Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

​Magda Kubicka: Granica żartu to komfort moich bliskich

- Opowiadałam żart o raku piersi, po którym wyszło około dziesięciu osób. Okazało się, że bilety kupił Klub Amazonek. Wydaje mi się, że niektórym brak niestety dystansu do siebie i swojego życia, ale z drugiej strony panie mogły się poczuć urażone - mówi stand-uperka Magda Kubicka. - Nie miałam za to nigdy sytuacji, że opowiadam żart o małym przyrodzeniu i nagle jacyś panowie wychodzą. Czekam na taki dzień.

Łukasz Piątek, Styl.pl: Kiedy pierwszy raz usłyszałaś o stand-upie?

Reklama

Magda Kubicka: - Mówiąc całkiem szczerze - nie pamiętam. Kiedyś znalazłam coś w Internecie, później zaczęłam oglądać występy na żywo. Na pewno jednym z pierwszych stand-uperów, których widziałam, był Karol Kopiec. Wtedy szerzej zaczęło pojawiać się hasło stand-up. Momentem, kiedy pomyślałam: "Kurde, też spróbuję", był występ Kasi Piaseckiej, który widziałam bodajże w Legionowie. Wtedy pierwszy raz świadomie pomyślałam o wyjściu na scenę solo.

Od razu wiedziałaś, że to jest to, co chciałabyś robić?

- Już od jakiegoś czasu wiedziałam, że chcę być na scenie i działać w ramach szeroko pojętego humoru. Szukałam po prostu formy. Był teatr, kabaret studencki, improwizacja. Ale dopiero jak wyszłam na scenę sama, ze swoim programem, stwierdziłam, że to jest to, że ta forma jest mi najbliższa.

Jak wyglądały twoje początki w stand-upie?

- Początki to pięć minut napisanego materiału i jeżdżenie po open micach. Nie ma innego sposobu. Bawią mnie więc pytania osób, które dopiero chcą zacząć i od razu dopytują: "Ile na tym można zarobić?", albo: "Mam już godzinę materiału, gdzie sprzedajesz bilety?". Może i komuś się tak uda, ale ja zaczęłam raczej standardowo. Występy raz były lepsze, raz gorsze, później znowu gorsze, aż w końcu powoli zaczęłam odkrywać, jak to działa. Jednocześnie materiał się zmieniał, ulegał wydłużeniu. Początek to metoda prób i błędów, obserwacji bardziej doświadczonych kolegów i koleżanek, słuchania ich rad.

Jak na tę zajawkę zareagowali twoi znajomi i rodzina?

- Wszyscy mnie wspierali, również mama. Ona miała moment zawahania, gdy dla stand-upu rzuciłam prawo. Wtedy pojawiły się wątpliwości. Ale kiedy mama zobaczyła mnie na scenie i zdała sobie sprawę, jaką frajdę mi to sprawia, i jak ważne jest to dla mnie, dała spokój z tekstami: "Skończ chociaż dla papierka". Mam pełne wsparcie najbliższych przyjaciół, rodziny i mojego chłopaka, którzy nawet w chwilach zwątpienia zawsze mi pomagają.

Czy stand-up to twoje główne zajęcie, z którego możesz się utrzymać?

- Na szczęście tak. Wcześniej studiowałam, a po studiach przez pierwsze dwa lata robienia stand-upu pracowałam na infolinii w banku. Dzięki temu mogłam dowolnie układać sobie grafik i jeździć na wszelkie imprezy, na których tylko miałam okazję wystąpić.

Nie miałaś obaw wchodzić w tę branżę, która zdominowana jest przez mężczyzn?

- Kiedy zaczynałam stand-up nie myślałam o tym wcale, że "wchodzę w branżę". Takich myśli nie było. Faktycznie, widziałam, że na imprezach większość to faceci, a kobietę spotyka się bardzo rzadko, ale to nie było istotne. Zwłaszcza, że koledzy ze sceny nigdy nas, kobiet, nie odrzucają. Na początku po prostu chciałam występować, mówić te swoje dziwne historie i tyle. Mimo wszystko faktycznie kobietom jest trudniej w stand-upie. Dlatego jest nas zdecydowanie mniej.

- Legendarne już hasło "do bigosu" jest krzywdzące, ale bardzo wrosło w świadomość odbiorców stand-upu. Utarło się, że kobieta to ta nieśmieszna. Więc wychodząc na scenę zaczynamy z poziomu minus jeden. Musimy udowodnić, że jednak zasługujemy na uwagę. Faceci zaczynają na poziomie zero. Po prostu spoko koleś wychodzi na scenę. Nie mówię tu oczywiście o uznanych już komikach, po których ludzie wiedzą, czego się spodziewać. Mówię o panu Kowalskim, który trafia na przypadkowy występ lub open mica. 


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje