Przejdź na stronę główną Interia.pl

Magdalena Popławska: Schować się na scenie

Nieśmiała dziewczyna ze Śląska wygrywa konkursy recytatorskie, ale idzie do szkoły dla księgowych, bo nie wierzy w siebie. W końcu jednak zostaje aktorką, trafia do Warszawy, staje się popularna. Brzmi jak historia z bajki, ale... Magdalena Popławska jest realna. Wybrała scenę, bo tylko schowana za rolą czuła się wolna, ważna, niczym nieskrępowana. To się często zdarza, że aktorstwo leczy z kompleksów. Jej dało coś więcej: ogromną wrażliwość.

Kalendarz pęka w szwach. Magdalena Popławska gra w Nowym Teatrze w Warszawie, hitowym serialu "Diagnoza", na ekrany trafił film "Atak paniki" z jej udziałem. Jadę na spotkanie z duszą na ramieniu, bo słyszałam, że moja rozmówczyni jest wyjątkowo skryta. Czy uda mi się sprawić, by się przede mną otworzyła?

Reklama

Rozpiera cię duma? Na festiwalu w Gdyni dostałaś nagrodę za najlepszą rolę drugoplanową w "Ataku paniki".

Magdalena Popławska: Pewnie. Jestem z siebie dumna. Moja praca została doceniona przez środowisko, które jest wybrednym i niełatwym odbiorcą.

Pomyślałaś: "Należało mi się"?

- A tak! Film obejrzałam podczas pokazów na festiwalu. Zwykle nie lubię oglądać siebie na ekranie, bo rzadko jestem zadowolona. Tym razem stwierdziłam: dobrze to zrobiłam. Zresztą to naprawdę niezłe kino. Patchworkowa historia o niezdrowych relacjach lub ich braku. Pełna smutnych, sfrustrowanych ludzi, ale opowiedziana w dowcipny i inteligentny sposób. Wszyscy zasłużyliśmy na nagrodę, a przede wszystkim reżyser Paweł Maślona.

- Przyjechałam do Gdyni tylko na ten pokaz i konferencję prasową, na drugi dzień wyjechałam do Hrubieszowa, do babci. I tam odebrałam sms z informacją, że wygrałam. Było zbyt późno, żeby wracać. Chociaż, przyznam, trochę mi ulżyło. Nie lubię wystąpień publicznych, eleganckich sukienek, szpilek. Takie sytuacje mnie stresują i tego stresu nie umiem opanować. Jąkam się, potykam na prostej drodze, więc może dobrze, że nie dotarłam, bo jeszcze bym się przewróciła na schodach. A tak mogłam się cieszyć z sukcesu całkiem bezstresowo.

Jesteś nieśmiała?

- Sama nie wiem. Bywam nieśmiała przy obcych, gdy się wstydzę. A czasem jestem superprzebojowa, gdy czuję się bezpiecznie, wśród przyjaciół. Moja kuzynka wspomina rodzinne spotkanie, na którym nie odezwałam się słowem. Myślała, że jestem niemową. Często moje własne skrępowanie staje się dla mnie tak stresujące, że jestem w stanie się popłakać. Kiedyś na zapoznawczym spotkaniu z rodziną mojego chłopaka byłam tak zdenerwowana, że rozpłakałam się przy stole. Jego rodzice byli zaskoczeni, próbowali mnie pocieszać, co dodatkowo mnie zawstydziło, więc płakałam coraz bardziej. Katastrofa. Byłam wtedy dużo młodsza. Mniej stabilna. Teraz po prostu unikam okoliczności, w których mogę poczuć się niekomfortowo.

Twoja siostra Aleksandra, też aktorka, jest o cztery lata starsza od ciebie. Była dla ciebie wzorem czy konkurencją? 

- Nie ścigałyśmy się, cztery lata to za dużo na rywalizację. Nawet kiedy razem jeździłyśmy na konkursy recytatorskie, każda występowała w swojej kategorii wiekowej. Zdarzało się, że obie wracałyśmy z pierwszymi nagrodami. Nie konkurowałyśmy, ale to nie znaczy, że nie było między nami konfliktów. Podbierałam jej ciuchy z szafy - bardziej dorosłe, wiecznie się z tego powodu kłóciłyśmy.

Konkursy recytatorskie to było marzenie o lepszym świecie?

- Chyba po prostu wyrosłyśmy w artystycznej atmosferze. Nasza mama w młodości chciała być aktorką, ale jej ojciec, górnik, nie wyobrażał sobie takiego zawodu dla córki. Jej marzenie o wielkiej scenie się nie spełniło, ale udzielała się w teatrze studenckim. Pamiętam, jak grała czarownicę w Sindbadzie, miałam trzy lata. To było dla mnie traumatyczne przeżycie, bo nie mogłam zrozumieć, dlaczego dzieci na widowni jej nie lubiły. Ja przecież wiedziałam, że to mama, i byłam z niej dumna. Na koniec spektaklu czarownicę zamieniono za karę w małpę i nagle dzieci zaczęły się cieszyć. A ja... dostałam histerii. Ola musiała mnie wyprowadzić z sali. Może wtedy wszystko się zaczęło.

Mama kibicowała twojemu aktorstwu? Jesteście do siebie podobne?

- Z wiekiem coraz bardziej widzi się podobieństwa. Obie jesteśmy dość apodyktyczne, niecierpliwe, zawsze chcemy szybko, dużo, najlepiej według planu. Jak coś nie zgadza się w grafiku, są nerwy. Na szczęście odziedziczyłam też dobre cechy. Zawsze idę do przodu, nie poddaję się, wiem, że znajdzie się wyjście z najtrudniejszych sytuacji. Chyba jestem bardziej od mamy wyluzowana. Na pewno zawód aktorki nauczył mnie dystansu. Chociaż największego dystansu nauczyła mnie śmierć mojej koleżanki i agentki, Magdy Prokopowicz. To wtedy wszystko się przewartościowało w mojej głowie. Nie rozumiem śmierci, nie rozumiem, że Magdy już nie ma, ale zrozumiałam, jak kruche jest życie. Nie warto tracić czasu na rzeczy, które są nieistotne.

Ciągnęło cię na scenę, miałaś wsparcie matki, ale wybrałaś liceum ekonomiczne.

- Może z przekory? Wszyscy zawsze powtarzali: "ona będzie aktorką". Może poszłam na łatwiznę, moi rodzice pracowali w tej szkole. A może nie miałam pomysłu na przyszłość?

Szlak przetarła twoja siostra, poszła na aktorstwo. Pomyślałaś: "nie będę gorsza"?

- Skąd! Nie chciałam iść jej śladami, być "tą młodszą Popławską". Dlatego studiowałam w Krakowie, a nie, jak Ola, we Wrocławiu, choć wiedziałam, że łatwiej mi będzie tam się dostać, bo wszyscy się nią zachwycali. Nigdy nie miałyśmy superbliskiej relacji. Dopiero aktorstwo nas połączyło, okazało się, że w trakcie studiów czytałyśmy te same książki. Jednak każda idzie swoją ścieżką, nasze drogi zawodowe rzadko się krzyżują. Może to dobrze? Na czwartym roku studiów przeprowadziłam się do Warszawy. Dla mnie, dziewczyny z Zabrza, już Kraków był dużym miastem, a co dopiero Warszawa. Dużym i drogim. Często chodziłam do siostry i "czyściłam" jej lodówkę. Wynajmowałam pokój na Powiślu, ale jak siostra wyjeżdżała, przeprowadzałam się do jej pięknego mieszkania. Nieraz ratowała mnie w trudnych, kryzysowych momentach. I to ona zmobilizowała mnie, żebym zdawała do krakowskiej szkoły teatralnej, kiedy skończyłam liceum.

Wyobrażam sobie nieśmiałą dziewczynę z Zabrza na egzaminach do szkoły teatralnej.

- Jestem uparta. Może chodziło o pokonanie wstydu. Tak było od początku. Przed występem w konkursie recytatorskim przechodziłam katusze - wymioty, biegunka, ból brzucha, płacz. A kiedy wychodziłam na scenę, mówiłam pierwsze zdanie, wszystko się zmieniało. Może dlatego to pokochałam?

Aktorzy często skarżą się na nieśmiałość.

- Wielu aktorów się wstydzi, wielu jest głęboko zakompleksionych, z niskim poczuciem własnej wartości. Lubimy się kimś zasłaniać. To daje nam poczucie bezpieczeństwa. Ja na scenie nie czuję wstydu. Dużo bardziej obnażona czuję się teraz, gdy mam opowiadać o sobie.

Widziałam cię w spektaklu "Exhausted/Wyczerpani" w Nowym Teatrze. Występowałaś prawie w negliżu. To dla ciebie trudne?

- Nigdy nie rozebrałam się w teatrze. W tym spektaklu występuję w długiej koszulce, majtkach i rajstopach, ale gram gwiazdę porno, więc może dlatego tak to skojarzyłaś. Film jest bardziej dosłowny, trudniej uniknąć takich scen. Na szczęście nie ma wtedy całej ekipy, jest operator, reżyser, resztę się wyprasza. Często jest tak, że my, aktorzy, jesteśmy do połowy ubrani, tylko jakieś fragmenty ciała sugerują nagość - na tym polega magia kina.

Ale jest jeszcze kobiecy krytycyzm, obawa, jak wypadnę, jak mnie ocenią inni.

- Teraz mam mniej kompleksów. W wiekiem coraz bardziej siebie akceptuję. Zrozumiałam, że moja inność jest moją wartością.

A kiedyś? Co było problemem?

- Wszystko. Byłam za długa, za chuda, bez piersi. Typ chłopczycy. Nie rozumiałam własnej kobiecości. Późno dojrzewałam. W naszym domu nigdy nie rozmawiało się o sprawach intymnych. Mama była ze mną u ginekologa tylko raz, kiedy miałam 16 lat i nie miałam okresu. Temat seksu nie istniał. Pierwszy raz całowałam się, gdy miałam chyba 17-18 lat. Wydawało mi się że jestem mało kobieca. Do tej pory nie lubię sukienek i tuszu do rzęs. Paradoksalnie trafiłam do zawodu, w którym ciągle mnie przebierają i malują. A może dlatego prywatnie chcę pozostać sobą.

W PRL-u pewnie brakowało ci luksusów, jak wszystkim, którzy wtedy dorastali. Mogłabyś to sobie dziś zrekompensować. A ty nosisz niepotrzebne rzeczy do domu dziecka i przygarniasz bezdomne psy.

- Będąc w ciąży, dostałam mnóstwo rzeczy dla dziecka od przyjaciół, rodziny. Posyłam je dalej. Część oddaję do Domów Samotnych Matek. Wiem, że tam się przydadzą. A zwierzęta... dla mnie niewiele różnią się od małych dzieci. Podobnie postrzegają świat emocjonalnie. Są tak samo bezbronne, boją się, czują ból. Współpracuję z różnymi fundacjami, organizacjami walczącymi o prawa zwierząt. Odkąd żyję na własny rachunek, zawsze mam w domu zwierzęta, oczywiście znajdowane gdzieś po drodze, w lesie, ściągane z ulicy albo ze schroniska. Każde zwierzę ma swój charakter, własną osobowość. Pies niewiele różni się od świni czy cielaka. Nie jem mięsa od 17 lat i namawiam wszystkich wokół do tego samego. Zwierzęta hodowane na rzeź żyją w strasznych warunkach. Nie chcę w tym uczestniczyć.

Skąd ta potrzeba pomagania?

- To odruch. Pamiętam obraz z dzieciństwa, jak mama zatrzymała samochód, bo zobaczyła, że kogoś biją. Wyskoczyła z auta i pobiegła na ratunek. Byłam z niej wtedy dumna.

Umiesz nazywać uczucia. Wiem, że przeszłaś terapię. Nie bałaś się do tego przyznać?

- A czego tu się wstydzić? Tego, że chcę być lepsza, chcę pokonać lęk, pozbyć się stereotypów, schematów, które powielane są przez pokolenia? Moim zdaniem trzeba o tym mówić głośno. Pomoc jest na wyciągnięcie ręki, trzeba po nią tylko sięgnąć. Poszłam na terapię, bo chciałam uporać się z własnym strachem, wstydem. Brałam udział w ustawieniach systemowych Berta Hellingera. To metoda terapeutyczna, która pomaga przepracować trudne sytuacje z przeszłości, głównie z dzieciństwa. Trudno mi powiedzieć, czy mi to pomogło, ale na pewno było to ciekawe doświadczenie. Uzdrawiająca jest już sama idea, że chcesz sobie pomóc.

Przybliża do szczęścia?

- Mam dużo szczęścia w życiu, więc łatwo mi się mądrzyć. Ale mieć szczęście, a być szczęśliwym to dwie różne sprawy. Nauczyłam się doceniać to, co mam.

Pewnie wiele szczęścia wniosła w twoje życie córeczka? Macierzyństwo cię zmieniło?

- Mam nadzieję, że stałam się bardziej cierpliwa. Przy dziecku musisz się tego nauczyć. Zmienił mi się punkt widzenia. Skupiłam się na codzienności, która czasem jest niewdzięczna - pieluchy, spacery, obiadki. Zwolniłam i stwierdziłam ze zdumieniem, że to jest fajne. Przyjemnie jest siedzieć w domu i bawić się klockami. Przy małym dziecku widzisz świat z perspektywy podłogi i mnie się to podoba.

A co jest najtrudniejsze w byciu mamą?

- Odpowiedzialność. I poranki. Przed wyjściem do żłobka musimy jeszcze nakarmić i wyprowadzić psy, więc czasem, gdy zaśpimy, robi się nerwowo. I te frustracje, kiedy dziecko płacze, a ty nic nie możesz zrobić.

Jest stereotyp, że aktorki lubią pospać do południa.

- Mam czujny sen. Przed narodzinami córki miałam psa z demencją, który budził się w nocy, wchodził w jakiś kąt, nie mógł wyjść i szczekał. Drugi najchętniej śpi przy łóżku, ale chrapie. Przywykłam do rwanego snu. Płynnie przeszłam od wstawania nocą do psa do wstawania do dziecka. Trudniejszy dla mnie jest nieregularny tryb pracy, wieczorne próby, spektakle, zdjęcia od piątej rano. Dzieci lubią rutynę. Gdy nie pracuję, jestem tylko dla córki.

Zdecydowałaś się na samotne macierzyństwo. To była trudna decyzja?

- Łatwa, bo wiedziałam, że nie chcę tkwić w nieudanej relacji. Trudna, bo obawiałam się macierzyństwa, nie wiedziałam, co to znaczy. Bałam się, że nie dam rady, nie pokocham, zawodowo pójdę w odstawkę, nie zarobię na nas. Miałam też finansowo ciężki czas, musiałam się wyprowadzić z mieszkania, które właśnie wyremontowałam. Sama z dzieckiem, dwoma psami i kotem. Ale dałam radę. Jak zwykle miałam wokół siebie ludzi, którzy wierzyli we mnie bardziej niż ja sama. Dostałam wtedy dużo wsparcia. Poza tym pomogła mi mama, która zwariowała na punkcie wnuczki.

Będziesz kochała córkę za dwoje?

- Nie muszę. Ojciec kocha ją po swojemu. Miłość nie zawsze jest oczywista, córka odbierze ważną lekcję: ludzie są różni i trzeba umieć brać od nich to, co są w stanie nam dać.

Dopuszczasz myśl, że się zakochasz i wprowadzisz kogoś do życia swojego i Hani?

- Chciałabym się zakochać. Nie ma nic piękniejszego niż miłość. Ale chyba potrzebuję jeszcze trochę czasu. Na razie miłość do dziecka mnie zalała i nie ma miejsca na inną.

Gdy myślisz "rodzina", jaki obrazek widzisz?

- Teraz mam cudowną rodzinę. Jestem dumna, że stworzyłam dom, o którym marzyłam. Mam córkę, którą kocham, i mój zwierzyniec.

Ślązaczki są opiekuńcze, silne, ale przecież każdy ma kryzysy.

- Tak mówią, że Ślązaczki są silne. Często działam jak rozpędzona maszyna, a lęki dopadają mnie, kiedy zaczynam zwalniać. Najbardziej boję się choroby i śmierci. Nawet nie własnej, ale bliskich. Tego, że nie ma się na to wpływu. Bezsilność jest chyba najgorsza, już wolę się bać i wstydzić, niż czuć się bezsilna. Macierzyństwo wiele zmienia. Jest największą radością, ale i strachem zarazem.

A co jest dla ciebie lekiem na całe zło?

- Kiedyś zostawałam w łóżku i oglądałam godzinami Przyjaciół, ale przy małym dziecku nie ma czasu na smutki. W najgorszych kryzysach śpię i to jest najlepsze lekarstwo. Smutki trzeba przespać, a z problemami sobie radzić. Zawsze jest jakieś alternatywne rozwiązanie, czasem trzeba dłużej na nie poczekać.

Rozmawiała Beata Biały

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje