Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kobieta ze wstążką - część II

Moje dzieciństwo nie było usłane różami. I dlatego dziś jestem bardzo dziecinna.

Opowiada Pani tyle o działalności społecznej. Kim prywatnie jest kobieta, która stoi za różową wstążką? Urodziła się Pani w Wiedniu, Pani rodzina musiała uciekać z Austrii przed nazistami.

Reklama

Evelyn H. Lauder: To prawda, z domu nazywam się Hausner. Ale chyba już nikt nie pamięta, że moja rodzina pochodziła z Polski. Moi przodkowie przybyli tam wiele pokoleń temu za rządów cesarzowej austriackiej Marii Teresy, która zachęcała poddanych, by osiedlali się na wschodnich rubieżach kraju. Mój dziadek urodził się w Czernowicach (dziś Czerniowce w południowo-zachodniej Ukrainie - red.), a ojciec w Skale Podolskiej (dziś w zachodniej części Ukrainy - red.). Wiem, że jeden z moich stryjów poległ w powstaniu w warszawskim getcie, dwaj inni zginęli w czasie wojny, a dziadek został zesłany na Sybir, gdzie w 1944 roku umarł w wieku 84 lat. W latach 90. pojechałam z mężem i przyjaciółmi do Skały Podolskiej. Spędziliśmy tam tylko jeden dzień - w mieście nie było żadnego hotelu, w którym moglibyśmy się zatrzymać - ale pozostała mi pamiątka. Zrobiłam zdjęcie pięknie rzeźbionych drzwi wejściowych do domu dziadków. Wróciłam do Ameryki i kiedy odnawiałam mój dom w Aspen, zamówiłam do niego identyczne główne drzwi: mają ten sam wzór i kolor co w Skale Podolskiej.

Jak Pani trafiła do USA?

Evelyn H. Lauder: Uciekając przed nazistami, moi rodzice wyjechali najpierw do Belgii, a stamtąd po trzech miesiącach do Anglii. Miałam wtedy dwa lata. W Londynie nauczyłam się mówić po angielsku i przeżyłam bombardowania. Choć byłam bardzo mała, potrafi łam odróżnić samoloty brytyjskie od niemieckich po odgłosie silnika. Do dziś pamiętam, jak spadały bomby: najpierw był długi świst, który nagle się urywał i po chwili ciszy następował wybuch. W czasie nalotów niemal każdej nocy chroniliśmy się w kościele. Czasem nie udawało nam się do niego dotrzeć, bo obowiązywało zaciemnienie i gubiliśmy drogę. W końcu moi rodzice zdecydowali, że wyjeżdżamy do Ameryki. Wsiedliśmy na statek w Glasgow i wyruszyliśmy w konwoju trzech jednostek przez Atlantyk. W czasie podróży statek przed nami wpadł na niemiecką minę i zatonął. Zabraliśmy na pokład rozbitków, w naszej kabinie spała uratowana z katastrofy kobieta. To nie było dzieciństwo usłane różami. I dlatego dziś jestem bardzo dziecinna.

...?

Evelyn H. Lauder: Uwielbiam przebywać z dziećmi, żartować, robić zdjęcia porcelanowych popiersi lalek. To są moje zabawki wieku dorosłego. Nigdy nie bawiłam się prawdziwymi lalkami, uważałam, że to zajęcie dla dzieci, a ja byłam na to zbyt dojrzała. Kiedy widzisz wokół spadające bomby, szybko dorastasz.

W USA skończyła Pani studia i rozpoczęła pracę w szkole publicznej.

Evelyn H. Lauder: W jakimś sensie nadal jestem nauczycielką. Jeśli masz to we krwi, nigdy nie przestajesz tego robić. Ciągle czegoś uczę moje wnuki, pedagogiczne umiejętności wykorzystywałam też w pracy, szkoląc sprzedawczynie.

Podobno swojego przyszłego męża - Leonarda Laudera - spotkała Pani na randce w ciemno.

Evelyn H. Lauder: Zgadza się, miałam wtedy osiemnaście lat.

Książę z bajki na randce w ciemno?

Evelyn H. Lauder: Miałam szczęście! Proszę nie zapominać, że to było lata temu. Firma Estée Lauder dopiero powstała, była nikomu nieznana, a cały jej obrót był mniejszy od obrotu, jaki ma dziś jeden nasz sklep. Kiedy poznałam mojego męża, zamierzał wstąpić do marynarki, by odbyć służbę wojskową. Można więc powiedzieć, że dopiero z czasem stał się księciem z bajki. Mojemu ojcu bardzo się spodobał, a ja go posłuchałam (śmiech). Jego rodzice też mnie polubili, zwłaszcza matka.

I to teściowa przekonała Panią, by rzuciła Pani nauczanie i podjęła pracę w rodzinnej firmie.

Evelyn H. Lauder: Uważała, że moje umiejętności pedagogiczne bardzo się przydadzą przy szkoleniach, sprzedaży i w rozmowach z klientami. Poza tym firma była mała i przydawała się każda para rąk. Przez wiele lat pracy w Estée Lauder stałam za ladą i nadal przed Bożym Narodzeniem pomagam w butiku w Bloomingdale's (luksusowy nowojorski dom towarowy - red.). Ostatnim razem przyszły dwie panie z walizką, jak się okazało Brytyjki na zakupach, bo w Stanach kosmetyki są dużo tańsze. Ja im doradzałam, a one zapełniały walizkę naszymi świątecznymi hitami, aż w końcu musiały pójść piętro wyżej kupić drugą walizkę. Sprzedałam im chyba wszystko, co było możliwe. Świetnie się bawiłyśmy, one zaśmiewały się: "Czy pani da nam wreszcie spokój?". Sprzedawanie nadal idzie mi bardzo dobrze.

Co Pani robi, gdy nie pracuje?

Evelyn H. Lauder: W weekendy chodzę z mężem na piesze wędrówki, na koncerty, czytam albo fotografuję. Sprzedaję i pokazuję zdjęcia w galeriach sztuki - następną wystawę mam w przyszłym roku w Paryżu. Zarobione w ten sposób pieniądze przekazuję Fundacji na rzecz Badań nad Rakiem Piersi. Uwielbiam też moje wnuki, mam ich czworo i jestem z nimi silnie związana. Najstarszy idzie niedługo na studia. Im więcej masz zajęć i kontaktów z ludźmi, tym lepsze zdrowie i sprawniejszy umysł, gdy zaczynasz się starzeć.

Rozmawiała Aleksandra Stelmach

Przeczytaj pierwszą część wywiadu

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje