Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Katarzyna Zielińska: Jak pomóc szczęściu

Świat aktorki jest jak sklep z cukierkami. Można jeść landrynki do znudzenia albo wybrać wykwintną czekoladkę i smakować ją długo. Katarzyna Zielińska już to wie. Głodna ról dziewczyna ze Starego Sącza wpadła do serialowej szuflady. Aż przyszedł apetyt na coś więcej.

Dziś ma nominację do Telekamery za świetną rolę dramatyczną, wystawia spektakle teatralne. Zaprocentował upór góralki i wyniesiona z domu wiara w siebie. Sukces? Tak, ale nie taki, który fuksem wygrywa się na loterii.

Reklama

Twój STYL: Przeczytałam chyba wszystkie wywiady z tobą. Zawsze są optymistyczne, pogodne. Nie mówię, że koloryzujesz, ale w życiu nie jest tak bezproblemowo.

Katarzyna Zielińska: - Wiem, ale staram się być optymistką. Złe rzeczy i tak nas dopadną. Każdy musi przeżyć swoją porcję trudnych doświadczeń. Gdy przyjdzie moja pora wyzwań, będę musiała się z nimi zmagać, teraz nie chcę tracić energii na lęki. Trochę zaczarowuję świat, masz rację. Mówię "jest dobrze", żeby było dobrze jak najdłużej.

Przyjechałaś do Warszawy z prowincji. Nie miałaś znajomości, przetartego szlaku. Dużo cię kosztował sukces?

- Jestem ze Starego Sącza jak mój mąż. Wychowaliśmy się w podobnych rodzinach o zbieżnych wartościach. Rodzice ciężko pracowali. Moi mieli szklarnię. Pamiętam momenty trudne. Raz przed Świętem Zmarłych zmarzły nam wszystkie chryzantemy, a z ich sprzedaży mieliśmy żyć dłuższy czas... Nikt się jednak nie załamał, mieliśmy poczucie, że jeśli będziemy się wspierać, damy radę przeciwnościom losu. Każdy wolny grosz rodzice inwestowali w edukację moją i siostry. W zamian pomagałyśmy im przy kwiatach. W wakacje wstawałam o piątej, żeby popracować, zanim słońce zrobi się ogromne, bo wtedy trudno było wytrzymać w szklarni. Do dziś mam plastikową skarbonkę, do której zbierałam pieniądze, rodzice dawali nam zawsze parę groszy. Nauczyłam się oszczędzać, cenić małe rzeczy, ale też szanować pracę. To zaprocentowało, gdy robiłam pierwsze kroki jako aktorka.

Nastolatki z małych miast myślą buntowniczo: "Muszę się stąd wyrwać!".

- Nie musiałam się buntować, rodzice nie ingerowali w moje życie, mogłam o sobie decydować. Wspierali. Słowa taty są do dziś aktualne: "Nie słuchaj złych ludzi. Odwróć się i szukaj pozytywów". Czasem się wkurzam, bo tata mówi szczerze. Jego "wejścia" bywały bolesne. W szkole średniej przytyłam. Pamiętam, jak kiedyś w kościele szepnął mi na ucho: "Kasia, nie wkładaj krótkich spódnic, bo teraz niezbyt dobrze w nich wyglądasz". Zabolało. Ale dodał: "Weź się za siebie, a my ci pomożemy". Chciałam zdawać do szkoły teatralnej, a tam wygląd się liczył. Dotarło do mnie, że ma rację.

Z Sącza przeniosłaś się do Krakowa. Obce miasto, konkurencja. Rodzice naprawdę mogli w czymś pomóc? 

- Mamę to przerażało, tata podszedł do sprawy zasadniczo. Uczył się ze mną tekstów, czasem siedzieliśmy do rana. Poradził też, żebym wybrała drugie studia, "bo trzeba mieć plan B". Zdecydowałam się na handel zagraniczny. Wynajęłam pokój w akademiku, równolegle ćwiczyłam wiersze i uczyłam się ekonomii - przez rozsądek, bo serce ciągnęło do aktorstwa. Na szczęście dostałam się do szkoły teatralnej. Gdybym oblała, nie zdawałabym drugi raz, tak postanowiłam. A ja słowa dotrzymuję.

Honorowa góralka? Jak mnie nie chcą, to narzucać się nie będę?

- Coś w tym jest, ale zdałam. Zdradzę, że dzięki Tomkowi Kotowi, który był na drugim roku. Podszedł i powiedział: "Zielińska? Jestem opiekunem kandydatów, będę cię wspierał psychicznie i duchowo". W komisji siedziały osobowości: Anna Dymna, Jerzy Trela, Jerzy Stuhr. Myślałam, że dostanę zawału serca. Kot kazał mi stanąć przy krzesełku pod salą 307 - pamiętam nawet numer. Napompował balonik, położył go na siedzeniu i powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu: siadaj! Klapnęłam na rozkaz, balonik pękł, poderwałam się... I taką oszołomioną Tomek wepchnął mnie przed komisję - byłam w szoku, ale strach się ulotnił. Podziałało!

Wielu aktorów twierdzi, że w krakowskiej szkole teatralnej jest luz, a w warszawskiej rygor i stres.

- Nie wspominam dobrze czasu studiów. Wieczny strach. Przekonanie, że ciągle ktoś cię ocenia, że trwa niekończący się casting. Byłam w grupie przedstawicieli małych miejscowości: Limanowa, Stary Sącz, Poronin. Wszyscy mówiliśmy z akcentem. Chyba przejmowaliśmy się szkołą bardziej niż inni, nie byliśmy tak obyci. Ale przez to bardziej się staraliśmy.

A jednak wielki świat wzywał. Z Sącza do Krakowa, potem do Warszawy.

- Lubię duże, pędzące miasta. Pamiętam zapach Warszawy, gdy pierwszy raz do niej przyjechałam. Wszędzie docierałam pieszo, chociaż nie znałam odległości. Na trzecim roku starałam się o stypendium ministra kultury. Zebrałam kasety wideo z występów, konkursów, albumy ze zdjęciami - wielkie, ciężkie pudło. Zasuwałam z nim na piechotę z dworca na Krakowskie Przedmieście. Dotarłam wykończona, ale gdy stypendium zdobyłam, pomyślałam: "Warszawa to będzie moje miejsce! Ja tu wrócę!". Urywałam się z zajęć w szkole i jeździłam do stolicy na castingi. Raz zadzwonił profesor Lubaszenko, u którego miałam zajęcia z prozy. Akurat byłam na dworcu. Profesor pyta, gdzie jestem, ja blefuję "chora w domu", i w tym momencie za plecami odzywa się głos: "Pociąg ekspresowy z Berlina do Warszawy Wschodniej wjedzie na tor...". Profesor westchnął: "Pani Zielińska, ja wiem, że pani pojechała na casting". Ale chyba mnie rozumiał. W bilety do Warszawy zainwestowałam dużo pieniędzy. Mogłam jeść chleb z masłem, ale castingów nie odpuszczałam.

Pamiętam cię z tego czasu. Szukałaś pomysłu na siebie. Co było celem?

- Dostać się do spektaklu muzycznego. Przyjaźniłam się z Melą Koteluk, w Warszawie pomieszkiwałam u niej. Zadzwoniła: Ziele, jest nabór do Złego zachowania Andrzeja Strzeleckiego, przyjedź. Los chciał, że ja się dostałam, a Mela nie. Było mi głupio. Dostałam też zaproszenie od Jana Szurmieja do spektaklu o Agnieszce Osieckiej w teatrze na Targówku. Moja strategia się sprawdziła.

Byłaś aktorką śpiewającą, i to w jidysz!

- W Krakowie śpiewałam u Leopolda Kozłowskiego. To był mój ojciec duchowy. Wspierał mnie. Ja mówiłam: panie Leopoldzie, nie dam rady w szkole teatralnej. A on: "Za nic nie rezygnuj. Przyjdź do mnie na Kazimierz, napijesz się soku, przejdzie ci". Tam w restauracji Klezmer Hois odbywały się koncerty, do dziś stoi tam jego fotel. Przychodziłam, najadałam się ciastek z makiem i było mi lepiej. Wzruszam się, gdy o nim mówię.

A potem jakoś tak wyszło, że znalazłaś się w szufladzie "aktorka serialowa".

- Zależało mi na teatrze. Kiedyś stanęłam przed budynkiem Romy i powiedziałam: "Wow! Co za teatr! Ja tu będę!". Ale w drodze do Romy zaliczyłam różne etapy. Przyjaciółka Zuza Dobrucka, teatrolożka i dziennikarka, podrzuciła mi pomysł: przygotuj monodram, znajdź scenę, na której go wystawisz, i zaproś Ilonę Łepkowską. Znalazłyśmy tekst Moniki Szwai Wirtualne serce, Zuzia go wyreżyserowała, ja znalazłam w Syrenie, w holu, taką niby-scenę. Zaprosiłam panią Ilonę. Niedługo potem przyszło zaproszenie na casting do Barw szczęścia. Nie miałam nawet świadomości, że wygrałam jedną z głównych ról. Dowiedziałam się, gdy na konferencji prasowej posadzono mnie przy pierwszym stoliku.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje