Reklama

Reklama

Lucyna Ćwierczakiewiczowa: Polska kucharka narodowa

Dziewczęta podczas pracy w kuchni (1910-1939) /Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego

Czasopismo satyryczne "Muchy" w 1899 roku nazwało Lucynę Ćwierczakiewiczową "władczynią w państwie rondla i warząchwi". Słowa te były częścią pamfletu wymierzonego w słynną kucharkę po skandalu, który złamał jej karierę. Mimo to doskonale oddawały pozycję tej zażywnej damy, która przez całe dekady rządziła polskimi podniebieniami i zmieniła mentalność kobiet swojej epoki. Na swoją pozycję na szczycie ciężko zapracowała.

Niewiele brakowało, by Lucyna, córka Fryderyka i Henrietty Bachmanów, dołączyła do grona kobiet, o których historia zupełnie zapomniała. Jej planem na życie, podobnie jak tysięcy innych panien pochodzących z rodzin mieszczańskich, było dobrze wyjść za mąż, urodzić dzieci, wzorowo prowadzić dom i trochę angażować się w działalność dobroczynną.

Reklama

Nie odebrała formalnej edukacji, nauczyła się jednak francuskiego, niemieckiego, gry na fortepianie i śpiewu, czyli umiejętności przydatnych "towarzysko". Spraw związanych z prowadzeniem domu uczyła się od matki. Chodziły razem na targ, pilnowały zapasów, doglądały kucharki. Lucyna chętnie przyglądała się powstawaniu potraw. To, co początkowo było zaledwie upodobaniem, z biegiem lat przerodziło się w najprawdziwszą pasję.

Zanim jednak najsłynniejsza polska kucharka wydała swoją pierwszą książkę, wzięła ślub z rozsądku i osiadła w majątku męża, Feliksa Straszewskiego, pod Warszawą. To tam po raz pierwszy sama musiała się zająć zarządzaniem domem. Obserwowała bacznie, co dzieje się w wiejskim gospodarstwie wraz ze zmieniającymi się porami roku, notowała dobre rady i przepisy od sąsiadek. W praktyce uczyła się korzystać z dobrodziejstw ogrodu i dbać o to, by w jej domu jadało się zdrowo nawet w środku zimy. Nie było jej to jednak w stanie zapewnić szczęścia rodzinnego.

Niestety, jej małżeństwo nie układało się dobrze, a Straszewski spędzał coraz więcej i więcej czasu z dala od domu. Kiedy w końcu młodej mężatce udało się zajść w ciążę, radość nie trwała długo. Lucyna straciła dziecko i pogrążyła się w smutku. Niedługo później do reszty rozpadło się jej małżeństwo, a ona sama, wykorzystując kruczek prawny, została rozwódką.

Z podziałem majątku nie było żadnego problemu - wszystko zostało dokładnie ustalone i spisane jeszcze przed ślubem. Lucyna wróciła do Warszawy, do matki, która bardzo szybko rozpoczęła poszukiwania następnego męża dla jedynej córki. Nie było równie łatwo, jak za pierwszym razem. Rozpad małżeństwa nieco nadszarpnął reputację młodej rozwódki, w dodatku, chociaż Lucyna miała wiele zalet, ujmująca powierzchowność nie była jedną z nich.

Przez żołądek do serca?

Ostatecznie wybór padł na inżyniera Stanisława Ćwierczakiewicza. Związek z nim dał Lucynie nadzieję na spokojne i zgodne pożycie. Po zaręczynach przyszli małżonkowie spędzali czas na wspólnych obiadach z jej rodziną. Przy stole szybko dały o sobie znać przebłyski geniuszu kulinarnego narzeczonej. Nawet jeśli biesiadnicy mieli za sobą obfity posiłek, każdy starał się zostawić choć odrobinę miejsca na wspaniałe wypieki i desery, które wychodziły spod ręki Lucyny.

Między nią i Stanisławem zrodziło się szczere uczucie, które przypieczętował ślub na początku 1852 roku. Lucyna miała wówczas 25 lat i wreszcie mogła dzielić swoje życie z mężczyzną, który potrafił ją docenić. Dla Stanisława uczyła się gotowania najróżniejszych smakołyków, które pamiętał z dzieciństwa. On odwdzięczał jej się dobrym słowem i ogromnym przywiązaniem. Okazało się, że dla Lucyny w miłości do dwóch razy sztuka - po pierwszej porażce trafiła na człowieka, z którym spędziła kilkadziesiąt szczęśliwych lat  i którego nazywała "najukochańszym z ludzi". 

Jako pani domu lubiła troszczyć się o swoich najbliższych. Jeśli zachodziła taka potrzeba, w jednej chwili zmieniała się w pielęgniarkę. Dała temu dowód, gdy na rodzinę spadła tragedia. Brat Lucyny, Karol, z nieznanych powodów popełnił samobójstwo.

Ćwierczakiewiczowa troskliwie zajęła się matką, która bardzo ciężko przeżyła ten cios. Stosując między innymi zabiegi balneoterapii, pomogła jej wrócić do zdrowia.  

W domu Ćwierczakiewiczów panowała swobodna, ciepła atmosfera. Sama Lucyna chętnie karmiła swoich bliskich nowymi daniami, których receptury sama wypróbowywała i udoskonalała w kuchni. Jej dom funkcjonował jak doskonale naoliwiona maszyna, a goście uwielbiali do niego zaglądać. Zawsze byli pewni, że mogą liczyć na jakieś rarytasy. Wina, nalewki, przetwory, ciasta, leguminy, przekąski zimne i gorące - wszystko, co podawała na stół Lucyna, wprost zachwycało. O tych delicjach w Warszawie robiło się coraz głośniej. 

Nowa kariera pani Lucyny

Nie wiadomo, czy ktoś podsunął Ćwierczakiewiczowej ten pomysł, czy sama nosiła się z nim od dłuższego czasu. Pewne jest jedno. Sześć lat po ślubie, w 1858 roku, pożyczyła pieniądze od znajomego i zdecydowała się wydać "Jedyne praktyczne przepisy wszelkich zapasów spiżarnianych oraz pieczenia ciast".

Sen z powiek spędzało jej to, że książka może okazać się zupełną klapą, a ona zostanie z długiem. Okazało się jednak, że te obawy są całkowicie bezzasadne. Jej pierwsza książka okazała się absolutnym hitem, a nakład rozszedł się błyskawicznie. Kluczem do sukcesu były nowoczesne na tle epoki poglądy Lucyny na sztukę kulinarną oraz ciekawe, różnorodne i dopracowane receptury, pozwalające przyrządzić najrozmaitsze rarytasy. Zresztą, książka w dużej części poświęcona jest pieczeniu ciast, a w tym Ćwierczakiewiczowa nie miała sobie równych.

Dwa lata później ukazało się "356 obiadów za 5 złotych". cementując pozycję Lucyny, jako przewodniczki po polskim smaku. Na tę książkę nie tylko nie musiała pożyczać od nikogo pieniędzy. Mogła ją spokojnie sfinansować ze swoich ciężko zarobionych pieniędzy. W "365 obiadach" sięga po najróżniejsze receptury, jednak nadaje im własne szlify.

Jeszcze całkiem niedawno książki kucharskie opowiadały zupełnie inną historię i pełne były przepisów stosownych dla kuchni magnackiego pałacu, a brzmiących niemal absurdalnie w kontekście tej zlokalizowanej w miejskiej kamienicy. Lucyna tak opracowuje swoje receptury, by dało się je przyrządzać w zwykłych domach.

Podaje proporcje, informacje o składnikach, czas gotowania. Jest przekonana, że danie nie może się nie udać, jeśli tylko kucharz będzie się trzymać jej instrukcji. Oprócz tego mocno odchudza dania, tonące dotąd w maśle i słoninie, wprowadza do nich więcej warzyw i zwraca uwagę czytelniczek na to, że sposób podania też jest bardzo ważny. Wszystko to jest nowym i ciekawym spojrzeniem na kuchnię.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje