Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Konrad Oprzędek: W ogłoszeniach nie ma fałszywego wstydu

- "Literatura z ogłoszeń" tętni życiem i szkoda byłoby redukować ją do jednej z tych patetycznych opowieści, które zwłaszcza dzisiaj sączą nam się z różnych mediów. W ogłoszeniach można zobaczyć Polskę bez fałszywego wstydu i Polaków, gdy nie muszą być sobą. Bo "bycie sobą" to często odpowiadanie na oczekiwania, jakie mają wobec nas sąsiedzi, rodzina, znajomi. A wśród nich moraliści. Spełniamy te oczekiwania, dopasowujemy się, zapinamy pod szyję, ale w końcu to nas nudzi. Niektórzy korzystają z poczucia anonimowości, jakie daje internet, żeby choć na chwilę nie "być sobą" - mówi Konrad Oprzędek, autor książki "Polak sprzeda zmysły".

Katarzyna Pruszkowska: Justyna prowadzi kramik z używanymi majtkami. Patrycja handluje "złotym deszczykiem". Ewa od lat szuka w sieci kolegów, którzy już nie żyją. Bohaterów swojej książki poznałeś dzięki ogłoszeniom drobnym. Skąd pomysł, żeby przyjrzeć się temu, co ogłaszają Polacy?

Reklama

Konrad Oprzędek: -  Od Krzysztofa Kąkolewskiego, giganta polskiego reportażu. Na początku lat 60. odczytał z ogłoszeń historie Polaków, a potem zebrał je w książce "Trzy złote za słowo". Jego metoda, choć ma już ponad pół wieku, wydała mi się świeża. Uznałem, że świetnie nadaje się do tego, żeby sprawdzić, czym dzisiaj żyją Polacy. Kąkolewski przeglądał ogłoszenia prasowe, a ja internetowe. Myślę, że "literatura z ogłoszeń" jest najbliższa życiu.

O czym w ogłoszeniach piszą Polacy?

- Te historie, które wymieniłaś na początku, brzmią sensacyjnie, ale nawet gdy piszę o kobietach handlującymi używanymi majtkami albo rozcieńczoną herbatą, która udaje mocz, staram się dokopać do ważniejszych spraw. Historia dziewczyny, która sprzedaje bieliznę z intymnym zapachem, to opowieść o Polsce, która odzyskuje zmysły. Kiedyś, gdy rodzice Justyny wyglądali za okno, widzieli brudne chałupy, ubłocone drogi, szare twarze i ciała owinięte w workowate płaszcze. Teraz z tego samego okna Justyna widzi domy we wszystkich kolorach tęczy, równo przystrzyżone trawniki i prawie ubranych rówieśników, którzy pędzą na wiejską dyskotekę. Gdy Justyna w internecie rozpala do czerwoności amatorów używanych majtek, piętro niżej jej rodzice uprawiają seks po ciemku i w ciszy, a po wszystkim  wietrzą pokój. Rodzice wydają jej się najbardziej samotnymi ludźmi na świecie. Bo nie umieją obudzić swoich zmysłów ani się dopieścić. Z tym też kojarzy jej się dawna Polska. Ale gdy posłuchać Justyny dłużej, okazuje się, że też jest samotna. Bardziej kolorowa i zmysłowa, ale samotna. Jakby od tej cholernej samotności nie było ucieczki.

- W ogłoszeniach jest też dużo tęsknoty. Ludzie próbują znaleźć tych, z którymi stracili kontakt, a którzy byli dla nich kiedyś ważni. Marek napisał tak: "Marysiu z Elbląga. Pod koniec lat 90. jeździliśmy razem na kolonie do Zakopanego. Gdy wychodziliśmy w góry, częstowałaś mnie pyszną szarlotką od mamy. Dzisiaj zjadłem podobną i od razu mi się przypomniałaś. Co teraz robisz? Kim jesteś? Gdzie mieszkasz? Jeśli to czytasz, odezwij się".

- Ogłoszenia służą też do pożegnań: z religią i martyrologią. 30-letni Mirek, który mieszka w Tarnowie, stolicy najbardziej religijnej diecezji w Polsce, ogłosił, że Chrystusa odda w dobre ręce. Ten Jezus to mosiężna figurka, którą odziedziczył po matce. Dopóki żyła, co wieczór całowała Jezusa w głowę i w ten sposób podtrzymywała jego świętość. Ale po jej śmierci sacrum uleciało. Mirek chce się więc pozbyć figurki, ale nie wie jak. Nie wyrzuci, bo matka by mu się w grobie przewróciła. Nie odda sąsiadkom, bo by go wyzwały od bezbożników i utrudniłyby mu życie. Więc co zostało? Ogłoszenie.

- Zresztą portale z ogłoszeniami pełne są przedmiotów, które straciły jakieś "sacrum". Można tam znaleźć hełmy, szable, odznaczenia wojskowe z okresu drugiej wojny światowej. Były ważne, dopóki żyli dziadkowie, którzy pamiętali ich historie. Kiedy odeszli, te przedmioty zaczęły zawadzać. Moi bohaterowie chcą się ich pozbyć, odciąć się od opowieści o wojnach i cierpieniach. Czują przesyt martyrologią.

Jedna z twoich bohaterek - dziennikarka - pisała, że chciałaby pozbyć się nie rzeczy, ale zachowania, które było rodzinną tradycją.

- Tak. Ojciec opowiadał jej z dumą, że w ich rodzinie bicie to tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie: dziadek lał babcię, babcia jego, a on swoją córkę. Ta dziewczyna, która jest już po trzydziestce, była bita przez ponad połowę swojego życia - od wczesnego dzieciństwa do momentu, gdy skończyła liceum i wyjechała do Anglii. Powiedziała mi, że patrząc na ludzi - w sklepach, na ulicy, w barze - potrafi powiedzieć, kto dostawał łomot. Bo tacy ludzie - jak twierdzi - unikają dotyku, kulą się, uciekają. Ich ciała pamiętają o przemocy, której doświadczyły. Moja bohaterka poszła na terapię, opisała swoją historię i ze sobą walczy, bo ma jedno marzenie. Żeby jej dziecko było pierwszym w rodzinie, którego nikt nie będzie bić. To niebicie przychodzi jej z trudem.

Pisząc te książkę, załatwiałeś jakieś prywatne sprawy?

- Tak. Po przekroczeniu trzydziestki zacząłem przyłapywać się na tym, że jestem gburkowaty dla telemarketerów, którzy dzwonią, żeby wcisnąć mi np. pas do masowania brzucha. Wcześniej pas był mi tak samo niepotrzebny jak teraz, a jednak telemarketerom starałem się odpowiadać uprzejmie, bo tak było mi łatwiej. A tu nagle gburek ze mnie wylazł. Dlaczego? Bo poczułem, że młodość ma ograniczony termin ważności, i jeszcze chwila, a zacznie mi zalatywać stęchlizną. Banał, wiem, ale razem z tą myślą pojawiło się we mnie trochę lęków. Pytałem siebie o ten strach, ale rzadko wystarczają mi odpowiedzi, które w sobie znajduję. Dzięki temu, że jestem reporterem, mogę wychodzić do ludzi z pytaniami, które mnie męczą. Więc wychodziłem. Ludzie opowiadali mi o swoich lękach związanych z młodością, a ja, słuchając ich, oswajałem własny strach.

Czego najbardziej bali się twoi rozmówcy?

- Samotności, niepewności, przemijania. Jeden z moich bohaterów, inżynier Ryszard W. z Krakowa, w dniu 42. urodzin odkrył, że się zestarzał. I wtedy zrobił coś zaskakującego: za jednym zamachem został papieżem i bohaterem romansów opisywanych w tabloidach. Jak? Założył na FB fałszywe konto i przez klika dni podszywał się pod znanego aktora, który zagrał kiedyś Jana Pawła II i którego życie prywatne opisywała kolorowa prasa. Mistyfikacja szybko wyszła na jaw, ktoś postraszył Ryszarda policją i "głupiutka zabawa" - jak sam powiedział - skończyła się. "Ale kto nie błaznuje, gdy uświadomi sobie, że młodość właśnie minęła?" - westchnął.

- Ryszard powiedział mi też, że młodość jest poczuciem, że wszystkie furtki są jeszcze otwarte i że wszystko można zmienić. A im starsi jesteśmy, tym więcej furtek się zamyka. W końcu pojawia się taka myśl, że już nie będziemy nikim innym, niż jesteśmy. Wtedy przychodzą upierdliwe pytania: Czy nie dało się zostać kimś innym? Czy dobrze wybrałem? Inna bohaterka, góralka, nazwała ten stan "szarpacką", czyli wewnętrzną szamotaniną.

 Chęć pozostawienia po sobie śladu to ważna sprawa dla części twoich bohaterów.

- Niektórzy potrzebują iluzji nieśmiertelności. Takiego poczucia, że coś na zawsze po nich zostanie. Na jednym z portali znalazłem ogłoszenie 28-letniego Arka, który napisał: "W dni powszednie mam do rozdysponowania godziny od 18 do 22, a w weekendy od 10 do 22. Oddam je osobie, która będzie umiała nadać im jakiś sens". Poprosiłem Arka o spotkanie, zgodził się i opowiedział, że pracuje w hotelu, ale to mu nie wystarcza, bo bardzo chciałby robić coś, co ma sens, co pozwoli mu zostawić po sobie ślad. Pisał bloga, ale odkrył, że nie można go nawet znaleźć w wyszukiwarce. Pisał komentarze pod artykułami, ale szybko znikały pod setkami innych. Podpisywał petycje, ale one przepadały w urzędach. Wrzucał głos do urny, a nic się od tego nie zmieniało. Powiedział, że jesteśmy pokoleniem "Odśwież". Między jednym i drugim kliknięciem tego przycisku wyświetla się masa wypowiedzi ludzi, którym na czymś zależy. Ale zaraz to wszystko znika bez śladu. I nic się nie zmienia.

 - Gdy dał to ogłoszenie, jakiś facet odpisał mu, żeby się nie martwił, bo przyjdzie Putin i zrobi porządek z takimi nudzącymi się popaprańcami. Arek pomyślał, że gość ma rację. Że może mocno wynudzona ludzkość potrzebuje wojny, bo ginąc za coś, umie nadać życiu sens. Jeszcze pięć lat temu, gdy usłyszałbym tę opowieść, tylko bym się uśmiechnął. Dziś ten absurd brzmi jakoś złowrogo. Bo może rzeczywiście ludzkość już porządnie się wynudziła?

 Twoje bohaterki sprzedają używane majtki, "złoty deszcz", szukają w sieci dawców spermy. Co byś powiedział ludziom, którzy chętnie przypięliby im łatkę "dziwnych" i "niemoralnych"?

 - Powiedziałbym, że do ryzykownych decyzji czy głupot często prowadzi nas strach. Przed samotnością, starością, śmiercią, byciem nikim. O tym opowiadają moi bohaterowie i w ten sposób oswajają swoje leki, ustalają coś ze sobą, czyli dojrzewają. Patrzę na nich z sympatią. Nie próbowałem ich usprawiedliwiać ani się nad nimi litować, bo tego ode mnie nie oczekiwali. Chciałem ich zrozumieć, a nie wydawać im jakichś zaświadczeń o moralności.

 Nie oceniałeś? Nigdy nie miałeś takiej pokusy?

 - Nie i cieszę się, że nie muszę być w ciągłej gotowości do oceniania innych. Ludzie, którzy tak mają, to srale-mądrale, które wszystko o wszystkich wiedzą. Skoro wiedzą, to już nie chcą poznać innego ani go zrozumieć. Gdybym taki był, zanudziłbym się z sobą na śmierć.

 

W twojej książce jest też sporo humoru. Nie boisz się zarzutów, że wyśmiewasz się ze swoich bohaterów?

 - W życiu tak jest, że to, co komiczne często przeplata się z tym, co poważne. Nie zawsze to zauważamy, bo jesteśmy spięci albo osadzeni w sztywnej konwencji, w której nie wypada się śmiać. Ale te dwie tonacje ciągle się mieszają. Próbuję to uwzględniać, gdy piszę, bo dzięki temu opowieść jest jeszcze bliższa życiu.

 - Kiedyś Edward Miszczak z TVN opowiadał, że słuchał audycji ojca Rydzyka w Radiu Maryja. Ojciec patetycznie opowiadał tam o Polsce, pompował ją niemiłosiernie, aż w pewnym momencie puścił bąka. I powiedział: "Oj, coś tu się nam przed chwilą wydarzyło". No wydarzyło się: życie się wreszcie wdarło do tego studia! Alleluja i do przodu.

 - "Literatura z ogłoszeń" tętni życiem i szkoda byłoby redukować ją do jednej z tych patetycznych opowieści, które zwłaszcza dzisiaj sączą nam się z różnych mediów. W ogłoszeniach można zobaczyć Polskę bez fałszywego wstydu i Polaków, gdy nie muszą być sobą. Bo "bycie sobą" to często odpowiadanie na oczekiwania, jakie mają wobec nas sąsiedzi, rodzina, znajomi. A wśród nich moraliści. Spełniamy te oczekiwania, dopasowujemy się, zapinamy pod szyję, ale w końcu to nas nudzi. Niektórzy korzystają z poczucia anonimowości, jakie daje internet, żeby choć na chwilę nie "być sobą". Mogą wtedy ogłosić, że chcą oddać Chrystusa w dobre ręce. Mogą, bo ich pobożne sąsiadki nie widzą. Udało mi się podejrzeć młodych Polaków, kiedy mogą być, jacy chcą.

Nie oceniasz. A czy się dziwisz?

- Pewnie, ciągle. Zdziwiłem się, kiedy trafiłem na ogłoszenie: "Szukam mężczyzny, który mnie zapłodni". Na początku pomyślałem, że to żart. No bo jak to? Kobieta chce mieć dziecko z obcym facetem? Gdzie dochodzi do takich spotkań? To musi być strasznie upokarzające. Ale tych ogłoszeń są setki, więc nie ma mowy o żartach. Część z tych kobiet nie ma partnerów, a dobijają do czterdziestki i odkryły, że niedługo będzie za późno na dziecko. Chcą być matkami, bo mają nadzieje, że w ten sposób znajdą jakiś brakujący sens życia albo po prostu przestaną być samotne. No to szukają dawców spermy.

 - W książce opisałem, jak wygląda takie spotkanie. Jedna z bohaterek opowiedziała mi o "regulaminie płodzenia dziecka", który ustaliła z dawcą. Zapisała w nim wszystko: w jakim hotelu się spotkają, kto pokryje koszty dojazdu, kto i kiedy pokaże odpowiednie dokumenty.

- Zdarzały się też kobiety, które nie mogą mieć dzieci z mężami, więc próbują znaleźć inny sposób, żeby zajść w ciążę. Bardzo zaskoczyło mnie, że ci mężowie często o tym nie wiedzą, że ja byłem pierwszą osobą, której opowiedziały o swoich próbach.

Powiedziałeś, że przy okazji pisania książki próbowałeś poradzić sobie ze swoimi lękami. "Szarpacka" się skończyła?

- Częściowo. Chyba uśpiłem w sobie gburka.


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje