Reklama

Reklama

Małgorzata Foremniak: Boso jestem sobą

​Mówi, że jest osobna, ale przecież jej zawód to ciągły występ: premiery, wywiady, szpilki, suknie. Trudno się zatrzymać, jednak ten świat stanął. Nie ma nagrań w telewizji, nie robi się filmów. Jest czas... dużo czasu. Małgorzata Foremniak wyjechała na wieś. Tam, idąc boso przez pola, nie jest już sławną aktorką, tylko kobietą, dla której kryzys to szansa, by odnaleźć zagubioną w pędzie prawdziwą siebie. Przeczytaj fragment wywiady z Małgorzatą Foremniak, który znajdziesz w czerwcowym magazynie Twój STYL.

Co pani teraz robi?

Reklama

Małgorzata Foremniak: Zawodowo? Czekam. Nie mam pracy, odwołano zdjęcia i spektakle. Ale moje życie prywatne właściwie się nie zmieniło. "Odłączyłam się" od miasta już dawno. Dużo czasu spędzam w domu kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy. Mam psy, koty, które jeżdżą ze mną, dwa psy wiejskie, tutejsze, muły, kucyka, trzy ule. I pewnie miliony mrówek, które zbudowały kolejne kopce w lesie blisko domu.

- Gdy ogłoszono izolację, zadzwoniła koleżanka: "Słuchaj, Foremka, nie wiem, czego ludzie się boją: że zostaną sami ze sobą? Przecież my tak mamy na co dzień!". Na wsi nie odczuwa się tak zamknięcia restauracji, galerii handlowych, kin, "wygaszenia" miast. Nawet tego nie potrzebuję. Przyroda wystarcza.

Należy pani do tych szczęśliwców, którzy nie widzą różnicy między życiem przed i po?

- Dostrzegam różnicę, przecież ogromną. Dopiero teraz wyraźnie odczuwam, ile miasto generuje szumu informacyjnego, chaosu, jaki bałagan tworzymy, jak wnika on do naszych głów. Kiedyś przyjeżdżałam na wieś najwyżej na tydzień, rzadko mogłam wyrwać się na dłużej. W wiejskim domu teoretycznie wiedziałam, że mogę się już rozluźnić, mam spokój, a mimo to pierwszy dzień chodziłam jak chmura gradowa. Wszystko mnie drażniło, szłam z psami na spacer, a myśli wciąż krążyły wokół miasta, spraw do załatwienia, pracy.

- Dopiero na drugi, trzeci dzień, stres puszczał i budziłam się jak nowo narodzona, z lekką głową. Duże skupiska ludzkie to taka zupa energetyczna, w której gotuje się wszystko: nasze myśli, różne, nie zawsze pozytywne, nasze lęki, obawy, napięcia, pośpiech. Chcąc nie chcąc, wzajemnie się tym nasączamy.

Teraz jest lepiej?

- Jest inaczej, jest dziwnie. Wszystko się zatrzymało. Stres pozostał, bo przed nami niewiadoma. Jak wszyscy przeszłam kilka etapów reakcji na epidemię i izolację. Na początku chłonęłam informacje: zaczynałam ranek od telewizyjnych serwisów, statystyk. Pod koniec dnia miałam wrażenie, że głowę mam jak balon, byłam otumaniona rosnącą paniką, przygnębieniem.

- Miałam huśtawki nastroju. Raz bojowo nastawiona: "nie pękaj", kiedy indziej dopadało mnie odrętwienie. Próbowałam to zagłuszać sprzątaniem, oglądaniem filmów, rozmowami telefonicznymi. Ale i tak wszyscy wszędzie tłukli ten sam temat. Uznałam, że muszę zacząć bardziej troszczyć się o to, co wpuszczam do siebie i swojej głowy.


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje