Reklama

Reklama

Katie Melua stawia przede wszystkim na muzykę

Powiadają, że jest uzależniona od adrenaliny, ale tak naprawdę to jej muzyka uzależnia, czarując i zachwycając każdego, kto ma choć trochę wrażliwe ucho. Skromna i utalentowana wokalistka, urodzona w Gruzji, daleka jest od gwiazdorskich zapędów i od zawsze podkreśla, że stawia przede wszystkim na muzykę. Tym razem usłyszymy ją w niezwykłej otoczce, w ramach tegorocznej edycji koncertowego cyklu „Night of the Proms - Classic Meets Pop”, który 21 marca zawita do łódzkiej Atlas Areny.

Trudno cię było namówić do wzięcia udziału w trasie "Night of the Proms"?

Reklama

Katie Melua: Skądże. Od kiedy pamiętam, uwielbiałam występować z orkiestrą. Prawdę mówiąc, niewielu artystów, zwłaszcza ze świata muzyki pop, ma taką szansę. To wyjątkowa gratka, dla mnie tym bardziej, że podczas swoich tras zawsze starałam się zagrać jeden koncert z orkiestrą, a tu trafiła się możliwość wzięcia udziału w całym tournee. Odbyliśmy je w grudniu w Niemczech i Holandii i okazało się nadzwyczajnym sukcesem. I nawet jeśli śpiewałam tylko kilka piosenek, wrażenie było niesamowite. Cieszę się, że będę mogła powrócić do tych emocji w Łodzi.

"Night of the Proms" to wielka superprodukcja, podczas której artyści ze świata muzyki popularnej łączą siły z orkiestrą symfoniczną. Spore wyzwanie?

- Na pewno, ale najważniejsze jest, że wszyscy doskonale się bawimy. Najbardziej interesujące w tym wszystkim jest to, że "Night of the Proms" istnieje od ponad trzydziestu lat, właściwie w niezmienionym składzie. Gra ta sama orkiestra, Il Novecento, pod batutą tego samego dyrygenta (Roberta Grosloty - aut.). Z tego względu twórcy "Night of the Proms" są jak bardzo zgrana, pewna swego rodzina i zarazem świetnie naoliwiona maszyna. Czułam się w jej trybach bardzo komfortowo, zarówno jako artystka, jak i człowiek. A szczególnie wiele radości dała mi praca z aranżerem, który pokazał, jak bardzo można uszlachetnić piosenkę, która wydawała się do tej pory czymś absolutnie skończonym. Sama formuła koncertu nie jest nadęta. Mieszamy dwa światy, stawiamy na zabawę i luz. W Holandii zdarzało się, że publiczność popijała napoje i drinki.

Wiem, że masz też zaśpiewać w duecie z polskim wokalistą Rafałem Brzozowskim. Zdradzisz, co wykonacie?


- Nie mogę, bo najpierw musimy tę piosenkę przećwiczyć. Dopiero by było, gdybym coś zapowiedziała, a potem okazałoby się, że musimy zmienić repertuar (śmiech).

Miewasz jeszcze tremę przed występem?

- Czasem tak. Czasem nie.

Od czego to zależy?

- Sama chciałabym wiedzieć (śmiech). Raz się po prostu zdarza, innym razem nie. Kiedy jednak wychodzę na scenę i słyszę muzykę, natychmiast znika. Muzyka zawsze była dla mnie idealnym azylem. Do dziś, jeśli chcę, by nikt mi nie przeszkadzał, włączam sobie na słuchawkach jeden z moich ulubionych albumów, na przykład składankę duetu Simon & Garfunkel, i przenoszę się do innego świata. To dla mnie dowód, jeden z wielu, na to, że muzyka jest potężną siłą. Potrafi nawet ochronić przed spojrzeniem dziesięciu tysięcy ludzi. Sprawia, że skupiasz się na niej i po prostu cię nosi.

Twój głos na koncertach brzmi niemal tak doskonale jak na płytach. W jaki sposób o niego dbasz?

- Bardzo ci dziękuję za te słowa, to niezwykle miłe. Nie wiem, czy będziesz rozczarowany, ale ja właściwie nie dbam o swój głos. Już bardziej o uszy (śmiech). Uważam, że to, czego słuchamy, wpływa na nas także jako artystów. Dbam więc o to, by zawsze były to odpowiednie rzeczy.

Istnieje gatunek, którego nie lubisz?

- Powiedzmy, że nie trawię skomputeryzowanego jazzu, jaki czasem słyszymy w barach i pubach. Utworów zrobionych na komputerze, z keyboardami, programowaną perkusją i sztucznym dźwiękiem. W takich nagraniach nie ma żadnych emocji.

 A jesteś fanką muzyki orkiestrowej?

- Ogromną. Zarówno klasycznej, jak i filmowej. Kocham Czajkowskiego i Chopina, zwłaszcza jego dwa koncerty fortepianowe. A moim ulubionym soundtrackiem jest "Mishima" Philipa Glassa, z udziałem Kronos Quartet. To genialny kompozytor, absolutnie ponadczasowy. Jego muzyka inspiruje mnie, pozytywnie nastraja i sprawia, że czuję się szczęśliwa i gotowa do działania. Uwielbiam brzmienie smyczków, które naprawdę potrafią dotknąć duszy. Chciałabym kiedyś móc coś takiego stworzyć, ale na razie nie potrafię. Może dzięki takim doświadczeniom jak udział "Night of the Proms" stanie się to za jakiś czas możliwe.

Bono powiedział kiedyś, że muzyka może zmienić świat, bo może zmienić ludzi. W piosence "Mad Mad Men" ze swojej ostatniej płyty "Ketevan" śpiewasz, że ten świat może zmienić każdy, jeśli tylko chce. Wierzysz, że także za pomocą muzyki?


- Jak najbardziej, choć może w bardziej subtelny sposób niż polityka, nauka czy technologia. Wydaje mi się, że istnieje pewna zbieżność między słuchaniem muzyki a słuchaniem własnego serca. Odpowiednia melodia czy tonacja mogą na nas wpłynąć, poprawić nastrój, rozbawić, a niekiedy i zasmucić.

Posłużę się jeszcze jednym cytatem, z Boba Marleya: "Dobre w muzyce jest to, że jak cię uderzy, nie czujesz bólu". Doświadczyłaś kiedyś takiego jej działania?

- Wielokrotnie. Ostatni raz kilka miesięcy temu, gdy u kogoś bardzo mi bliskiego wstępnie zdiagnozowano poważne problemy zdrowotne. Musiał wielokrotnie chodzić do lekarza. Dalsze testy wykluczyły na szczęście chorobę, ale to, co wtedy przeżyłam, sprawiło, że byłam bardzo niespokojna. Pamiętam wieczór, gdy włączyłam wspomnianą płytę Philipa Glassa. Z każdą jej nutą niepokój się zmniejszał, pozwalając mi w końcu na nowo spojrzeć na cały problem. Na koniec mój umysł był spokojny i czysty.

"Ketevan" to niezwykła płyta, chyba najbardziej eklektyczna w twoim dorobku.

- Zgodzę się. Są tu zarówno piosenki folkowe, jak i jazzujące, bluesowe czy nawet takie z odrobiną rocka.

Co było najtrudniejsze podczas ich tworzenia?

- Uchwycenie moich gruzińskich korzeni (Ketevan to po prostu Katie w języku gruzińskim - aut.). Choć nie śpiewam tam w moim ojczystym języku, a teksty nie są zainspirowane moim pochodzeniem, w mojej głowie pojawiały się różne wspomnienia, które starałam się przełożyć na język muzyki w najczystszej z możliwych form. Chciałam nawiązać do folkowej spuścizny tego kraju. Nie wiem, czy mi się udało, być może nie. Nigdy nie jestem usatysfakcjonowana w stu procentach tym, co robię. Dla mnie to zupełne normalne (śmiech).

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje