Reklama

Reklama

Magdalena Boczarska: Lubię sobie wszystko utrudnić

​Perfekcjonistka. Ciągle stawia sobie nowe wyzwania. Chce stanąć z drugiej strony kamery w roli reżyserki. Ale praca nie jest już dla niej najważniejsza. Życie napisało dla Magdaleny Boczarskiej inny scenariusz.

Jesteś aktorką, która gra głównie silne kobiety. Nie da się ich łatwo zapomnieć.

Reklama

Magdalena Boczarska: Śmieję się, że gram lwice. To są kobiety, które walczą. O siebie albo o sprawę. O dziecko, miłość, szczęście. Są odważne i nie boją się odpowiedzialności. Ale w każdą z nich wpisany jest wielki smutek. Każda z nich zapłaciła cenę. Coś musiała poświęcić za tę siłę i wybór takiego, a nie innego życia. Czasem nawet mnie samą ich skomplikowanie przerasta. (śmiech) Wymagają ode mnie otworzenia wszystkich szuflad. Przepracowania w sobie różnych emocji, które pozwolą mi je zrozumieć.

Jesteś do nich podobna?

- W pewnym sensie. Lubię sobie stawiać wyzwania i wszystko utrudnić. No i jestem wobec siebie bardzo krytyczna. Moi bliscy mówią, że jestem chodzącą samokrytyką. Ale ostatnio uczę się być dla siebie lepsza, chcę "poluzować kucyki". To jest moja najtrudniejsza lekcja, ale bardzo się staram. Także w sferze zawodowej. Po prawie 20 latach doświadczenia mam dzisiaj komfort wyboru. Ostatnio z kilku propozycji zawodowych świadomie zrezygnowałam. Nie bez bólu. Ale już nie decyduję się na wszystko. Przychodzi moment, kiedy zaczynasz rozumieć, że coś jest ważne, ale coś innego - ważniejsze.

Twój synek niedługo będzie miał dwa lata. Tęsknisz za nim, kiedy pracujesz?

- Henio jest jeszcze malutki. Jest dla mnie priorytetem. Oczywiście są momenty, kiedy czuję niedosyt i chciałabym z nim spędzać więcej czasu. Zapewne wszystkie pracujące mamy wiedzą doskonale, o czym mówię. Ale wydaje mi się, że nieźle równoważę pracę z macierzyństwem. Okresy bardziej intensywne zawodowo przeplatają się z czasem na wzięcie oddechu i skupienie na rodzinie. Gdybym nie wykonywała wolnego zawodu, miałabym chyba mniej czasu. Pracuję przede wszystkim dla siebie, ale też chcę, żeby Henio miał mamę, z której będzie dumny i która będzie go inspirować. Ostatnio zaskoczyło mnie, jak bardzo Henio jest empatyczny. Kiedy jestem smutna, przytula mnie, głaszcze... To mnie tak wzrusza.

Skąd imię Henryk?

- Kiedy zastanawialiśmy się z Mateuszem, jego tatą, jakie powinien dostać imię, nagle pojawił się Henryk i dla nas obojga było oczywiste, że to jedyny wybór. Chociaż nie mamy żadnej osoby o tym imieniu w rodzinie. Co ciekawe, zanim się dowiedziałam, że przyjdzie na świat chłopczyk, nie planowałam żadnego imienia dla dziewczynki. Wierzę, że tak jak role przychodzą do mnie nieprzypadkowo, dziecko pojawiło się w moim życiu, kiedy byłam na nie gotowa. Późno poczułam instynkt macierzyński, ale kiedy przyszedł, okazał się bardzo silny. Wiele rzeczy, szczególnie tych dobrych, inspirujących do rozwoju, wydarza się w moim życiu we właściwym momencie.

Co ostatnio?

- Bliskość mojej mamy, od czasu kiedy pojawił się Henio. Mama jest pielęgniarką dziecięcą, więc to dodatkowy dar z niebios. Trzymają z Heniem supersztamę. Ostatnio uświadomiłam sobie, że gdybym miała powiedzieć, kiedy jej potrzebowałam w życiu najbardziej, to teraz. Wcale nie wtedy, kiedy byłam nastolatką, a życie potoczyło się tak, że miałyśmy do siebie daleko.

Macierzyństwo spełniło twoje oczekiwania?

- To największa magia, jaka mi się zdarzyła, ale nie zawsze jest lekko. Na początku bywałam niepewna. Zdarzało mi się poczucie, że coś robię nie tak. Albo że jestem niewystarczająco dobrą mamą. Mimo że wiele spraw poszło dobrze - łagodnie zniosłam ciążę, udało mi się karmić tyle, ile chciałam, bo przecież nie zawsze się udaje - towarzyszyło mi gigantyczne uczucie zmęczenia. Wielkie szczęście, że jestem mamą, a jednocześnie dysonans - wrażenie, że nie odczuwam macierzyństwa tak, jak powinnam, bo to zmęczenie je przysłania. I czas, który ucieka. Myślałam, że skoro mam skompletowaną wyprawkę, to przez jakiś czas mój synek będzie miał wszystkie rzeczy, których potrzebuje. Co również oznacza, że długo będzie mały. Tymczasem on po chwili miał trzy miesiące, potem sześć, rok... Rośnie tak szybko! A ja nie miałam poczucia, żebym w stu procentach doszła do siebie. Jakby moja psychika i ciało nie do końca nadążały za jego rozwojem. 


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje