Reklama

Reklama

Magda Gessler: Tak trzeba żyć!

Przedstawiać jej nie ma sensu, zresztą i tak zrobi to najlepiej sama. Przed państwem jedyna i niepowtarzalna Magda Gessler!

Monika Stukonis, PANI: Dorota Masłowska napisała, że twój program "Kuchenne rewolucje" to "Wielki Almanach Polaków Lat Dwutysięcznych". Nakręciłaś ponad 300 odcinków. Czego się dowiedziałaś o Polakach?

Reklama

Magda Gessler: Polacy są biedni.

Nie mamy pieniędzy?

- Nie w tym znaczeniu. Jesteśmy biedni w sferze psychiki. Słabi, nieodporni na stres. Przepracowani. Gonimy za tym amerykańskim snem - chcemy mieć dom, samochody, wysokiej jakości RTV. Cierpimy na wieczny brak czasu. Przypłacamy to bezdechem, stresem, depresją. Przyjeżdżam do małych miejscowości i właściciele odwiedzanych przeze mnie restauracji nie mają nawet kiedy zjeść obiadu, a co dopiero spędzić dłuższy czas z rodziną...

- Zadłużeni, obarczeni kredytami, kartami debetowymi. Funkcjonują często na krawędzi bankructwa. Wiele lat temu uwierzyli w świat kolorowych reklam, gdzie piękna, szczęśliwa rodzina siada do obiadu i delektuje się swoją obecnością. Wszyscy chcieliby tacy być, ale w rzeczywistości niewielu na to stać. Dziś trzeba mieć głowę do interesów i łut szczęścia, które pozwolą prowadzić dobrze prosperującą firmę.

- Wielu nie rozumie mechanizmów biznesowych. Pytają siebie, czemu im się nie udaje, dlaczego inni zamieniają w złoto wszystko, czego się dotkną. A to kwestia predyspozycji - społecznych, zawodowych, interpersonalnych... Co nie znaczy, że mamy przestać marzyć! Bez tego życie nie ma sensu, ale trzeba bardzo ciężko pracować, mieć plan i być konsekwentnym.

Bohaterowie twoich programów marzą i wydają się bardzo przedsiębiorczy. Wynajęli lokal, zatrudniają ludzi, negocjują z dostawcami. No to co jest nie tak?

- W czasie wojny utraciliśmy pokoleniowość, dziedziczenie, majątki. Wszystkiego się dorabiamy, walczymy. Nie mamy dziadków i pradziadków, którzy w spadku zostawili nam piękny dom ze stajnią czy kamienicę. A w Hiszpanii, Portugalii bądź Francji ludzie dziedziczą z pokolenia na pokolenie majątki, dzięki czemu mają w sobie spokój. Starsi ludzie siedzą na rynkach małych miasteczek, spokojnie sącząc espresso czytają gazety. Dzieci i wnuki już zarządzają winnicami, fabrykami serów czy oliwek. A seniorzy patrzą, jak to wszystko przechodzi z pokolenia na pokolenie w dobre ręce. Nikt ich nie wyrzuca z domu, nie myśli, jak usunąć w kąt. Oni są szefami tych klanów.

W wielkich miastach 70-80 procent nowo powstających restauracji bankrutuje. Dlaczego? Nie sprawdzamy, na co jest zapotrzebowanie? Kochamy tajską kuchnię, byliśmy pięć razy w Tajlandii i wydaje się nam, że jesteśmy predestynowani do zarządzania egzotyczną restauracją? 

- Gastronomia to jest oddzielna nauka - poważny biznes oparty na ludzkiej energii i ogromnej determinacji. Na katorżniczej pracy od rana do nocy. Na cierpliwości i rozeznaniu społecznym. Trzeba wyczuć, z kim warto robić biznes, a z kim nie. Może to zabrzmi dość zarozumiale, ale ci najlepsi restauratorzy to ludzie o licznych talentach. A w Polsce wielu osobom wydaje się, że prowadzenie restauracji to nie jest żadna sztuka. Lokal, linia kredytowa i jedziemy - bez żadnej wiedzy i przygotowania. A samo zarządzanie ludźmi jest już wiedzą tajemną. Jak ich zmobilizować, jak ich u siebie zatrzymać. Bo ci dobrzy, którzy wyczuwają niesprawiedliwość i są źle traktowani, odchodzą najszybciej. A w wielu restauracjach są oprócz tego poważne konflikty rodzinne. Ktoś ma do kogoś żal, ktoś się leni, ktoś kogoś wykorzystuje. Ktoś ma romans, ktoś ciężko zarobione pieniądze wydaje na boku - na podróże albo na operacje plastyczne. A w życiu trzeba przede wszystkim dawać, mniej brać. 

Ty to robisz? Pomagasz, rozdajesz, wspierasz? 

- Ja robię wszystko, bym była potrzebna. Nie ma mnie na ściankach, balach, przyjęciach. Nie mam na to czasu ani chęci. Jedyne, o czym marzę, to przebywać jak najwięcej z dziećmi, Larą i Tadeuszem. Chcę im być potrzebna. Do mnie można zadzwonić w środku nocy - ja się zawsze zbudzę i odbiorę ten ważny telefon. Udzielę rady, pomocy. Może to wynika z tego, że w młodości dostałam nieprawdopodobną ilość miłości. Od swojego pierwszego męża Volkharta Müllera (niemiecki korespondent magazynu "Der Spiegel" - przyp. red.) dostałam ogromne poczucie własnej wartości. Tak mi wszystko poukładał w głowie, że kiedy wróciłam do Polski, wiedziałam, co mam robić i jak żyć. 

Panienka z ciekawego domu. Twój tata Mirosław Ikonowicz, dziennikarz, wieloletni korespondent PAP-u, całe życie spędził na placówkach - Bułgaria, Hawana, Madryt. Mama, reżyserka dźwięku, kręciła własne filmy. Z domu też wyniosłaś poczucie siły? 

- Skąd! Z domu wyniosłam niepewność. Przy takim bracie jak Piotr Ikonowicz trudno być gwiazdą, a nawet osobą zauważalną. Piotr miał same piątki, wiedział wszystko. Interesował się polityką, historią, a ja raczej lądowałam na trójkach i z dwóją z matmy. Piotr był zawsze ulubieńcem mamy, a ode mnie dużo się wymagało i lekko ośmieszało: "Jak to tego nie wiesz, a Piotr wie?", "No tak, to twoje malarskie oko" (tak kwitowano moje spostrzeżenia). Z drugiej strony wpojono nam naturalną ciekawość świata i miłość do ludzi. Uczestniczyliśmy w życiu rodziców, w interesujących rozmowach przy stole, w ciekawych dyskusjach politycznych ze znajomymi. Nikt nas nie wypraszał, nie zaganiał do łóżek. Prawda jest taka, że na naszych oczach zmieniała się historia. W domu bywali wybitni intelektualiści, artyści, politycy, ludzie z pierwszych stron gazet, ale też ci, którzy dopiero mieli przed sobą wielką karierę, jednak już wtedy biła od nich niezwykła siła... Obcowanie z ludźmi pełnymi pasji, spełnionymi, to wspaniałe doświadczenie, które wpłynęło na całe moje życie. 

>>> Czytaj dalej na kolejnej stronie <<<


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje