się, że z miłości można się też rozstać. Niektórzy, kłócąc się, wychodzą na spacer, inni wyjeżdżają do innego kraju i ja tak zrobiłam. W 2014 roku wyjechałam do Kalifornii, dostałam stypendium na uniwersytecie w Berkeley. Wzięłam ze sobą córkę.

Na początku rozmawialiśmy z Piotrem przez Skype’a. Nie umiał się z tym wszystkim pogodzić, więc nie było sensu robić sobie wyrzutów, zawiesiliśmy kontakt. Miałam wtedy trudny czas, było mi źle samej ze sobą i szukałam ukojenia. Po mistycznej ceremonii zapalenia szałwii w rezerwacie Indian omal nie umarłam... W tym samym czasie Piotr nagle stwierdził, że do nas przyjedzie. Doleciał do Frankfurtu, ale dowiedział się, że jako obywatel Szwecji powinien się internetowo zarejestrować w amerykańskiej ambasadzie. Musiał zawrócić, ale był jak ptak, któremu złamano skrzydło.

Przyjechałam po roku i zaczęliśmy wspólne życie od początku, bez wielkich słów, obietnic. Nie wiedzieliśmy, co będzie, jedynie to, że będzie trudno i pięknie.  Lubimy rozmawiać o książkach, o ludziach, ich decyzjach i w ten sposób opowiadamy też o sobie.

Fantastycznie wybrałam, bo nie ma większego humanisty niż ktoś zajmujący się ludźmi zawodowo. Piotr kocha swoją pracę. Prowadzi terapie wieczorem. Późno wraca i późno chodzi spać. Wstaje około południa, dla mnie to już pora obiadu. Rano najpierw gadam z psem i medytuję (praktykuję buddyzm tybetański). Po moim śniadaniu budzę Polę, która nie lubi wstawać. Ma poczucie humoru, więc robię kabaret. Żałuję, że przez te wszystkie lata nie nagrywałam tych pobudek. Odwożę ją do szkoły, wracam i piszę.

W domu z reguły to ja gotuję, z głodu nie czekając, aż Piotr coś wymyśli późnym popołudniem. Robi najlepsze na świecie zupy, są czasem jak lekarstwo. Komponuje swoje frittaty, piecze jabłeczniki. Ma świetną sylwetkę, zawdzięcza to genom, ale też mojej opiece.

Bardzo mi się podoba. Kiedy go pierwszy raz spotkałam, oniemiałam: długi warkocz, szerokie, opalone ramiona... Wieczorami Piotr ogląda filmy, przegląda internet. Jest niedzisiejszy, wierzy ludziom, którzy do niego piszą. Ja jestem bardziej nieufna.

To on robi dla nas poważniejsze zakupy w internecie, np. kosiarkę. Czyta opinie, porównuje ceny. To go kręci, ja bym przy tym zasnęła. Staram się wyciągać go na spacery, choć stawia opór. Od niedawna mamy szczeniaka Teo, więc Piotr cieszy się, że mam z kim chodzić. Nazwał go tak po dobrym bracie van Gogha, dla mnie to pies Teoretyczny. Owczarek szetlandzki chodzący od razu przy nodze.

Gustuję także w takim typie mężczyzn, długowłosych i wiernych. Piotr taki jest. Kiedy Pola była maleńka, świetnie się nią zajmował. Byłam histeryczna i przewrażliwiona. On miał większe doświadczenie, potrafił zachować spokój. Pola jest jego szóstym dzieckiem. Gdy się spotkaliśmy, dwoje jego starszych dzieci mieszkało w Polsce, a troje za granicą. To tam - w Szwecji - je poznałam, gdy przyjechałam.

Byłam wtedy emocjonalną analfabetką, artystką nastawioną na siebie. Dopiero jak urodziłam Polę, zrozumiałam, co to jest mieć dzieci. Dziś to dorośli ludzie i mam z nimi dobre kontakty. W czerwcu 2016 roku wzięliśmy ślub. Miałam na głowie wianek z naszych ogrodowych kwiatów i lnianą koszulinę. Piotr włożył garnitur. W urzędzie stanu cywilnego, u nas na wsi, byliśmy niemal sami. Za oknem krowy. Świadkowały nam przyjaciółka i znajoma. Przygotowały całą uroczystość. Pola do końca patrzyła sceptycznie, myślała, że robimy sobie jak zwykle jaja. To był jeden z najpiękniejszych dni w naszym życiu. Świętowaliśmy siebie i nasze przeżyte razem lata i te przyszłe.  Czeka nas jeszcze jedno rozstanie i na nie trzeba się przygotować. Przyzwyczajamy się do świadomości, że jedno z nas kiedyś zostanie samo i nie może to być koniec świata.

MANUELA GRETKOWSKA - pisarka, autorka ponad 20 książek tłumaczonych na wiele języków. Ukończyła filozofię na UJ i antropologię w Paryżu. Niedawno  wraz z Patrycją Pustkowiak stworzyła książkę-rozmowę "Trudno z miłości się podnieść". Jej życiowym partnerem jest Piotr Pietucha, psychoterapeuta, pisarz. Mają 18-letnią córkę Polę.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje