Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kuba Badach: Najtrudniejsze jest hamowanie

​Właściciel jednego z najciekawszych głosów w polskiej muzyce rozrywkowej Kuba Badach o wielu sprawach wytrwale milczy. Dowiedzmy się dlaczego.

Violetta Ozminkowski: Podobno to muzyka pana wybrała, a nie odwrotnie?

Reklama

Kuba Badach: Rodzice twierdzą, że bujałem się rytmicznie już w łóżeczku, odkąd tylko potrafiłem stać. Gdy miałem cztery czy pięć lat, budowałem perkusję z poduszek. Zapamiętałem pierwszą kasetę, której słuchałem, bo rzucono ją na "wschodnią ścianę" do peweksów. To był Kenny Rogers, country. Potem dostałem od wuja całą antologię Beatlesów. Poza tym mieliśmy kolegę na osiedlu, który od 30 lat mieszka w Nowym Jorku - typ totalnego światowca, uroda Bonda - jako jedyny miał oryginalne ray-bany.

- I on nas ładował informacjami, że świat jest piękny, wielki i trzeba iść w ten świat. Jak mieliśmy po sześć, siedem lat, kazał nam pozakładać teczki, w których musieliśmy zbierać plakaty wszystkich zespołów, odpytywał nas ze składów. Już wtedy wiedziałem dokładnie, co i w którym roku nagrała Republika.

Ganialiście na koncerty?

- Nie pamiętam dokładnie roku, ale chyba w ’86 ten kolega zabrał mnie na koncert Oddziału Zamkniętego w Zamościu. Odpadłem. Miałem fioła na ich punkcie. Do tego w Krasnymstawie co roku odbywały się Chmielaki, jedyne w Polsce święto piwa w tamtych czasach. Piwosze z całego kraju zjeżdżali na łąki nadwieprzańskie w czwartek wieczorem, a wyjeżdżali w poniedziałek. Przy tej okazji odbywała się impreza, która się nazywała "Chmiel Rock".

- To były koncerty topowych zespołów. Czasem bywało groźnie, jak na koncercie Republiki, który niestety się nie odbył, ponieważ ktoś zaczął krzyczeć, że woli TSA, i gdy wyszedł Grzegorz Ciechowski, to "otrzymał" od publiczności kawałek płyty chodnikowej, która trafiła go w głowę. Zalał się krwią, i to był koniec koncertu. Dlatego Republiki na żywo nie zobaczyłem, ale mam też dużo dobrych wspomnień z tamtych czasów.

Na przykład?

- Miałem sielskie dzieciństwo. Było przepięknie. Mimo że dorastałem w PRL-u, w niewielkim mieście Krasnystaw, a na dodatek mieszkaliśmy na malutkim osiedlu. Położone było jednak w tak malowniczym miejscu, że całe dnie spędzałem na świeżym powietrzu. Jeździliśmy na sankach przez piękne wąwozy, które są w tej chwili malutkie, ale jak się miało pięć czy siedem lat, to te wąwozy ciągnęły się kilometrami. Kradliśmy worki po saletrze, bo były z bardzo grubej folii, i wypełnialiśmy je słomą, co gwarantowało odpowiednią prędkość.

- Czasem naprawdę dziwię się, że żyję. Tata kiedyś znalazł mnie w piwnicy, do której spadłem z parteru, bo obok budowano blok i najlepszą zabawą było ganianie po jego fundamencie. A w nim brakowało płyt betonowych, ponieważ w tych miejscach dopiero miały być schody. Nie było wówczas komputerów, wszystko trzeba było samemu wymyślić, więc główka pracowała. Dosyć wcześnie też zameldowałem rodzicom, że mam potrzebę nauczenia się partii instrumentów klawiszowych z utworu "Walk of Life" zespołu Dire Straits.

Od razu zapisali pana do szkoły muzycznej?

- Najpierw tacie udało się kupić starą pianolę, czyli samogrające pianino. Zakładało się odpowiedni walec z gwoździkami, na to nakładało taśmę, która miała dziurki w odpowiednich miejscach, to wprawiało klawisze w ruch i pianino grało różne melodie. Mechanizm był wprawdzie uszkodzony, ale ćwiczyć się dało. To był mój pierwszy instrument. Potem dostałem się do szkoły muzycznej w Zamościu, do której rodzice wozili mnie 35 kilometrów w czasach benzyny na kartki, za co jestem im wdzięczny.

Chopin od razu rozłożył mnie na łopatki, bo już wtedy ciągnęło mnie w stronę romantyzmu i żeby było dużo nut. Druga moja wielka miłość to Jan Sebastian Bach, bo tam jest z kolei matematyka, a ja w ogóle nie mam zmysłu matematycznego. Z drugiej strony zaś było osiedle i słuchanie płyt ściąganych z Zachodu. Znałem każdą nutę z każdej płyty, wiedziałem dokładnie, co gra bas, co gra gitara, bo się wsłuchiwałem i próbowałem to pojąć tym małym łebkiem, żeby się dowiedzieć, jak napisać piosenkę. I w wieku nastu lat te rzeczy zaczęły się ze mnie wylewać, ale już od 12. roku życia rozpoczął się u mnie kompletnie nowy etap.

To znaczy?

- Bardzo lubiłem utwory Beatlesów. Któregoś dnia w zamojskim klubie jazzowym grałem na fortepianie i śpiewałem, chyba "Let It Be". Dosiadł się do mnie facet i zaczęliśmy grać na cztery ręce, potem się dowiedziałem, że to jest Wiesław Pieregorólka. W ten sposób w ’88 dostałem się do składu musicalu "Peace Child". Wiesiek był pierwszym profesjonalistą, którego spotkałem na swojej drodze, i nie wywodził się z nurtu klasycznego, tylko jazzowego. Otworzył mi drogę do muzyki rozrywkowej i pokazał rzeczy, o których nie miałem pojęcia. Usłyszałem wtedy wybitne amerykańskie kapele, utwory Steviego Wondera. Później on wyleciał do Stanów, a ja w 1993 roku wyjechałem tam na cały rok szkolny.

To było mocne przeżycie?

- Chyba nie aż tak, jakbym się spodziewał. Stany wydały mi się bardzo hermetyczne. Mieszkałem w Worcester, 50 kilometrów od Bostonu. To było miasto, w którym kiedyś był mocno rozwinięty przemysł metalurgiczny, potem raczej branże komputerowe. Dziwne dla mnie było to, że tam prawie w ogóle nie było chodników. Jeśli więc nie miało się samochodu, a ja jako 15-latek nie miałem, wszędzie było daleko. Do szkoły, do kumpli.

- Pierwsza rzecz, jaką pamiętam po wylądowaniu na Okęciu i po wyjściu z budynku lotniska, to zapach. U nas wszystko wtedy pięknie pachniało. Pomidory pachniały jak pomidory. W Stanach pierwszy raz w życiu dowiedziałem się, czym jest żywność nafaszerowana chemią. W pewnym momencie nie mogłem niczego przełknąć, wszystko śmierdziało mi metalowym ogrodzeniem. Przez miesiąc jadłem tylko dżem, bo na każdą inną rzecz miałem odruch wymiotny.

- Po ośmiu miesiącach pobytu organizm przestał sobie radzić z tą ilością chemikaliów, dlatego moi przyszywani rodzice, z którymi mieszkałem, wymyślili, że pojedziemy do sklepu z polską żywnością. Chodziłem między półkami, oglądałem szynki z Krakusa, ale nic na mnie nie działało, aż w końcu zobaczyłem słoik z chrzanem i dostałem ślinotoku. Reakcja jak u psiaka. Nigdy nie byłem fanem chrzanu, ale wtedy otworzyłem ten słoik i zjadłem go, dosłownie zeżarłem. Od tamtej pory wszystko jadłem z chrzanem.

Zanim pojechał pan do Stanów, wydał pan płytę?

- To były świeckie kolędy napisane przez Wieśka Pieregorólkę. Pierwszy raz pracowałem w studiu u Andrzeja Puczyńskiego, tam gdzie nagrywali Hey i Kasia Kowalska. Teksty napisali Jacek Cygan, Jerzy Siemasz, dobry skład, a solówki saksofonowe zagrali Henryk Miśkiewicz i Zbigniew Namysłowski, oczywiście na prośbę Pieregorólki. Ja byłem tym, który to wyśpiewał. Potem zdarzały się koncerty, gdzie na scenie stałem z takimi tuzami jak Zaucha, Rynkowski, Szcześniak.

- Miałem 12 lat, od poniedziałku do piątku chodziłem do szkoły, a w sobotę o świcie rodzice wsadzali mnie w autobus, jechałem do Warszawy i spędzałem dwa dni w kolejnej szkole, takiej trochę szkole życia, w towarzystwie dorosłych.

Rodzice nie mieli problemu z tym, że zmienił pan kierunek na rozrywkowy?

- Nie. Rodzice są bardzo tolerancyjni. Nigdy nie usłyszałem, żebym wymyślił sobie poważny zawód. Tata mi tylko powiedział, że zawód muzyka będzie bardzo trudny i wymagający, ponieważ nigdy nie będę wiedział wystarczająco dużo. To jest taki zawód, w którym zawsze będą pojawiali się lepsi ode mnie, że nie będę mógł zdobyć fachu, spocząć na laurach i czekać na emeryturę. Podejrzewam, że mówił mi to dlatego, bo wiedział, że jestem leniwy.

- Chodziło o ćwiczenia na instrumencie. Ja czasami nie byłem w stanie wykrzesać z siebie tyle sił, żeby usiąść i codziennie cztery godziny ćwiczyć. Po latach to się zmieniło, teraz uwielbiam to robić, jest w tym coś bardzo relaksującego. Ale początki nie były lekkie.

Uważa się pan za muzyka oldschoolowego. Czym się taka muzyka różni od innej?

- Możemy utwór skonstruować na bardzo wiele sposobów. Oprzeć się na przykład na bardzo specyficznym brzmieniu instrumentu klawiszowego, które określi nam charakter utworu i wprowadzi w jakiś klimat, i stworzyć piosenkę, która będzie niezbyt skomplikowana pod kątem melodii. Ja nie jestem fanem takiej metody, ponieważ gdy odrze się utwór z tego brzmienia i spróbuje się go zagrać z towarzyszeniem gitary, na przykład przy ognisku, to okazuje się, że nie ma co zagrać, bo tam nie ma piosenki. Ja lubię utwory, które mają jakąś melodię i harmonię. Jeżeli poddamy analizie dowolny utwór discopolowy, to zazwyczaj okazuje się, że są to twory dość proste. Choć je także można bardzo poważnie przearanżować i zrobić z nich coś dobrego.

Naprawdę?

- Jasne, że czym innym jest utwór napisany przez artystów discopolowych, a czym innym utwór napisany przez Seweryna Krajewskiego. Jak weźmiemy piosenkę Krajewskiego, to tam się wszystko zgadza. "Uciekaj, moje serce" to jest piękny utwór z piękną melodią, która nie jest prosta. Z jednej strony to się ludziom bardzo podoba, a z drugiej to dla muzyka uczta. Kiedy człowiek wejdzie w to, co tam się dzieje harmonicznie, jak jest zbudowane, na jakich akordach, to smaczniutko.

- W piosenkach discopolowych nie ma żadnego zaskoczenia, nie ma tajemnicy, brakuje finezji. Ja się wychowywałem na trudniejszych rzeczach, na muzyce lat 70. Podoba mi się, że w tamtych czasach w popie było mnóstwo jazzu. Quincy Jones był wybitnym jazzmanem. Miał znakomity big band, pracował z Rayem Charlesem, z najwybitniejszymi artystami, ale też wyprodukował Jacksonowi "Off the Wall", "Thriller" i "Bad". Dwie ostatnie są najlepiej sprzedającymi się płytami w historii tej planety.

- Oldschoolowość polega na tym, że wyciąga się to, co najlepsze, z klasyki, jazzu. Gdy siadam do pisania piosenki, chciałbym, żeby była niebanalna, jeśli chodzi o stronę melodyczną oraz harmoniczną, i jeszcze nosiła mój rys.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje