Przejdź na stronę główną Interia.pl

​Magdalena Lamparska: Wierzę w american dream

Magdalena Lamparska: "Zaprosiłam Polę Negri do współczesnego świata", fot. Tytus Kondracki dla Empik /materiały prasowe

American dream może się zdarzyć - ja w to wierzę, bo zdarzał się moim przyjaciołom. Ale też wierzę w ciężką pracę. To nie jest tylko miasto żon Hollywood, pięknych samochodów i wielkich pałaców, tylko miejsce, w którym spotykają się artyści z całego świata, by robić wspólne projekty - mówi Magdalena Lamparska, aktorka i autorka książki "Wszystko albo nic. #jak Pola Negri".

Reklama

Agnieszka Łopatowska, Styl.pl: Który z filmów z Polą Negri jest twoim ulubionym?

Magdalena Lamparska: - "Madame Dubarry". To film o kurtyzanie, która jest związana z królem Ludwikiem XV. Pola Negri ma w tym filmie zupełnie inne oblicze. Pokazuje w nim swój totalny talent komediowy. We wszystkich swoich filmach Pola była niezwykła, taka bardzo obecna. Jak na tę wyrazistą ekspresję, którą posługuje się nieme kino, ona była naprawdę powściągliwa. Jednocześnie jej gra była niezwykle emocjonalna.

Reklama

Gdybyś żyła w tamtych czasach, w którym z tych filmów chciałabyś zagrać i - nie mogę nie zapytać - z kim u boku?

- Chciałabym zagrać w "Carmen" - to film pełen pasji. Może też chciałabym spotkać samego Charliego Chaplina. Zwróćmy uwagę, jaka niesamowita musiała być Pola Negri, że jej się to udało! Co więcej, doprowadziła do tego, że regularnie jej się oświadczał. Przyprowadzał jej pod okna meksykańską kapelę, a ona oczywiście na następny dzień informowała o tym media. Chaplin w swoich pamiętnikach pisze, że była tym, co najbardziej utkwiło mu w pamięci z podróży po Europie.

Skąd twój sentyment do kina niemego?

- Sięgnęłam po biografię Poli Negri nie po to, by cofać się w czasie, wręcz przeciwnie. "Wszystko albo nic. #jak Pola Negri" to nie biografia, ale powieść. Zaprosiłam Negri do współczesnego świata, świata mojej bohaterki - początkującej aktorki Anny Mazur. Nie jest to wyrwane z kontekstu, bo sama jestem aktorką, i choć absolutnie nie porównuję się do Negri i do jej dorobku, chciałam pokazać, że jej historia jest dla nas doskonałą lekcją i przed wieloma sytuacjami może nas przestrzec.

- Jeżdżąc do Ameryki, do Hollywood, zastanawiasz się, czym jest szczęście. Czy Pola Negri, która miała wszystko, była szczęśliwa? Ta książka nie jest wyłącznie hołdem dla kina niemego, ale poszukuje odpowiedzi gdzie jest szczyt, na który się wspinamy w marzeniach i czy jego osiągnięcie da nam szczęście.

Udało ci się odnaleźć choć część odpowiedzi na te pytania? Pola Negri słynęła z działań, które dzisiaj nazwalibyśmy znakomitym PR-em, przez co nie do końca wiemy, co w jej życiu było prawdą.

- Francuzi mówili o niej "Femme de tête", czyli "kobieta z głową na karku". Była mistrzynią autopromocji. Będąc czołową gwiazdą Paramount Pictures rywalizowała z Glorią Swanson. I kiedy Gloria przyjechała do studia filmowego z dwiema dziewczynkami, które na czerwonym dywanie sypały jej kwiatki pod nogi, na drugi dzień Pola się zdenerwowała i przyjechała z czterema dziewczynkami. Gloria kochała koty, a Pola ich nienawidziła. Kiedy pewnego dnia kot przebiegł drogę tej drugiej, kiedy szła na plan, uznała to za złe fatum i nie wychodziła z garderoby przez cały dzień. Nazajutrz przyjechała do wytwórni z tygrysem przekonując, że to nie jest kot, a bardziej pies.

- W tamtych czasach aktorzy mieli status półbogów. Pokazała to choćby śmierć Rudolfa Valentino, która spowodowała falę samobójstw kobiet w Ameryce. Kiedy wszedł do kina dźwięk, Pola powtarzała, że Olimp pozostał, ale bogów już nie ma.

Hollywood początku XX wieku owiane jest piękną legendą, ale znamy też jego ciemną stronę. Jak myślisz - na ile dotykała ona Poli Negri?

- Zależało mi, żeby w tej książce pokazać właśnie pełny obraz kobiety - aktorki. Dlaczego mówię o kobiecie? Czasami przez medialność pewnych osób odbiera się im człowieczeństwo. Negri była normalną kobietą. Jej życie jest sumą wzlotów i upadków. Nie mówi się o tym, jaką musiała zapłacić cenę za swoją popularność.

- Ten zawód nie jest związany wyłącznie z czerwonym dywanem i okładkami kolorowych magazynów. Pola nigdy nie zaznała szczęścia rodzinnego, straciła swoje jedyne dziecko i ciężko było jej znaleźć partnera, z którym spędzi resztę życia. Kiedy związała się z bogatą osobowością radiową Margaret West - ludzie podejrzewali, że była lesbijką, choć nigdzie nie jest to potwierdzone. W jej życiu miłosnym do tej pory jest wiele zagadek. Z tym wszystkim skonfrontowałam moją bohaterkę, która właśnie pokazuje, jaka trudna jest perspektywa początkującego aktora, który marzy o tym, żeby pracować, a często czeka w kolejce do pokoju przesłuchań, gdzie słyszy: "Dziękujemy, następny".

Masz złe wspomnienia z castingów?

- Nie ukrywam, że też byłam kolejkowiczem. Na początku swojej kariery stałam w kolejkach, gdzie nagle pojawiał się deszcz gwiazd, które były proszone na odpowiednie godziny i zawsze wchodziły przodem. Później rezerwowano czas specjalnie dla mnie, co było bardzo dużym wyróżnieniem. Nie utożsamiam się z Anną Mazur, ale nie wszystko w jej historii jest wymyślone. Jest kompilacją mnie, moich przyjaciół, naszych doświadczeń. Kiedy moi koledzy - aktorzy czytają tę książkę, mówią mi, że podoba im się Anna, bo czują to, co ona.

Książkę zadedykowałaś marzycielom, a ja się zastanawiam, o czym ty marzysz.

- Marzę o tym, żeby nie zabrakło mi pomysłów, żeby zaskoczyć czytelników i napisać kolejną książkę. Nie ukrywam, że pisanie wymaga wielkiej konsekwencji i praca nad pierwszą zajęła mi siedem lat. To przysłowiowe wyjście z szuflady nie jest łatwe, bo oddaję się w ręce odbiorców nie tylko jako aktorka, ale też autorka. To ważny dla mnie moment, od zawsze było to moim marzeniem. Dlatego zadedykowałam ją marzycielom. Bo czasami marzenia wydają się absurdalne, ale jeżeli się nad nimi pracuje i jest się konsekwentnym, to się spełniają. Naprawdę.

Lepiej mieć marzenia czy po prostu plany?

- Trzeba mieć marzenia, żeby mieć plany. Tak też robiła Pola Negri. Planowała sobie coś, co dla naszej wyobraźni mogło być nierealne, ale przy odrobinie szczęścia wszystko udawało jej się zrealizować.

We wstępie do książki piszesz list do Poli, opowiadając o tym, że myślisz o niej w Los Angeles. Jak to miasto wygląda z twojej perspektywy?

- To miejsce jest specyficzne. Pełne przeciwności. Kiedy mamy nad głową słońce i palmy, a wszyscy są uśmiechnięci i mili, może się wydawać, że to raj na Ziemi. Ale Hollywood jako biznes jest niezwykle trudny. Konkurencja, samotność. Ciężko o przyjaźń, bo nie do końca wiesz, jakie ludzie mają intencje. Nie tylko przez wspomnianą konkurencję, ale przez to amerykańskie "How are you? I'm fine".

- Nie chcę uogólniać, bo mam tam też wspaniałych przyjaciół i uwielbiam to podniecenie i napięcie, które unosi się w powietrzu, mówiąc: "Zaraz ty możesz być kolejną Sharon Stone, a ty Bradem Pittem". American dream może się zdarzyć - ja w to wierzę, bo zdarzał się moim przyjaciołom. Ale też wierzę w ciężką pracę. To nie jest tylko miasto żon Hollywood, pięknych samochodów i wielkich pałaców, tylko miejsce, w którym spotykają się artyści z całego świata, by robić wspólne projekty. I to jest piękne.

Masz tam swoje ulubione miejsce?

- W filmie "La La Land" widać panoramę Los Angeles spod obserwatorium Griffitha - zachód słońca i nocne światła miasta są magiczne. Moją ulubioną dzielnicą, choć to wybór oczywisty, jest Santa Monica. Z mniej popularnych - Los Feliz, bardzo artystyczna miejscówka, w której jest wiele księgarń i kawiarni. To moje ulubione miejsce na relaks.

Czym różni się praca na planie produkcji amerykańskich od naszych?

- Różnica jest przede wszystkim pod względem wielkości. Amerykańskie robione są z bardzo dużym rozmachem. Mam przykład filmu "Azyl" z Jessicą Chastain i Johanem Heldenberghiem - polskiej historii Jana i Antoniny Żabińskich, którzy w czasie wojny ukrywali Żydów w warszawskim zoo. Uratowali 300 osób, ryzykując własne życie, to niezwykła historia. Oczywiście czym większa produkcja, tym większe pieniądze. Na planie było 600 osób, prawdziwe zwierzęta: tygrysy, słonie...

- Różnice są jeszcze w relacjach na planie. W Pradze, gdzie kręciliśmy "Azyl", każdy miał swoją przyczepę i w wolnym czasie siedział w niej, a w Polsce mamy jeden barowóz, jeden make-up bus, wszyscy są razem i dobrze się bawią. Ale jeśli mamy mówić o profesjonalizmie, produkcje obu krajów niczym się nie różnią.

"Azyl" przeszedł w Polsce praktycznie bez echa. Szkoda.

- Prawda? Bardzo nad tym ubolewam. Nie wiem, czy wynikało to z nieodpowiedniej promocji, czy z innych powodów. Oficjalna premiera tego filmu była przecież w Polsce i wszyscy aktorzy, łącznie z Jessicą Chastain przyjechali tutaj, by oddać hołd tej historii. Opowiedziana jest również z perspektywy kobiety. Ten film nie jest o wojnie, ale o tym, co może nas uratować: tylko miłość i empatia. Jessica to tak wspaniale pokazuje na ekranie.

- Podczas premiery w Los Angeles przeżyłam coś niesamowitego. Po projekcji nastąpiła taka cisza, że aż bolała. Ludzie nie wiedzieli, co powiedzieć. To jest najpiękniejsze w sztuce, kiedy coś odbiera ci mowę. Widzowie wyszli z sali tak poruszeni, że kiedy słyszeli, że jestem z Warszawy, pytali czy byłam w tym zoo. Czułam się tam ambasadorką Polski i był to dla mnie ogromny zaszczyt. Wierzę w siłę internetu i że tym kanałem ta opowieść dotrze jeszcze do wielu Polaków.

Wspominałaś o przyjaźni i empatii. W polskim show-biznesie występują takie zjawiska?

- Absolutnie są przyjaźnie i to bardzo mocne. Z kilkoma moimi koleżankami: aktorką Olgą Bołądź, socjolog Jowitą Radzińską i scenarzystką Julitą Olszewską założyłyśmy właśnie grupę scenariuszową i chcemy robić kobiece kino. O tym, co nas wzrusza, porusza, co nas boli i zastanawia. Ale nie tworzymy bohaterek, które chodzą na wysokich obcasach i ich jedynym problemem jest czy wypić kawę z mlekiem roślinnym, czy bez. Chcemy tworzyć postaci z krwi i kości. Cieszy mnie, że w zawodach artystycznych coraz więcej kobiet bierze sprawy w swoje ręce i myślę, że to dobry moment, żeby tak się działo.

Jesteś filmową feministką.

- Feminizm może mieć pejoratywne znaczenie, a ja nią jestem w dobrym ujęciu tego słowa. Czuję się z tym dobrze, bo widzę, jakie my kobiety jesteśmy niezwykłe, wielofunkcyjne. Super, że XXI wiek nam na to pozwala i że możemy w swych małych społecznościach tworzyć takie prywatne grupy pt. "teraz jest czas".

Kilka miesięcy temu zadebiutowałaś w całkiem nowej roli - mamy. Co zmieniła ona w twoim życiu?

- Rok 2017 był dla mnie kluczowy. Nie dość, że urodziłam synka, wydałam moje drugie "dziecko", czyli "Wszystko albo nic". W tym czasie dużo się zmieniło. Na pewno nabrałam nowych umiejętności logistycznych. Ale przede wszystkim mam radość z bycia tu i teraz. Gdyby nie mój synek, ta książka by nie powstała, bo będąc cały czas w teatrze czy na planie filmowym, albo w Polsce, albo w Stanach, nie mogłabym jej dokończyć. W czasie ciąży musiałam osiąść i wykorzystałam ten czas artystycznie. Pokazało mi to też, że dobrze jest się trzymać swojej drogi. Może nie zawsze jest ona łatwa, ale lubię sobie odpowiadać na pytanie, dlaczego jestem artystą i dlaczego nią podążam.

Jaki jest pomysł na twoją kolejną książkę?

- To powieść o smutnym temacie - o umieraniu. Będzie to moja bardzo osobista pozycja. Chcę się do niej bardzo dobrze przygotować. Na razie zbieram dokumentację. Mam nadzieję, że nie zajmie mi kolejnych kilku lat, bo też na jej podstawie chciałabym w przyszłości stworzyć film.

Mogę zapytać o te osobiste wątki?

- Będą dotyczyć przyjaźni między dziewczyną a małym chłopcem, który umiera na raka.

Ciężki temat.

- Tak.

A jakie masz plany filmowo-teatralne?

- Powolutku wracam do teatru. Już gram w teatrze Polonia, za moment wracam z moim ulubionym spektaklem "Hollywood" do teatru WARSawa, później do teatru Kwadrat. Ale wszystko na spokojnie, bo chciałabym przez pierwszy rok jego życia jak najwięcej uwagi poświęcić mojemu synkowi.

Rozmawiała: Agnieszka Łopatowska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje