Przejdź na stronę główną Interia.pl

Klucz do tajemnicy

Zamykasz oczy i... wraca obraz dawnej Wigilii. Domek dziadków w zaśnieżonym lesie, wypatrywanie św. Mikołaja, wyprawa z tatą po choinkę. We wspomnieniach wciąż jesteśmy dziećmi, dzięki temu umiemy przekazać bliskim przekonanie, że Facebook i Skype sobie, a my sobie. W ten wieczór rodzina ma być razem. Nasi bohaterowie opowiadają o świątecznych zdarzeniach, które nawet po latach wywołują uśmiech.

Katarzyna Cerekwicka, piosenkarka

Miałam sześć lat, gdy w przeddzień Wigilii wybraliśmy się na święta do dziadków. Mieszkali na skraju lasu, w poniemieckiej szkole z czerwonej cegły. Babcia była nauczycielką. Po wojnie i przeżyciach z nią związanych szukali z dziadkiem cichego miejsca. Znaleźli tę szkołę w wiosce Mniszek.

Reklama

Mój rodzinny Koszalin dzieli od niej 240 kilometrów. Nie mieliśmy samochodu, podróż trwała cały dzień. Wsiedliśmy do pierwszego autobusu o szóstej rano. Przyjechał wysłużony "ogórek", w którym czuć było spaliny i było zimno. Potem drugi autobus, na koniec pociąg. Kiedy wysiedliśmy z wagonu, na dworze było ciemno.

Bałam się, jak dotrzemy do domu dziadków w nocy, idąc przez las. Ale tata znał każde drzewo i każdą ścieżkę. Tam się urodził, wychował. Brnęliśmy przez zaspy, śnieg skrzypiał pod butami, mróz szczypał w policzki. Rodzice z bagażami, ja jedną ręką ściskałam ukochaną lalkę, drugą chwyciłam się mamy. I tak kilka kilometrów. W połowie drogi zaczął sypać śnieg.

Pamiętam moment, kiedy w końcu zobaczyłam w oddali światełka i dym unoszący się z komina. Kiedy weszliśmy, poczułam zapach rozgrzanego pieca kaflowego. Na kuchni z fajerkami stały parujące garnki - babcia szykowała świąteczne potrawy. To była cudowna mieszanka zapachów: pomarańczy, suszonych jabłek i śliwek, biszkoptu, maku i zupy grzybowej...

Cały wieczór kleiliśmy z babcią łańcuchy z papieru i robiliśmy pajacyki ze słomy na choinkę. Dziadek zajmował się porządkami, był pedantyczny. Pamiętam też, jak babcia zaprowadziła mnie do łóżka i przykryła wielką, puchową pierzyną w białej haftowanej poszwie. Dziadek dokładał drzewa do pieca, żebyśmy nie marzli. Wszystko było jak w bajce, jeszcze długo nie mogłam zasnąć, słuchałam odgłosów z kuchni.

Czułam się bezpiecznie jak nigdy w życiu. Święty Mikołaj przyniósł mi tego roku w upominku flet. "Jak on tu dotarł przez ciemny las?", zastanawiałam się. Dwa lata później babcia odeszła i już nie było świąt w baśniowym domku. Niedługo po niej zmarł dziadek. Dziś wszystko jest tam inne. Obok domu przebiega szosa, las stał się jakby mniejszy, ciszę zastąpił szum pędzących samochodów.

Czasem tamtędy przejeżdżam i wracają do mnie wspomnienia z beztroskiego dzieciństwa. Chciałabym, żeby moje wnuki z taką samą tkliwością myślały o wigilii, którą kiedyś urządzę dla nich.

Rafał Zawierucha, aktor Teatru Współczesnego

Kiedy byłem mały, każdego roku trzy dni przed Wigilią tata zabierał mnie i trójkę rodzeństwa - Monikę, Edytę i Grześka - do lasu po choinkę. Brał piłę, sanki i to był znak, że zbliża się "ten" moment. Mieszkaliśmy na Białogonie, dzielnicy na obrzeżach Kielc okolonej lasami, do celu mieliśmy kwadrans pieszo. Przez drogę śpiewaliśmy kolędy. Myślę, że tata wcześniej robił obchód i wiedział, gdzie jest nasza "wybranka". Musiała być dwumetrowa, kształtna, bujna.

Tata piłował, a ja z rodzeństwem rzucaliśmy się śnieżkami. Gdy byłem starszy, pozwalał sobie pomagać. Miałem jakieś 12 lat, gdy ścięliśmy choinkę razem. To było jak przekazywanie tradycji kolejnemu pokoleniu. Tata pomagał wkroczyć w dorosłość, ale także pokazywał, co w życiu naprawdę się liczy. Podkreślał: "Pieniądze nie są najważniejsze. Grunt, żebyś był dobrym człowiekiem i żebyś widział w innych dobro, reszta przyjdzie sama".

Do dziś zadziwia mnie jego dystans. Żeby nie wiem co, mówił spokojnie: "To tylko świat się wali, nie należy przejmować się kłopotami, bo przecież wszystko się kiedyś poukłada". Tamte wyprawy do lasu są dla mnie wyjątkowym wspomnieniem. Po powrocie do domu tata przygotowywał choinkę i już po chwili mogliśmy ją ubierać.

Mama, która przechowywała bombki i ozdoby w starannie opisanych kartonach, uwielbia zmiany, więc raz drzewko było kolorowe, potem złote, to znów srebrne lub czerwone. Zawsze piękne. Nie potrafiliśmy jednak w spokoju go podziwiać. Mieliśmy z bratem pistolet na kulki i najlepszą świąteczną zabawą było celowanie do bombek. Niestety, mieliśmy dobre oko, więc rozbite bombki przewieszaliśmy szybko na tył choinki, żeby mama nie zobaczyła.

Po święcie Trzech Króli rozbieraliśmy choinkę, tata ciął ją na kawałki i wrzucał do pieca. Jednak któregoś roku jeszcze przed Wigilią mama zarządziła: "Nie będzie więcej żywej, kupimy sztuczną". Wybrała najpiękniejszą, soczyście zieloną, gęstą i rozłożystą, wysoką pod sufit. Pamiętam pierwsze Boże Narodzenie ze sztuczną choinką. W domu nie było już zapachu świeżego drewna i igliwia. A ja czułem, że czegoś brakuje.

Nie zastanawiając się, poszedłem do lasu i przyniosłem mały świerk, który postawiłem w swoim pokoju. Ubrałem go sam kolorowo, zawiesiłem lampki. Podtrzymuję tę tradycję w dorosłym życiu. W Warszawie zawsze kupuję żywą choinkę, która przypomina mi rodzinny, bożonarodzeniowy czas z dzieciństwa. Świąteczne drzewko jest symbolem radości i wspólnoty. Już wiem, że nie jest najważniejsze, jaka jest, ale kto się przy niej dzieli opłatkiem.

Marcelina Zawadzka, prezenterka telewizyjna, modelka, Miss Polonia 2011

Jak każde dziecko chciałam spotkać Świętego Mikołaja. Mój rodzinny dom w Malborku jest piętrowy. W wigilijny wieczór rodzice zachęcali, żebym usiadła przy oknie w pokoju na górze i obserwowała niebo, wtedy na pewno wypatrzę Mikołaja w saniach. Starsze siostry, Agnieszka i Karolina, miały mnie pilnować. Czekałam rozemocjonowana i już, już widziałam sanie, renifera, słyszałam dzwonki. I wtedy... naprawdę rozlegał się dźwięk dzwonka.

Zjeżdżałam po poręczy schodów, by jak najszybciej wylądować przy kominku, obok którego stała choinka. Do dziś pamiętam rozczarowanie na widok prezentów zostawionych w palenisku przez Mikołaja. Znowu mi uciekł!

Zazdrościłam Karolinie, która opowiadała, że go widziała. Był super, a na nogach miał takie kapcie, jakie nosi tata! Co do prezentów, nie utrudniałam życia rodzicom - przez kilka lat niezmiennie chciałam dostać lalkę Barbie. Tyle że za każdym razem musiała być inna: gimnastyczka, lekarka, w samochodzie lub na koniu. Kiedy miałam 14 lat, agencja modelek zaproponowała mi pierwszą pracę i wyjechałam do Niemiec.

Wtedy postanowiłam, że część zarobionych pieniędzy odłożę na świąteczne prezenty, teraz ja chciałam być mikołajem. Karolina, średnia siostra, lubi niebanalne ubrania, więc dla niej poluję na wyjątkowe upominki, np. na top z jej ulubioną postacią z japońskiej mangi. Jest dość wymagająca, więc czasami z Agnieszką robimy Karolinie psikusa. Pakujemy prezent, o którym wiemy, że jej się nie spodoba.

Siostra rozpakowuje go, a my, chichocząc w duchu, obserwujemy, jak walczy, żeby udać radość. Dopiero wtedy wręczamy jej ten właściwy. Niedawno do naszych wielopokoleniowych świąt dołączyła siostrzenica. Jestem jej chrzestną, więc prezent dla Antoniny traktuję specjalnie. Szukam pięknej sukienki albo tiulowej spódnicy, bo mała ma już swój styl. Tak jak ja kiedyś lubi lalki.

Siadamy razem na dywanie, zachwycamy się nową, a dla mnie to moment powrotu do dzieciństwa. Na naszym drzewku co rok zawisa jedna wyjątkowa bombka z przezroczystego szkła wypełniona siankiem. To ozdoba, która pierwszy raz pojawiła się na choince w dniu, w którym urodził się nasz tata, czyli w Wigilię.

W rodzinie opowiadana jest historia, jak babcia Maria szykowała rano świąteczne potrawy, nagle poczuła, że zaczyna się poród. Tata przyszedł na świat, a babcia była w tak dobrej formie, że wieczorem usiadła do kolacji, którą sama wcześniej przygotowała. Nie opuściła od tamtej pory ani jednej wieczerzy. Dzisiaj siadamy przy stole całą rodziną. To dla nas wyjątkowa okazja, by powspominać i opowiedzieć co u nas nowego. Bezcenne chwile, które wszyscy doceniamy. Najpiękniejszy czas w roku.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje