Przejdź na stronę główną Interia.pl

Maïwenn: Mężczyzna i kobieta są od siebie krańcowo różni

Chcę być dumna z samej siebie - mówi Maïwenn, francuska aktorka i reżyserka filmu "Moja miłość".

Joanna Orzechowska: Zadebiutowałaś  jako aktorka w wieku pięciu lat.

Reklama

Maïwenn: Tak, zagrałam z Isabelle Adjani w "Morderczym lecie" Jeana Beckera a jako szesnastolatka miałam za sobą role u boku Daniela Auteuil i Johnny Hallydaya. Następnie sytuacja się  skomplikowała.

Wiem, że nie lubisz rozmawiać o twoim życiu osobistym, ale właśnie wtedy zamieszkałaś w Hollywood jako żona słynnego francuskiego reżysera Luca Bessona i zostałaś matką.

- Luc kręcił w Hollywood "Zawodowca Leona" z młodziutką Natalie Portman i Jeanem Reno. To był chyba jego najbardziej autobiograficzny film, ale nikt nie dostrzegł w tej historii dojrzałego mężczyzny opiekującego się zagubioną nastolatką odniesień do naszego życia. Miałam wtedy 16 lat,  Luc 32.

Co dalej? Zrezygnowałaś z kariery aktorki?

- Hollywood bardzo niedobrze na mnie działało, czułam się tam strasznie obco. Do tego stopnia, że przestałam myśleć o sobie jako aktorce. Nie wiedziałam kim jestem, wprawdzie pochodziłam z artystycznej rodziny, ale moje stosunki z rodzicami (rodzina Le Besco, jest bardzo znana we francuskich kręgach artystycznych - przyp. red.) były bardzo skomplikowane. Muszę powiedzieć, że ludzie ze środowiska specjalnie mi nie pomogli - na castingach wybrzydzano, że jestem zbyt charakterystyczna, za duża, za chuda, za bardzo nieśmiała, nigdy do niczego nie pasowałam.  W międzyczasie minęły całe lata.

Sukces przyszedł w 2001 r. z autobiograficznym monodramem "Le Pois chiche" prezentowanym w słynnym kabaretowym teatrze Café de la Gare. To był twój rewanż na rodzinie i na krytykach.

- Widzę to raczej jako ponowne narodziny. Poczułam, że wreszcie wiem na pewno co chcę w życiu robić - pisać i kręcić filmy. To tak jakby przeszłość przestała istnieć (Maïwenn była w dzieciństwie ofiarą przemocy ze strony ojca - przyp. red.) i zaczynało się dla mnie nowe życie.

Dzisiaj zaliczasz się  do grona najbardziej znanych francuskich reżyserek. Twoje filmy są obsypywane nagrodami na festiwalach. Prawie wszystkie posiadają wyraźną nutę autobiograficzną. Debiut - "Pardonnez-moi" ("Przebaczcie mi") to podsumowanie twojego dzieciństwa, "Le Bal des actrices"("Bal aktorek") hołd złożony  koleżankom po fachu", w  najnowszym "Mon roi"("Moja miłość") można doszukiwać się śladów twoich doświadczeń z mężczyznami. Wyłamuje się tylko słynna "Polisse" ("Policja") - nagrodzony w 2011 roku przez jury w Cannes realistyczny obraz opisujący pracę brygady policji do spraw nieletnich.

- To typowy skrót dziennikarski. Nie znoszę, kiedy sprowadza się moje filmy do mojego życia osobistego i tym samym się je redukuje. Strasznie mnie to denerwuje. To tak jakby widzieć naszą egzystencję jedynie w czarno-białych barwach. Każdy film jest osobistym dziełem a każde dzieło mówi o jego twórcy. To naturalne, że  artysta inspiruje się własnymi doświadczeniami. Twórczość nie jest nauką ścisłą - często ukrywamy przecież nasze własne ja i ubieramy się w szaty naszych bohaterów. Być może moje przebrania nie są wystarczająco sugestywne i dlatego prześwituje przez nie moja osoba?

Jak reagujesz na sukces? Czekałaś na niego wiele lat.

- Mogę się wydawać naiwna, ale wcale taka nie jestem. Zbliżam się do czterdziestki, widziałam w życiu już wiele rzeczy i żyłam z reżyserem , który miał w swojej karierze wzloty i upadki. Nie twierdzę, że jestem obdarzona jakąś wyjątkową inteligencją, ale na pewno bardzo uważnie wszystko obserwuję. Dzięki temu zrozumiałam, że kino pozostaje w ścisłej relacji z pasją. A pasja, namiętność nie trwają wiecznie. Dlatego odbieram mój sukces jako coś absolutnie efemerycznego -  doskonale wiem, że za jakiś czas kino i krytyka zakochają się w innej realizatorce, która będzie posiadała inny styl i opowiadała inne historie. A ja wręczę jej nagrodę na jakimś festiwalu. Doskonale znam ten mechanizm.  Na razie staram się jednak staram się korzystać z mojej dobrej passy. To bardzo przyjemne doświadczenie.

Czy czujesz się dzisiaj bardziej reżyserką niż aktorką?

- Wolę reżyserować, chociaż nie zaspokaja to wszystkich moich artystycznych potrzeb. Dlatego czasami bywam też aktorką. Długo nie wierzyłam w to, że uda mi się realizować moje własne filmy - wszyscy mówili mi ,że jestem na to za bardzo rozwichrzona, za mało zorganizowana. Przekonało mnie spotkanie z Claudem Lelouchem - ten wielki realizator potrafił zachować wewnętrzną wolność.  Na planie filmowym posługuje się zaledwie szkicem scenariusza, dużo improwizuje, wierzy w aktorów. Lelouch nie kręci filmów, on maluje obraz filmowy. I kocha życie, co moim zdaniem jest podstawowym warunkiem, żeby stać się prawdziwym artystą.

A ty sama kochasz życie?

- Powiedzmy, że staram się wciąż nim zachwycać, mimo że bywa trudne i tragiczne. Świat jest piękny, mimo że istnieją w nim wojny, bieda i przemoc.  Nie wolno nam o tym zapominać.

Masz opinię osoby bardzo wymagającej, często konfliktowej.

- Bo jako kobieta i aktorka powinnam być słodka i seksy? Kiedy kręcę film, kieruję wieloosobową ekipą i odpowiadam za ogromny budżet - to normalne, że jestem wymagająca. Nie uważam się jednak za histeryczkę - po prostu wiem czego chcę. Odziedziczyłam tę cechę charakteru po mojej matce, która w dzieciństwie bardzo mnie irytowała, ale która zawsze konsekwentnie dążyła do celu. Wszystkie kobiety na kierowniczych stanowiskach stają wciąż przed tym samym problemem - o mężczyznach mówi się, że posiadają charyzmę przywódcy, o kobietach -  że są osobami kastrującymi i frustratkami. Mimo lat emancypacji niewiele się pod tym względem zmieniło. To prawda więc, że posiadam opinię osoby trudnej i nie do opanowania. Ale opinie na mój temat już dawno przestały mnie interesować. 

Dzieciństwo, zawód aktorki, problemy społeczne, toksyczna miłość - tematyka twoich filmów  jest bardzo różnorodna. Jak dokonujesz wyborów kolejnych projektów?

- To tak jakby pytać, dlaczego zakochujemy się w tej a nie innej osobie. Zakochujemy się, bo pojawia się chemia, bo ktoś nas nagle olśni, dotknie naszej czułej struny. I z reguły nie jest to osoba najpiękniejsza na świecie czy najbardziej inteligentna. Tak samo jest z filmami.  Za każdym razem zakochuję się w moim temacie, chociaż wszystkie moje filmy mówią o poszukiwaniu miłości. Staram się w nich nigdy nikogo nie oceniać - uważam, że moim obowiązkiem jako realizatorki jest zachowanie neutralnej postawy. Nie znoszę obrazów o wyraźnym przesłaniu. Również jako widz lubię odnosić wrażenie, że przechadzam się w rzeczywistości jak w czyjejś głowie - mózg magazynuje przecież całe bogactwo informacji, wrażeń i emocji. Tego właśnie oczekuję od kina.

Jesteś reżyserką, która  kocha aktorów. Emmanuelle Bercot otrzymała za rolę w twoim ostatnim filmie "Moja miłość' Palmę w Cannes...

- Piszę moje scenariusze z myślą o określonych odtwórcach. Bez nich moje filmy nie mogłyby powstać. Ale nie oznacza to, że wybieram ich, żeby być z nich dumna. Chcę być dumna z samej siebie. To dużo trudniejsze zadanie. Moja wizja zawodu reżysera jest bardzo egoistyczna.  

Jak narodził się pomysł "Mojej miłości"?

- Od dawna miałam ochotę na opowiedzenie historii toksycznego związku, ale pragnęłam, żeby ten projekt dojrzał. Co kuriozalne, najwięcej trudności sprawiła mi pierwsza część scenariusza, opowiadająca o chwilach szczęścia. Z rozpadem związku nie miałam za to absolutnie żadnych problemów! (śmiech)

Czy "Moja miłość" to jeszcze jedna historia wielkiej miłości, która kończy się źle?

- Zawsze interesował mnie temat niemożliwości porozumienia między kobietami i mężczyznami, przewija się we wszystkich moich filmach. "Moja miłość" koncentruje się na historii pary, która kochała się do szaleństwa i tak samo niszczyła. Jak mówi mój bohater Georgio, grany przez Vincenta Cassela "Rozstajemy  się dla tych samych powodów dla których się pokochaliśmy." Ja pragnęłam pokazać rany duszy. 

Tytułowy "król" to Georgio, postać mroczna i negatywna. Czy chodziło ci o pokazanie na ekranie studium perwersyjnego narcyza, niszczącego kochającą go kobietę?

- Etykietkę perwersyjnego narcyza przykleja się obecnie wszystkim - egoistom, osobom zimnym, erotomanom. Prawdziwych perwersyjnych narcyzów jest na pewno dużo mniej. Nie należy  zapominać, że przedstawiam historię miłości z kobiecego punktu widzenia -  bohaterka widziana z męskiej perspektywy również  posiadałaby zapewne patologiczne cechy. Uważam, że mężczyzna i kobieta są od siebie krańcowo różni i takimi na zawsze pozostaną. Miłość i wzajemna fascynacja Tony i Georgia były bardzo silne, dlatego oboje starali się pozostać razem mimo swych neurastenicznych profili. Przyjście na świat dziecka tylko uwypukliło dzielące ich różnice. Dziecko, będące dla kobiety fundamentem istnienia, dla mężczyzny jest  wielką przygodą i fantastycznym wydarzeniem, ale pozostaje on niejako na zewnątrz. Istnieją oczywiście wspaniali ojcowie, mój film jednak o nich nie mówi.

Zależność Tony od ukochanego mężczyzny jest tak wielka, że zakrawa na masochizm. Czy inteligentna, wykształcona i niezależna finansowo kobieta nie może powiedzieć sobie "dosyć" i rozpocząć nowego życia?

- Gdyby wszystko było takie proste, nie istnieliby psychologowie i psychoterapeuci, zranieni ludzie i dzieci z toksycznych rodzin. Emocje nakładające się na nasze wewnętrzne rany są tak wielką siłą, że nie zawsze potrafimy i możemy im sprostać - najbardziej racjonalnym osobom zdarzało się przecież oszaleć z miłości czy cierpieć przez długie miesiące z powodu doznanego zawodu. Wszyscy albo prawie wszyscy mieliśmy w życiu historię, która wymknęła się nam spod  kontroli. To zresztą te namiętności pamiętamy najlepiej.

Może dlatego, że wszyscy jesteśmy zarazem dobrzy i źli? I możemy kochać i ranić?

- Jak już powiedziałam, nie chcę nikogo oceniać. Nie można poznać do końca drugiego człowieka, ba, nie można poznać nawet samego siebie. Życie jest wielkim żartem. To nie ja. To francuski humorysta Pierre Leproche.

Po premierze"Polisse" powiedziałaś w wywiadzie, że gdybyś, jako dziecko, wiedziała o istnieniu brygady dla nieletnich, poszłaby do komisariatu ze skargą na twoich rodziców. Życie nie zawsze jest żartem.

- Gdybym kiedyś wiedziała, że tego typu brygada istnieje, być może opowiedziałabym policjantom wszystko, co leżało mi na sercu. I być może ktoś by mnie wysłuchał, pomógł. I  usłyszałabym wtedy potrzebne  mi słowa od moich rodziców. Podobnie jak policjanci z mojego filmu, uważam, że w przypadkach przemocy kara więzienia niczego nie rozwiązuje - rany leczy się słowami. Są słowa, które posiadają prawdziwie magiczną moc. Jak słowo "przepraszam".  To słowo z bajki....

Rozmawiała Joanna Orzechowska

Styl.pl/materiały prasowe

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje