Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kochamy się? Tak, ale nie w pracy

„Kłócimy się. W naszym domu zawsze było głośno. Słyszało się i łzy, i głośny śmiech, i dyskusje do rana”, mówi Maria Dębska, aktorka. „Staram się nie wtrącać. Wiem, że to złe, ale Marysia i tak potrafi mi wygarnąć”, opowiada Kinga Dębska, reżyserka. Jak utrzymać bliskość? Nie pomylić miłości z nadopiekuńczością? Wybaczyć to, co poszło nie tak? O najtrudniejszą życiową relację pytamy matkę i córkę.

Wydaje mi się, że jesteśmy zszyte - mówi Kinga. - Może przez to, że karmiłam Marysię piersią dwa lata? Dzwonimy do siebie codziennie. Kiedy się nie odezwę, bo mam 13 godzin zdjęć i padam na pysk, Marysia ma pretensje. Nie jesteśmy jednak przyjaciółkami, nie mówimy do siebie po imieniu.  To normalna relacja  matki z córką.

Reklama

Marysia potwierdza. 

- Wiele o sobie wiemy, ale nie zwierzamy się ze wszystkiego. Kłócimy się, ale to normalne przy dwóch tak silnych charakterach. Mama jest pierwszą osobą, która mi powie, kiedy coś schrzanię. I to do niej dzwonię, kiedy dzieje się coś ważnego. 

O co się kłócą?

- Że mam w lodówce same "niezdrowe rzeczy" - mówi Kinga.  - Że powinnam bardziej o siebie dbać, pomyśleć o odpoczynku, lepszej diecie.

- Mama jest pedantką, ja chaosem - przyznaje Maria. Kiedyś awanturowałyśmy się o sprzątanie. Albo o to, że któraś przyszła na spotkanie ze "złą energią"! O święta, bo nie jem glutenu i nie spróbuję jej pierogów. W naszej rodzinie zawsze było głośno - słyszało się i łzy, i głośny śmiech, i dyskusje do rana. Nie ma rzeczy, o których byśmy nie rozmawiały. Dlatego uważam, że kłótnie są zdrowe - kiedy z kimś jesteś i się nie kłócicie, to znak, że przestaje ci zależeć. My jesteśmy dla siebie ważne, chociaż sobie nie słodzimy, nie mówimy, jakie jesteśmy wspaniałe.

Zdarza się, że pracują razem - w filmie Zabawa, zabawa Maria jest studentką, której nocne, mocno zakrapiane eskapady miejskie kończą się tragicznie.

- Ale to nie tak, że planuję film i od razu wiem, że Marysia w nim zagra - zarzeka się Kinga.

- Bierze udział w castingach. W pracy jest dla mnie aktorką, ma pasować do roli. 

- Myślisz, że jest mi łatwiej, bo mama reżyseruje? - śmieje się Maria. - O, jak się mylisz! Ona mnie dobrze zna, wyczuje każde kłamstwo. A jak widzi, że ściemniam albo że mogę więcej, mówi "stop". Są rzeczy, które przeszłyby u innego reżysera, u niej - nie. Mama wie, czego chce. Jest wymagająca, na planie bywa dla mnie ostra - zwierza się Maria.

Czy bliska relacja może przeszkadzać w pracy?

- Zachowujemy się profesjonalnie i nie przenosimy "prywaty" na plan, ale czasem jest trudno - mówi Kinga.

- Na planie Zabawy, zabawy kręciliśmy scenę gwałtu z Marysią w roli głównej. Dla mnie koszmar, uruchomiły się niewygodne wspomnienia. Kręciliśmy jednym długim ujęciem, Marysia darła się: "Nie!",  a ja... nie mówiłam stop. Taka sztuczka reżyserów - im później zatrzymasz kamerę, tym lepiej, bo więcej może się wydarzyć. Jako matka i kobieta byłam przerażona, a jako reżyser zadowolona. Potem jednak miałam kłopot z montażem - wychodziłam z pokoju, gdy dochodziliśmy do tej sceny. Aż w końcu montażysta mówi: "Kinga, weź się z tym poukładaj". Zajęło mi to kilka miesięcy, ale scena wciąż boli.

Duży kłębek miłości

- Urodziłam Marysię, jak miałam 22 lata - mówi Kinga. - Wcześnie? Może, ale to było dziecko miłości. Dziś patrzę na to jak na zabawę w dom. Chciałam uciec od rodziców, mieć swoje życie - talerze, sztućce, męża i dziecko. Studiowałam japonistykę, wszyscy pukali się w czoło, kiedy mówiłam, że chcę zajść w ciążę. Ale się uparłam.

Pierwsza miłość nie przetrwała. Kinga rozstała się z mężem, kiedy Marysia miała sześć lat.

- Nie zostawił mnie, ja odeszłam. Rodzicom trudno było zaakceptować tę decyzję. W naszej rodzinie rozwody się nie zdarzały. Oni się kochali, spędzili razem całe dorosłe życie. Niestety, moje potrzeby były inne - mówi Kinga.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL