Przejdź na stronę główną Interia.pl

Małżeństwo nieuniknione

On jej się przyśnił, erotycznie. Ona oczarowała go jednym ruchem ręki, którą natychmiast, na jego oczach, zwichnęła. On rzucił się na ratunek i jakiś czas później został jej mężem. Aneta Todorczuk-Perchuć i Marcin Perchuć.

Aneta

Nasze poznanie poprzedzała seria znaków i sygnałów. Jako licealistka w Białymstoku czytałam w gazecie o teatrze Montownia. Moją uwagę przykuło nazwisko występującego tam aktora Marcina Perchucia. Na egzaminie do akademii teatralnej dowiedziałam się, że Perchuć będzie w komisji i od razu skojarzyłam, że to ten sam. W akademii Marcin był wtedy asystentem Cezarego Morawskiego - opiekuna mojego roku. Nie prowadził z nami zajęć, ale był takim łącznikiem między studentami a nauczycielami. Tłumaczył nam na przykład, czego profesorowie od nas oczekują. Ma instynkt pedagoga, jest bezpośredni i otwarty. Dziś nadal pracuje na uczelni, pisze doktorat i ma swoją grupę studentów. Bardzo to lubi.

Reklama

Gdy się poznaliśmy, miałam już chłopaka w Białymstoku i nie myślałam o żadnej nowej miłości. Zapamiętałam jednak rozmowę z Marcinem na korytarzu przy Miodowej. Na stoliku leżała gazeta ze zdjęciami niemowląt. Powiedział coś na temat dzieci i bardzo mi się to spodobało. Chyba gdzieś w głębi duszy kobiety zawsze szukają mężczyzny, który zapewni im poczucie bezpieczeństwa i w przyszłości będzie dobrym ojcem. A potem był grudzień. Ćwiczyłam scenę, podczas której zeskakiwałam z ramion kolegi. Upadłam i zwichnęłam rękę. Marcin od razu rzucił się na ratunek i zawiózł mnie na pogotowie. Dzielnie mi towarzyszył, a na koniec zadeklarował, że kupi leki, bo jego mama pracuje w służbie zdrowia i ma zniżki. Później okazało się, że to nieprawda, ale bardzo zależało mu, żeby mi pomóc.

Wkrótce mi się przyśnił, w dodatku bardzo erotycznie. Sama byłam zaskoczona. Pomyślałam: "Ja z nim? Studentka pierwszego roku i asystent?". W styczniu, po pierwszej sesji, Marcin podszedł do mnie i powiedział, że razem z przyjacielem Rafałem Rutkowskim z Montowni wybiera się na spektakl białostockiego Teatru Dramatycznego. Spytał, czy mi czegoś nie przywieźć z domu. W końcu wyszło tak, że z nimi do Białegostoku pojechałam. Spędziliśmy bardzo miły wieczór, byliśmy w teatrze, potem na piwie i nie mogliśmy przestać gadać. Rano poszliśmy na kawę do mojej ulubionej knajpy.

Do Białegostoku jechałam na tylnym siedzeniu, a gdy wracaliśmy, Marcin posadził mnie przy sobie. Od tamtej pory zaczęliśmy się spotykać. On, warszawiak od urodzenia, pokazywał mi swoje miasto. Wstyd powiedzieć, ale jedyną drogą, którą dobrze znałam, była ta z akademika do szkoły, może jeszcze na Dworzec Centralny i kilka ulic w centrum. Mieszkałam na osiedlu

Przyjaźń na Jelonkach, w drewnianych domkach z lat 50. Tu toczyło się życie towarzyskie studentów spoza Warszawy. Marcin pracował wtedy także jako dziennikarz w radiu WAWA i często podczas prowadzonych audycji przemycał coś specjalnie dla mnie, tak między wierszami. W szkole nie chciałam, żeby ktokolwiek wiedział, że jesteśmy parą. Ukrywaliśmy się więc i kontaktowaliśmy przez "gołębnik", czyli skrzynkę pocztową na korytarzu. Marcin zostawiał mi w niej piękne liściki, witaminy, gdy byłam przeziębiona, a czasem róże. Jest romantykiem i ciągle potrafi robić mi takie niespodzianki. Gdy byłam na trzecim roku, Marcin powiedział: "Wiesz, fajnie byłoby, żebyśmy się teraz zaręczyli, a jak będziesz na czwartym roku, to się pobierzemy". Jak powiedział, tak zrobił. Przyjechał do Białegostoku i oświadczył się w sposób staroświecki. Mama była zachwycona jego szarmanckim zachowaniem. Tata powiedział tylko, żeby Marcin się zastanowił, czy na pewno tego chce. "Wiesz, że ona jest trudna", dodał.

Jesteśmy ze sobą od 11 lat. Właśnie zaplanowaliśmy wakacje. Na sierpień wynajęliśmy z przyjaciółmi dom w Chorwacji, we wrześniu wykupiliśmy wycieczkę tylko dla nas dwojga. Nasz związek nie zawsze jest słodki, bywa burzliwy. Marcin to tradycjonalista, ja jestem buntowniczką. Mąż nie mógł zrozumieć tego, że po wigilii czy śniadaniu wielkanocnym umawiam się ze znajomymi. Pamiętam, że raz strasznie się o to pokłóciliśmy. Jednak powoli się zmieniamy - ja się staram przekonać do jego racji, a on - przyjmować moje argumenty. Lubię rozmawiać o emocjach, problemach, Marcin zaś jest introwertykiem. Musieliśmy się dużo siebie nauczyć. Kiedyś myśleliśmy, że związek to po prostu dwoje zakochanych ludzi. Dziś wiemy, że to ciężka praca. I pracujemy.

Marcin, gdy jest zły, potrafi trzasnąć pięścią w stół, a kiedyś wszystko tłumił. Ja po kłótni nauczyłam się go przytulać, bo wiem, że tego potrzebuje. Oboje kochamy aktorstwo, dużo o nim rozmawiamy, ale wydaje mi się, że czasem to utrudnia wspólne życie. Szczególnie gdy jedna ze stron dostaje więcej propozycji i jej kariera przyspiesza. Nie oszukujmy się - zazdrość zawodowa nawet między najbliższymi istnieje, ale jak się umie o tym rozmawiać, można ją oswoić. Miałam ?27 lat, gdy urodziłam Zosię. Planowałam po trzech miesiącach wrócić do Teatru Narodowego, gdzie miałam etat, a po pół roku do serialu "Samo życie". Okazało się jednak, że jestem na scenie tylko ciałem, a sercem i głową w domu. Byłam przerażona. Myślałam, że nie wrócę już do pracy, że wszyscy o mnie zapomną. W efekcie miałam półtora roku zawodowej posuchy, a na to się nie przygotowałam. Marcin pracował za nas dwoje, w spektaklach, w dubbingu, w szkole. Czuł, że musi utrzymać rodzinę, ale gdy wracał, naprawdę mnie wspierał.

Marcin to minimalista. Zawsze w T-shircie, dżinsach i w martensach. Kupuję mu raz na jakiś czas ubrania. Hurtowo. On za to rozpieszcza mnie, bo nie muszę załatwiać żadnych spraw finansowych. Gdyby nie mąż, zginęłabym w papierach i rachunkach. Na 30. urodziny dostałam od Marcina rajskie drzewko, które zasadziłam przed domem. Marcin nie pali się do porządków. Ale przestałam mu zwracać uwagę. Mam inny sposób. Czasem "zapominam" i po prostu nie sprzątam. Wtedy sam się mobilizuje, robi pranie, odkurza. Marcin nie umie gotować ?i kompletnie nie docenia smaków. Ja zaś to uwielbiam. Staram się przygotowywać wykwintne dania. Pytam: "Dobre?", a on tylko: "Tak, OK". Jedzenie jest mu kompletnie obojętne. Dla Zosi nauczył się jednak robić jajecznicę i zupę pomidorową. Jest wspaniałym tatą. Gdy czyta Zosi bajkę, deklamuje jak na scenie. Mija godzina, a ona nadal jest zasłuchana. Wiem, że córka będzie szukała kiedyś takiego partnera jak jej tata.

Aneta Todorczuk-Perchuć - aktorka; absolwentka warszawskiej Akademii Teatralnej i średniej szkoły muzycznej w klasie skrzypiec. Po studiach występowała z własnym recitalem pt. "Nie dorosłam". Jest aktorką Teatru Narodowego, współpracuje z warszawską sceną Studio Buffo. Gra w serialu "Samo życie"

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje