Przejdź na stronę główną Interia.pl

Łapa w łapę

Oduczy cię egoizmu, bezinteresownie ucieszy się na twój widok, rozśmieszy, gdy jest ci źle. Pies awansował do rangi naszego przyjaciela i terapeuty. I choć czasem relacja ze zwierzakiem bywa skomplikowana, a nawet szorstka, dumni właściciele: Katarzyna Bonda, Nina Terentiew, Krzysztof Ibisz i Jan Kuroń, mówią, że życie bez psa jest naprawdę... pieskie.

Katarzyna Bonda

Pisarka, od dwóch lat właścicielka mieszańca o imieniu Łukasz. Psa, który... wyciągnął ją ze studni.

Reklama

Mój coach

Zanim pojawił się Łukasz, którego mój brat przywiózł ze schroniska, przez 15 lat miałam amstafa Bułkę. Była niekłopotliwa, bo podobna do mnie - depresyjna, skupiona na sobie. Potrafiła tak jak ja spać do 13 i potem spędzić dzień na myśleniu, bez kontaktu z kimkolwiek. Wyglądała groźnie, ale była słodka - też jak ja. Przyjaźniła się tylko z niektórymi psami i niektórymi ludźmi. A Łukasz? On jest nieznośnie optymistyczny. Cały czas biega, hasa, daje łapę. I z czego ta nieuzasadniona radość? Że ćwierkają wróble? Też coś. Jego entuzjazm mnie irytował. Jak ja będę pracować? - myślałam. Ale zaczęłam się przyzwyczajać. Więcej, uczyć się od Łukasza optymizmu.

Myślę, że pies pojawił się w moim życiu po to, bym nie wpadała w swoje "studnie". Bo uwielbiam przebywać w mrocznych przestrzeniach, kwękać. Powieści kryminalne piszę właśnie dlatego, że dostrzegam to, co złe. Dzięki Łukaszowi zobaczyłam, że możliwa jest inna percepcja i dla równowagi warto zmienić punkt widzenia.

Jaśniej w domu

Gdy czuje, że ktoś ma słabszy dzień, podchodzi, przytula się i rozśmiesza. Udaje na przykład surykatkę: staje na tylnych łapach, robi miny, stawia wielkie uszy. Mnie i córkę uważa za swoje stado, a siebie za obrońcę. Jest skonsternowany, gdy na spacerze ktoś mu znika z pola widzenia, zaraz nas szuka i zagarnia. Nie pójdzie spać, dopóki łazimy po domu. Gdy czytam córce na dobranoc, Łukasz kładzie się przy łóżku Niny i słucha. Uczestniczy we wszystkich zabawach córki, uwielbia, gdy przychodzą goście. Jak słońce rozjaśnia nasz dom.

Trener osobisty

Łukasz mobilizuje mnie do aktywności. Nie uprawiam sportu, nie chodzę na siłownię. Gdyby nie on, całymi dniami nie ruszałabym się zza biurka. A ponieważ pies musi się wybiegać, jeżdżę z nim na długi spacer. Gdy po powrocie wracam do pisania, on kładzie się pod biurkiem z mordą na mojej nodze. I gdy za długo go nie głaszczę, nosem trąca rękę, w której mam myszkę, jakby chciał powiedzieć: halo, jestem! Bez przerwy mnie obserwuje. "Przestań się gapić!" - mówię i wtedy Łukasz zaczyna po swojemu... gadać. Mam poczucie, jakby to był facet, który gdera: "No skończ już, zajmij się mną". Dlatego nie mogłam się powstrzymać i umieściłam Łukasza w jednej z moich powieści. Córka Saszy Załuskiej, bohaterki książki, dostaje psa - i to jest Łukasz.

Rozjemca

Dużo się od niego uczę. Imponuje mi niechęć Łukasza do wchodzenia w konflikt. Jeśli jakiś pies jest wobec niego agresywny, unika konfrontacji. Ja z moim charakterem weszłabym od razu w konflikt, a mój pies z godnością omija delikwenta: "Nie sprowokujesz mnie, spadam". Gdybym tak umiała, byłoby mi łatwiej, bo czasem nie ma konieczności walki, po co się nakręcać?

Kiedyś weszłam na moment do restauracji i "zaparkowałam" psa na chodniku. Po wyjściu widzę, że nie marnował czasu: jakiś pan w kucharskim fartuchu podtyka mu garnek z jedzeniem, miła pani go głaszcze. Na mój widok Łukasz zrobił minę w stylu: "Ja tu sobie tylko z państwem żartuję, czasem trzeba wrzucić na luz, dziewczyno". Coś w tym jest.

Krzysztof Ibisz

Prezenter, dziennikarz, od kilku miesięcy właściciel bulteriera Nicponia

Poza schemat

Wydawało mi się, że nie mogę pozwolić sobie na psa ze względu na to, ile pracuję i jak żyję. Ale marzyłem o... bulterierze. Sprawę wzięła w swoje ręce moja partnerka Patrycja, która miała wcześniej pitbula. Pojechaliśmy do Wrocławia, tam była hodowla, urodziły się właśnie małe "buliki". Zobaczyłem i... nie było odwrotu.

Ale odpowiedzialnie zdecydowałem, że Nicpoń będzie pełnoprawnym członkiem rodziny. Czytałem książki, śledziłem fora, bo wciąż dręczyła mnie wątpliwość, czy człowiek zalatany tak jak ja może zmienić życie dla zwierzaka. Okazało się, że tak! Nicpoń przeorganizował mój plan dnia, teraz układam go tak, żeby jak najwięcej przebywać z psem. Czasem jest ze mną w pracy, dużo razem podróżujemy. Można.

Pomyśl, Krzysiek...

Dzięki Nicponiowi odkryłem urok długiego spaceru. Wychodzimy na minimum godzinę. Spacer musi być dobrze zorganizowany. Wkładam odpowiednie buty, żeby móc biegać, w kieszeni mam torebki, wiadomo na co, no i przekąski dla Nicponia. Dzięki psom zawiera się nowe znajomości. Łatwo zacząć rozmowę: To piesek czy suczka? A ile ma lat? Ani słowa o show-biznesie. I to jest fantastyczne odreagowanie, oczyszczenie umysłu.

Nigdy nie sądziłem, że będę umiał na godzinę rozstać się z telefonem, a jednak! Najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy w trakcie spaceru. Od kiedy mam psa, łapię azymut na to, co w życiu ważne.

Szkoła odpuszczania

Nicpoń uczy mnie dystansu do spraw nieważnych. Jestem pedantyczny, poukładany, o on od początku robił bałagan, wszystko podgryzał. No, ale chciałem mieć psa czy nie? Musiałem więc wyluzować. Okazało się, że to tylko kwestia przeniesienia butów na wyższą półkę, kupienia wilgotnych chusteczek do czyszczenia siedzeń samochodu. Pogryzione dokumenty? Spokojnie, przecież odgryzł tylko kawałek...

Czasem przychodzi tęsknota za okresem, gdy mogłem żyć spokojnie, bo u mężczyzny nowa więź tworzy się wolniej niż u kobiety. To tak jak z dzieckiem, które nagle pojawia się w domu i burzy cały porządek. A może to kwestia wieku? Dlaczego mam psa dopiero w wieku 52 lat?! Ile czasu straciłem!

Próba męskości

Dla faceta pies to wyzwanie, bo osobnik "alfa" może być tylko jeden. Nasz "bulik" już wie, że bossem jestem ja. Gdy wychodzimy z domu, ja, przywódca stada, idę przodem. Dla psa ten, kto pierwszy opuszcza pomieszczenie lub do niego wchodzi, jest szefem. Relację z moim psem opieram na zaufaniu i ciężkiej pracy. Żeby słuchał mnie z własnej woli, a nie dlatego, że się boi.

Nicpoń nie śpi też z nami, ale kombinuje, jak wejść na nasze posłanie. Muszę wtedy stanąć między nim a łóżkiem i spowodować, że pies się cofnie. To jest wojna na spojrzenia, więc sam czuję się w takiej sytuacji jak zwierzę. Nowe doświadczenie, intrygujące. W dniu moich urodzin Patrycja przysłała mi rozczulające zdjęcie. Na podłodze serce ułożone z psich ciasteczek, obok grzecznie siedzący Nicpoń. Nie tknął smakołyków, bo nauczyłem go, że nie może jeść bez pozwolenia. Wzruszyłem się.

Nina Terentiew

Dyrektor programowa Polsatu. Doświadczona pani młodej jamniczki Eti

Nie ma przypadków

Nigdy swoich psów nie szukałam. Zjawiały się same i wierzę, że wybierały mnie dlatego, że jesteśmy podobni. Pies i właściciel muszą być dopasowani. Jestem pogodna, wszystkim się cieszę, ale z drugiej strony na pewno mam duszę wojownika. I one też takie były. Pierwszy to Żbik. Jako bardzo młoda dziennikarka robiłam dla Pegaza wywiad ze znanym wówczas pisarzem Bohdanem Czeszką. Pojechałam do niego do domu, a tam... szorstkowłosa jamniczka z kilkudniowymi maluchami. Byłam zachwycona i - wstyd powiedzieć - ale wielki pisarz nie wytrzymał konkurencji z psimi dziećmi. Zwłaszcza jeden szczeniak skradł moje serce, nie odstępował mnie.

Po jakimś czasie państwo Czeszkowie znów zaprosili mnie do siebie. "Przemyśleliśmy to i uznaliśmy, że zasługujesz na niego i będzie mu z tobą dobrze". Na poduszce zostało wniesione "moje" szczenię! Dostało imię Żbik, ponieważ mój kilkuletni wtedy synek wierzył, że piesek wyrośnie na wilka. Po Żbiku była cocker-spanielka ofiarowana przez przyjaciółkę i w końcu Felek, jamnik krótkowłosy.

Pani, która znalazła go w przejściu podziemnym w Krakowie, martwiła się, że pies nie znajdzie właściciela, bo uciekał od obcych. Ale gdy zobaczył mnie, dał się wziąć na ręce i położył mi główkę na szyi. A potem pozwolił zabrać się do domu. Jego chyba kochałam najmocniej. Kiedy odszedł, byłam smutna, ale zadzwonił Stasio, mój czteroletni wnuk: "Babciu, nie martw się, że nie ma Felusia, on jest teraz w niebie z Frodem (to pies drugiej babci) i aniołki pozwalają im kopać doły wszędzie, gdzie tylko chcą, w ogrodzie też". Postanowiłam wziąć się w garść i po miesiącu pojawiła się u mnie roczna jamniczka Eti.

Dawcy miłości

Moim psom chcę zorganizować życie, o którym, gdyby mówiły, powiedziałyby, że jest fantastyczne. One też bezinteresownie dają mi coś cudownego: psią wierność, czułość i miłość. Dbam o nie, karmię najlepiej, jak umiem, i pozwalam na harce. Nie rozumiem ludzi, dla których trochę piasku na podłodze jest ważniejsze niż pies. Nie mam obsesji przesadnej czystości, psy śpią, gdzie chcą - na kanapie, fotelu, czasem w moim łóżku. Ale to nie znaczy, że są rozpuszczone i narzucają swoje warunki. Felek wprawdzie czasem tańczył na stole i natrętnie domagał się łakoci. Czy to znaczy, że był źle wychowany?

Każdy ma czasem chwile szaleństwa. Nie mam poczucia, że "demoralizuję" psy. Po prostu lubię je przytulać, lubię psie buziaki. Zdaniem moich dzieci tych czułości jest za dużo. Ale nie jest to opinia "wiążąca". Podobnie jak w przypadku rozpieszczania wnuków. Babcia jest po to, żeby rozpieszczać dzieci, a właściciel, by okazywać sympatię psu.

Pogromcy stresu

Gdy mam dużo pracy, muszę się odstresować. A psy uwielbiają się bawić, co natychmiast wprowadza mnie w doskonały nastrój. I zmęczenie znika. Felka ulubiona zabawa nazywała się "Uwaga, kradnę ci but i mogę go pogryźć". Gdy nie domknęłam garderoby, but był porywany pod łóżko. Ale kiedy nie zauważyłam kradzieży, pies zaczynał szczekać: mam twój bucik! Drugą zabawą była piłka. Trzeba było ją rzucać albo kopać, a on kochał aportować i to mogło powtórzyć się nawet tysiąc razy.

Kiedyś na cmentarzu dla zwierząt w Koniku, gdzie go pochowałam, poproszę, żeby postawić kamień w kształcie piłki i napiszę, że śpi tu Felek piłkarz. Zostały mi jego piłki, ale Eti - jak to dziewczyna - nie jest nimi zainteresowana. Natomiast powtarza po Felku inną zabawę. Kiedy wkładam szlafrok, chwyta zębami za jego skraj i jazda! Albo chodzi za mną i podgryza mi piętę. Wybaczam. Bo kocham.

Jan Kuroń

Szef kuchni, właściciel Gapy i Frygi, a wcześniej niewidomego Homera

Do serca przytul psa

Pies daje miłość za miłość. To truizm, ale lepiej określić się tego nie da. Moja żona Aneta i ja bierzemy psy ze schroniska. Gapa jest uratowana przez Fundację Viva, a Frygę mamy z fundacji z Bydgoszczy. Gapę przez trzy lata więziono w chlewie, tam rodziła szczeniaki. Była zmaltretowana, ma jaskrę i bielmo na oczach. Podczas pierwszego spaceru wpadła do studzienki, stąd jej imię.

Gapa jest Anety, moja jest Fryga. Ludzie z fundacji znaleźli ją dogorywającą na polu. Miała awitaminozę, wypadła jej sierść. To pies z wielkimi pokładami empatii. Od razu przypadliśmy sobie do gustu. Był u nas także Homer - ślepy pies, który został skatowany jako szczeniak. Miał połamane żebra i ślady po przypalaniu. Robiliśmy, co mogliśmy, żeby go uratować. Psy uruchamiają ukryte rezerwy uczuć, o które czasem siebie nie podejrzewamy.

Odpowiedzialność wzmocniona

Homer nauczył mnie porządku. Sprzęty w domu musiały stać zawsze w tym samym miejscu, według zapamiętanej przez niego topografii. To mu dawało poczucie bezpieczeństwa. Dzięki temu psu stałem się bardziej obowiązkowy. Lekarze poza utratą wzroku wykryli u niego wadę nerek, potem padaczkę. Wychodziłem z nim dziesięć razy dziennie. Miałem też ustawiony w telefonie "luminal alert", żeby nie przegapić pory podania leku. Zdarzyło się, że alarm odzywał się, gdy byliśmy np. na imprezie, wtedy gnałem do domu. A Homer się odwdzięczał.

Lubił być blisko. Doszło do tego, że przeniosłem się z pracą z biurka na łóżko, żeby on mógł się przytulać. Potem przeprowadziliśmy się z bloku do domu w Piasecznie, by Homer miał przyjemniejsze życie. Odszedł 24 maja, w moje imieniny. Pożegnałem się z nim, uścisnąłem łapę. Poświęciliśmy mu półtora roku i nie żałujemy ani jednego dnia.

Popatrz, Ignacy...

W mojej rodzinie zawsze uważano, że trzeba pomagać słabszym, czyli także zwierzętom. W domu w Izabelinie mieliśmy dużo psów. Było nas czworo rodzeństwa i zawsze ktoś przygarniał psiaka w potrzebie. Rodzice "sprzedali" nam w genach empatię i tego chcę nauczyć syna. Aneta nigdy nie miała psa, choć o nim marzyła, i teraz widzę, jaką radość dają jej Gapa i Fryga.

Ignacy do Gapy leci bez hamulców, ale już wie, że z Frygą trzeba ostrożniej. Gdy kiedyś będzie chciał mieć własne zwierzątko, opowiem mu o przyjemnościach, ale i trudach. Nie będę ukrywał, że zwierzaki umierają, cierpią. Dziecko nie może żyć w szklanej bańce. Myślę, że obcowanie z psem to dobra szkoła życia i emocji.

Coś dla ducha

Patrząc trochę egoistycznie, mieć psa to świetna rozrywka. Z psem żyje się przyjemniej i weselej. Ja z moimi rozmawiam, śpiewam im, wymyślam rymowanki. Przyjemne jest to, że pies okazuje uczucia. Fryga się łasi, nie odstępuje na krok. Gapa jest powściągliwa, ale wystarczy popatrzeć, jak ona śpi. Kiedy do nas przyszła, miała nerwowy, płytki oddech. Teraz śpi spokojnie. Wzruszające są ich oznaki przywiązania. Psy wyczuwają natychmiast symptomy wskazujące, że wyjedziemy na dłużej. Nie lubią, gdy wyciągamy dużą kosmetyczkę, wynosimy z łazienki więcej rzeczy niż zwykle, bo to znak, że będziemy się pakować.

Wiem, że za nami tęsknią. Ich obecność, bezwarunkowa miłość składa się na lepsze życie. Opiekując się psami, podskórnie wyczuwam, że robię coś dobrego. Nie żebym się z tym obnosił: przygarnąłem znajdy i nagle stałem się supergościem. Co to, to nie. Po prostu czuję, że pomagam mojemu i ich życiu, żeby nie było puste. To mi daje radość i spokój.

Wysłuchała Agnieszka Literowicz-Siegiert

Zobacz także:

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje