Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Katarzyna Zielińska i Wojciech Domański: Takie dobre oczy

Reklama

Wojciech Domański - inwestor, biznesmen, finansista, prowadzi firmę inwestycyjną Custodia Capital; absolwent ekonomii na Uniwersytecie Harvarda w USA (studia ukończone z wyróżnieniem); wcześniej pracował w Nowym Jorku i Londynie w branży inwestycyjnej. Pochodzi ze Starego Sącza. Mieszka z rodziną w Warszawie. Ma 40 lat.

Znamy się niemal całe życie. Mieszkaliśmy wiele lat na jednym osiedlu w Starym Sączu, moja mama była wychowawczynią i polonistką Kasi. Po drugiej klasie licealnej wyjechałem do Nowego Meksyku w USA, do szkoły z internatem (aby nauczyć się języka i poznać świat). Cieszyłem się z upragnionej wolności, ale zaskoczyło mnie, jak bardzo tęskniłem za rodzicami. To był 1996 rok, rozmawialiśmy raz w tygodniu, a widziałem ich raz do roku. Połączenia telefoniczne i lotnicze były wówczas bardzo drogie. Wtedy było trudno, ale dziś uważam, że to jedno z najlepszych doświadczeń, które mnie ukształtowały.

W Stanach Zjednoczonych spędziłem 14 lat. Kiedy mieszkałem w Nowym Jorku, siedziałem w firmie po kilkanaście godzin dziennie (także w weekendy). Nie myślałem wtedy o zakładaniu rodziny. Zaplanowałem, że będę dwa razy więcej pracował, aby nauczyć się dwa razy więcej. W końcu natrafiłem na szklany sufit, postanowiłem przenieść się do Europy. Miałem do wyboru Londyn i Warszawę, która 10 lat temu w branży finansowej była zieloną wyspą. Nie miałem w stolicy znajomych, więc odezwałem się do Kasi. Umówiliśmy się na obiad. Rozmawialiśmy tak, jakbyśmy widzieli się dzień wcześniej, a przecież upłynęły lata od ostatniego spotkania.

O tym, że jest popularną aktorką, wiedziałem dawno od mamy. Kasia żartobliwie zaproponowała, że może być moim przewodnikiem po mieście. Wprowadziła mnie w swoje towarzystwo. Stopniowo, bardzo naturalnie i w sumie nieoczekiwanie pojawiło się między nami uczucie. Oboje byliśmy około trzydziestki, na takim etapie życia, że nie musieliśmy już szaleńczo piąć się po szczeblach kariery, co dawało większy spokój. Dojrzałość pomogła nam w budowaniu relacji. Uważam, że spotkaliśmy się w odpowiednim momencie. Założenie rodziny przeniosło moje życie w inny wymiar. Mam na pewno większe poczucie spokoju. Jasne, jest parę spraw, o które się z żoną niepokoimy, ale rodzina pozostaje numerem jeden na skali priorytetów. Komfortowo jest zostać rodzicem po trzydziestce, kiedy ma się pod kontrolą wszystkie przyziemne sprawy, takie jak mieszkanie i finansowe zabezpieczenie.

Możemy z Kasią ustawiać pracę pod życie prywatne, a nie odwrotnie. Nie widzimy problemu, jeśli ucieka nam jakaś zawodowa szansa tylko dlatego, że chcemy pojechać na wakacje. Niczego nie żałujemy. Nie zmieniło się na szczęście to, że Kasia jest wulkanem energii. Dla mojej żony wciąż nie ma rzeczy niemożliwych. Najbardziej cenię w niej połączenie pozytywnej mocy z wielką empatią. Kasi trudno pozostać obojętną na różne sprawy, także takie, na które nie ma wpływu. Tłumaczę, że nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim. W związku to ja jestem ten racjonalny i logicznie myślący, a Kasia bardziej emocjonalna i ekspresyjna. U nas się to sprawdza. Dwa wulkany chyba miałyby trudniej.

Nieraz muszę sprowadzić Kasię na ziemię, co tylko jej pomaga; ważne, żeby zachować równowagę. Myślę, że dobrze współgramy. Jeden z naszych synków ma charakter podobny do mamy, a drugi do taty. Cieszy nas, że chłopcy są bardzo za sobą, choć drą koty, jak to bracia. Dobrze się nam wraca w Beskidy. Nasze rodziny mieszkają blisko siebie, każde święta staramy się spędzać z jedną i z drugą, aby nikt nie czuł się poszkodowany. Myślę, że pochodzenie to dodatkowy element scalający.

Stary Sącz jawi się nam jako bezpieczna przystań. Możemy mówić podobnym językiem (czasem rzucimy coś w gwarze), żartować czy odwoływać się do wspomnień z dzieciństwa. To dało nam duży komfort w budowaniu relacji. Wiele spraw było już z gruntu oczywistych; ufaliśmy sobie, znaliśmy swoje rodziny, swoje historie. Z przyjemnością współuczestniczę w życiu zawodowym żony. Chętnie przychodzę na spektakle, nie tylko premiery. Lubię środowisko artystów i wszystkich tych ludzi, którzy tworzą kulturę w Polsce. Nie przepadam za byciem w blasku fleszy, Kasia na ściankach staje sama, na szczęście nie wymaga tego ode mnie. Podziwiam, że nie ma tremy: ani na scenie, ani przed kamerami. Dla niej występy publiczne to bułka z masłem. Kiedy gra spektakl, jedzie do teatru dwie godziny wcześniej i wchodzi na scenę z marszu; ja pewnie siedziałbym tam od południa.

Jestem dumny z niej jako aktorki, ale też producentki. Obserwowałem jej zmagania z tworzeniem spektakli, co wymagało pracy biznesowej i administracyjnej. Starałem się ją wspierać. Nigdy nie zakładałem, że moja partnerka ma być taka czy inna z wyglądu i charakteru. Jestem racjonalistą, ale w sprawach związku kieruję się emocjami. A co jest dla mnie istotne? Wzajemne wspieranie się, które wynika z miłości. Chodzenie na kompromisy. Trzeba się starać za wszelką cenę porozumieć, czasem pójść na ustępstwo. U nas liczą się głównie czyny, nie słowa. Jeśli byłoby to niezbędne, jedno za drugim skoczyłoby w ogień.

Magdalena Kuszewska

PANI 3/2020

***Zobacz także***

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje