Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Korzenie zapuszczam w asfalt

W firmie robiłam wszystko. I wszystkiego musiałam się nauczyć. "Trzeba przygotować katalog kosmetyków na jesień". W nocy ślęczałam nad stołem pełnym pudrów, cieni i pomadek. Wymyślałam wskazówki dla fotografa. Przebijałam się przez tabele "estymacji sprzedaży" albo na konferencji w hotelu Marriott układałam katalogi na krzesłach gości. Przed pokazem makijażu na nowy sezon pilnowałam: "Konfetti gotowe? Szampan wytrawny?".

Reklama

Bolał mnie brzuch przed spotkaniem z szefową, która zatwierdzała moje pomysły: "Nieźle. Ale kombinuj dalej - słyszałam. - I stonuj nieco styl ubierania". Wciąż byłam taka, jaką lubił mnie Paweł - długie spódnice, każdy paznokieć w innym kolorze. W lumpeksie kupiłam żakiet i apaszkę a la Hermes, żeby wyglądać jak przełożona. Wpinałam broszkę z logo firmy. Na siłowni ćwiczyłam w służbowym T-shircie. Piłam herbatę z kubka ze znakiem firmy. Tak bardzo chciałam należeć do tego miejsca!

Ula uczy się na błędach. I gafach. Podczas kolacji z klientami nie wie, że jedząc karczochy, trzeba wyjąć im serce. Pilnuje się, żeby nie mówić: „fakty autentyczne”, „włanczać” i „cofać do tyłu”. – Pracowałam nad sobą z myślą: nie pomyliliście się. Dam radę – wspomina. – Jestem ze wsi, chce mi się bardziej. Trzymałam się mojej korporacji pazurami. Tylko żeby nie wrócić do domu. Żeby udowodnić Pawłowi: mam superżycie.

Cztery lata po rozstaniu Ula nadal tęskni za byłym narzeczonym. Nieraz wydaje się jej, że widzi go na ulicy. Na szczęście korporacja to lek na samotność. Jest praca. Są przyjemności. Choćby wyjazdy integracyjne. Ula: – Wygłupy w basenie, bal przebierańców. To nic, że podczas rozmowy spoglądałam na plakietkę z imieniem, bo nie znałam sąsiada przy stole. Zresztą koleżanki w firmie długo nie pamiętały mojego nazwiska, mówiąc o mnie „góralka”. Nie zapraszały mnie na wypady do klubów ani na wspólne zakupy – chyba byłam obca. Ale wtedy na wyjazdach byliśmy rodziną. Śpiewając: „Tra la la, wspaniała jest nasza firma-a-a!”, miałam poczucie wspólnoty. Bliskości. Ba, intymności.

Na wyjazdach po alkoholu Ula pozwala sobie na związki, dla seksu. Emocjonalnie Paweł jest ideałem. – Może wyjdę za mąż z rozsądku? Czasem dopuszczałam taką myśl, bo kompletnie nie wierzyłam, że jeszcze się zakocham.

Karetką na konferencję

Czwarty rok pracy. Nieoczekiwany powrót na prowincję. „Świetnie ci idzie w Warszawie. Poprowadzisz oddział na południu Polski?”, szefowa zapewnia, że to awans. Ula nie może odmówić. – W szpilkach, z torebunią brnęłam w błocie na spotkanie do ośrodka kultury w Gorlicach – opowiada Ula. Jest odpowiedzialna za werbowanie konsultantek. Objaśnia filozofię firmy. W sali gimnastycznej szkoły rozkłada kosmetyki, zatrudnia makijażystkę.

„Ja te kobiety z prowincji wyedukuję. Nie będę schlebiać ich gustom”, myśli. Rodzice są dumni, gdy podjeżdża pod dom służbowym peugeotem. – Mama, ajentka kiosku z prasą i słodyczami, zarabiała na codzienne wydatki – mówi Ula. – Tata, stomatolog w państwowej przychodni, 1200 złotych, gdy moje premie sięgały trzech tysięcy.

„Pożycz pięć stów na remont dachu, musimy zdążyć, zanim urodzę dziecko – prosi Ulę dawna koleżanka. – Zgoda”. – Głupio mi było odmówić, raczej z litości niż z życzliwości – przyznaje. – Patrzyłam na jej odrosty, na dom, w którym była jedna książka:

Nowy Testament, i telewizor nastawiony na Telezakupy. „Gdzie ta śliczna dziewczyna, która startowała w konkursie Miss Małopolski?”, patrzyłam smutno. „Kaśka, marzyłaś o archeologii, o życiu w Krakowie... – próbowałam zrozumieć. – Ważniejsza jest rodzina. Zobacz, jak schudłaś ze stresu. Jeszcze staniesz się bezpłodna od tej pracy... Nie tęsknisz za spokojnym życiem?”. Nie tęskniłam.

Po roku w Gorlicach chciałam uciec od tej „harmonii”, degrengolady. Drażniło, że mama wciąż ustawia pasjansa, a tata boi się inwestować w gabinet, bo „przecież stary sprzęt działa”, a kredyty to „kajdany”. I to, że codzienność wyznaczają posiłki. „Zjedz. Czemu dzióbiesz?” – mama tak okazywała troskę. Byłam zła, że tego nie doceniam. I że... przytyłam sześć kilogramów. Z tatą i psami chodziłam na spacery. Wracałam wściekła, bo każda rozmowa kończyła się pytaniem: „To kiedy doczekam się wnuków?”. Z bratem znowu, jak kiedyś, słuchaliśmy Republiki, ale gdy puszczałam swoją muzykę: Alanis Morissette i Moby’ego, podsumował: „To dobre dla pedałów”. Dusiłam się.

Biegałam, tęskniąc za stretchingiem w fitness klubie. Uczyłam się francuskiego. A potem zaczęłam warczeć, sfrustrowana widokiem z okna na pole kapusty. Wolałam Pałac Kultury. Gdy po roku przestałam się mieścić w ulubiony kostium, zadzwoniła Warszawa. „Potrzebujemy cię. Firma rozkręca kampanię przeciw rakowi piersi”. W nowoczesnej, szklanej siedzibie firmy Ula znowu jest szczęśliwa. W kupionej na kredyt kawalerce na dalekich Bielanach – niekoniecznie.

– Pierwszej nocy ktoś spuścił mi z baku benzynę. „Nie zdążę na konferencję!” W szpilkach i kostiumie, siedząc na krawężniku, płakałam. Zamachałam na karetkę. Do pracy dojechałam ambulansem. To była kolejna lekcja. Poradzę sobie w każdej sytuacji. Oprócz samotności – opowiada Urszula.

W weekendy jeździ do jedynych przyjaciół pod Warszawę. Spędza tam całe dnie. Wymyśla sobie zajęcia, żeby czuć się potrzebną. W tygodniu w domu czyta. A kiedy jest jej źle, ogląda kreskówki Disneya. Jak w dzieciństwie. Zmiany w życiu? Wyznacza je praca: kolejne szkolenia, kampanie, awanse. Po siedmiu latach Ula jeździ dobrym autem. Kupuje na kredyt część bliźniaka pod Warszawą. Ma kolekcję markowych torebek. Pomaga rodzicom w przebudowie domu.

– Sukces finansowy usprawiedliwiał pracoholizm – przyznaje. – A on był wymówką od braku życia osobistego. Już nie czekałam na Pawła. Przestałam czekać na kogokolwiek. Biznesmeni, sponsorzy, bankowcy – faceci wokół wydawali się nijacy. Co gorsze, nijaka zaczęła wydawać się też praca. Nie było szkolenia, na którym bym nie była. Nie było projektu, którego bym nie poprowadziła.

Ulę bawi już tylko organizowanie imprez dla sponsorów. Trzydniowa konferencja w spa. Spektakl baletowy w plenerze na Mazurach. Piegowaty Irlandczyk reżyseruje to widowisko. Konsultuje z Ulą scenariusz. Ona: „To musi być jazz, w stylu... On: – Diany Krall?”. – „Standardy, na przykład... – Fly Me To The Moon?”, Ian czytał w moich myślach – uśmiecha się Ula. – Totalna chemia, mentalna. I po raz pierwszy od dawna – emocjonalna. Nad ranem, pijąc wino, obmyślaliśmy pomysły następnych „eventów”. Chciałam pracować z Ianem. Jeszcze bardziej całować się z nim.

„Tato, to jest mój facet. To jego dziecko, a w ogóle rzucam pracę” – Ula wspomina rewolucję sprzed dwóch lat. – Po prostu się zakochaliśmy. Ian przyjechał do Polski z synem, tu jest rodzina jego zmarłej żony. Znowu miałam „mojego artystę”. I nagle procedury budżetowe, przewidywania sprzedaży, organizacja szkoleń stały się nudne. Dzięki Ianowi zobaczyłam, jak trywialne było moje życie. Zapytałam siebie: „Naprawdę zmieniasz bieg świata, głosząc filozofię firmy? Nie”.

Pamiętam koncert George’a Michaela w Londynie. „Chciałabym mieć taką koszulkę z napisem crew – przekrzykiwałam muzykę. – Nawet jako garderobiana, sprzątaczka za kulisami”. Ukochany namawiał na wspólny biznes: „Organizujmy imprezy i koncerty”. Czułam, że mogę zacząć od nowa – mówi Ula.

– Wkrótce po tym, jak złożyłam wymówienie, okazało się, że jestem w ciąży. Nie przestraszyłam się. Tak bardzo byłam pewna, że już nie chcę dłużej tkwić w oszklonym biurze. Miesiąc przed narodzinami Kai założyliśmy z Ianem firmę. Ze zleceniami bywa różnie, ostatni kryzys dał nam w kość. Czasem żyjemy z oszczędności. A potem nagle dzwoni agentka Daniela Libeskinda: „Trzeba zorganizować konferencję o warszawskim projekcie słynnego architekta”. Albo prezydent Trójmiasta: „Chodzi o koncert na stulecie Daru Pomorza”. Pracuję, kiedy zechcę.

Odnowiłam kontakt z Kaśką w Gorlicach. Naprawiamy naszą przyjaźń. Już nie wydaje mi się śmieszna, bo jej jedyny pomysł na życie to macierzyństwo. A ja? Nie zapełniam pustki „biurogodzinami”. Kiedyś korporacja pomagała mi zapomnieć o nieszczęśliwej miłości. Potem miłość wyleczyła mnie z korporacji.

Marta Bednarska

Twój STYL 10/2010

Przeczytaj więcej w najnowszym numerze magazynu "Twój STYL"

Dowiedz się więcej na temat: kariera | korporacja | sukces | Manhattan | Warszawa

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje