Przejdź na stronę główną Interia.pl

Lody zimne, uczucia gorące

Są jak zgrana drużyna, która poradzi sobie z każdą przeszkodą. Skąd biorą siłę? Z miłości i oddania rodzinnej tradycji.

Elżbieta Grycan - z wykształcenia ogrodnik (ukończyła SGG W). Pochodzi z rodziny o tradycjach cukierniczych. Współwłaścicielka (z mężem Zbigniewem Grycanem) firmy produkującej lody - Grycan. Lody od pokoleń. Mama bliźniaczek - Małgorzaty, absolwentki SGH, i Magdaleny, absolwentki romanistyki UW. Ma 64 lata.

Reklama

Moje ulubione lody? Sorbety. Mamy ich dzisiaj 20 rodzajów. Czuję się prawie ich matką. Są efektem moich eksperymentów z owocami. Podczas pracy nad najnowszym smakiem - bananowym, musiałam się dowiedzieć wszystkiego o tych owocach. Okazało się, że istnieje mnóstwo ich gatunków. Jestem zadowolona z efektu. Tak jak mąż lubię też klasykę - lody waniliowe i czekoladowe. Ale cieszy mnie znajdowanie nieoczekiwanych połączeń - delikatne lody pistacjowe oraz intensywny w smaku sorbet z czarnej porzeczki. Lubię lody i mogę o nich długo opowiadać, bo przez te lata stanowiły ważny element naszego życia.

Kiedy te 37 lat minęło? Sama nie wiem. Pamiętam, że jeszcze przedświąteczne popołudnia 1979 roku przepracowałam w cukierni rodziców. W rodzinnym biznesie liczą się każde ręce do pracy. Ale nigdy nie traktowałam tego jak męczącego obowiązku - mimo że pracowałam też w spółdzielni ogrodniczej - firma rodziców była naszą wspólną sprawą, chociaż zdarzało się, że śnił mi się najczęściej wybierany przez klientów zestaw ciastek.

Zbigniewa znałam od dzieciństwa. Praktykował u mojego ojca w Bristolu. Dla mnie był "panem Zbigniewem", któremu czasem podawałam kawę w cukierni. Gdy spotkałam go na przyjęciu u rodziców, miałam 27 lat, on - 39. Był na rozdrożu: planował otwarcie lodziarni, miał za sobą rozwód. Nie sądzę, żeby chciał nowego związku. Może po prostu był otwarty na to, co się wydarzy. Wszystko zadziało się szybko i spontanicznie. Dzisiaj się dziwię, że traktowałam to jako coś oczywistego. Może byliśmy jak dwie połówki jabłka, które się odnalazły?

Zaręczyliśmy się już po trzech tygodniach. I pojechaliśmy do moich rodziców, którzy nawet nie wiedzieli, że się spotykamy. "Elusiu, a co ty tu robisz o tej porze. I kto jest z tobą?", zapytała mama, widząc, że nie jestem sama. Byli zaskoczeni, ale nie powstrzymywali nas. Jako że Zbyszek miał dwoje dzieci z poprzedniego małżeństwa: 16-letnią córkę i 12-letniego syna, mama powiedziała mi tylko: "Pamiętaj córciu, że to jest bardzo duża odpowiedzialność".

Odnalazłam się w naszym wspólnym biznesie. W końcu wychowałam się "pod stołem cukierniczym". Co by było, gdyby mąż prowadził sklep ze śrubkami? Nie wiem, chyba byłoby mi trudniej się zaangażować. Jednak lodziarnia to nie to samo co cukiernia, gdzie najtrudniejszym dniem jest tłusty czwartek. W naszej lodziarni tłusty czwartek był codziennie. Zbyszek ma żelazne zasady, co mi zawsze imponowało. Mawiał: "Elu, niech nigdy nikt u nas nie czeka na wypłatę". I tego pilnowaliśmy. Nie wyobrażał sobie też, żeby nasza lodziarnia była choćby jeden dzień zamknięta. Jak zdarzyła się awaria, przyjeżdżał mechanik i mąż przez całą noc podawał mu klucze i śrubki. A jak ktoś nie mógł przyjść do pracy, zakładał fartuch i przygotowywał lody.

Mąż jest strategiem. Nie zatrudniamy projektantów naszych fabryk, wszystkie trzy wymyślił sam. Tworzy wizje, a ja "dziergam" szczegóły do jego pomysłów - co czasem wywołuje napięcia. Oboje jesteśmy emocjonalni, ale mnie łatwiej zachować spokój.

Nauczyłam się, jak postępować z moim mężem. Kiedy ponoszą go emocje, trzeba odpuścić i poczekać. A potem znowu porozmawiać. Inaczej byśmy się pozabijali.

Oboje zostaliśmy wychowani w szacunku do pracy. Ona nas stworzyła. Momenty wytchnienia nie zdarzały się często i trzeba było je wyszarpywać. Znalazłam na to sposób. Jak Zbyszek mówił, że musimy gdzieś pojechać, żeby kupić maszynę, to organizowałam coś w okolicy - choć dwa dni odpoczynku. Dzisiaj, w czasach internetu, to nie jest trudne. Pamiętam, jak jechaliśmy do Chorwacji po nową maszynę (bo on każdą nowość chce natychmiast sprawdzić), córka nam znalazła przyjemne miejsce w Austrii. Jaki Zbyszek był zadowolony! Bo on też chciałby odpocząć, ale poczucie obowiązku nie pozwala mu na podjęcie takiej decyzji. Robię to za niego (śmiech).

Gdy się razem pracuje i mieszka, trudno oddzielić przestrzeń zawodową od prywatnej. Z nami tak było. Dzisiaj większość pracy wykonujemy w domu. Są telefony, e-maile, internet. Mimo to Zbyszek jest tak zajęty, że muszę sobie audiencje u niego rezerwować. Na szczęście czasem są święta. Mówię wtedy: "Zbysiu, wszyscy już wyjechali, mamy czas dla siebie".

Dzień, w którym urodziły się nasze córki Małgosia i Magda, wspominam jako najszczęśliwszy w moim życiu. Miałam 32 lata. Byliśmy pięć lat po ślubie i te dzieci były już wyczekane. Długo nie wiedziałam, że urodzę bliźnięta. W Warszawie nie było łatwo dostać się na USG. Mnie się udało, bo lekarze podejrzewali wadę genetyczną płodu. Czekałam w napięciu. A potem przyszły ulga i radość, kiedy się okazało, że wszystko jest w porządku. Po czym lekarz powiedział: "Tu mamy jedno dziecko, a tu drugie. Czy szukać dalej?". Gdy się urodziły, dwa tygodnie nie spałam z emocji. Ich dzieciństwo wspominam cudownie, choć przez pierwsze lata większość obowiązków rodzicielskich spoczywała na mnie.

Obie córki już w liceum zaangażowały się w działalność firmy. Została w niej Gosia. Każde z nas zajmuje się inną działką, więc się uzupełniamy. Mamy ten sam sposób myślenia, więc nawet nie potrzebujemy się konsultować przy podejmowaniu decyzji. Druga córka zdecydowała się na pracę naukową. Tuż przed urodzeniem drugiego synka złożyła pracę doktorską. Planuje obronę i pracę na uniwersytecie. Każda robi to, co kocha, i to jest fantastyczne.

Mamy też mnóstwo radości z trójki wnucząt. I mąż, i ja mamy swoją przestrzeń. Cieszę się, jak Zbysio wyjeżdża gdzieś z kolegami. Właśnie wybiera się na rajd samochodowy oldbojów na Mazurach. Nie startuje, będzie tylko obserwował. "Super, Zbysiu, jedź, rozerwij się", powiedziałam mu, jak usłyszałam o tym pomyśle.

Cenię i szanuję mojego męża. Za jego niezłomny charakter, za opiekuńczość, za to, że jest towarzyski i ma poczucie humoru. Lubimy się. Ale w związku musi być też miłość. A ona jest między nami nadal, tak jak na początku.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje