Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Katarzyna Smutniak: Bunt jest wolnością

Bunt jest potrzebny w wymiarze europejskim - nie tylko przeciwko próbom cenzury i dyskryminacji, ale przede wszystkim przeciwko niszczeniu obrazu Europy. Europy, którą mieliśmy tworzyć na kanwie piękna, mądrości. Obraz ten jednak sami doszczętnie niszczymy - mówi aktorka Katarzyna Smutniak, grająca jedną z głównych ról w filmie "Słodki koniec dnia".

Katarzyna Drelich, Styl.pl: - Dlaczego "Słodki koniec dnia" to film ważny?

Reklama

Kasia Smutniak: - Wydaje mi się, że ten film wypełnia jakąś lukę w kinematografii europejskiej. Trudno o nim powiedzieć, że to film polski. Są w nim poruszone tematy bardzo uniwersalne, w sposób niesamowicie intymny, a jednocześnie odważny. Tematy, które nie były dotąd podejmowane. Sam fakt, że główna postać grana jest przez Krystynę Jandę, która jako artystka i jako kobieta jest w pewnym sensie ikoną, nadaje filmowi realizmu. Ona jest w polskim społeczeństwie uosobieniem ogromnej siły, odwagi i buntu.

Naszemu społeczeństwu potrzebny jest taki bunt?

- Nie tylko naszemu. Bunt jest potrzebny w wymiarze europejskim - nie tylko przeciwko próbom cenzury i dyskryminacji, ale przede wszystkim przeciwko niszczeniu obrazu Europy. Europy, którą mieliśmy tworzyć na kanwie piękna, mądrości. Obraz ten jednak sami doszczętnie niszczymy. W Europie stały się najtragiczniejsze rzeczy, które zostały wprowadzone w praktykę. Z tego robi się tabu, zmienia się historię. Nie możemy iść do przodu bez pamięci o przeszłości, przecież my nie zaczynamy od zera. Powielamy błędy, które teraz są jeszcze bardziej niebezpieczne, bo przeszliśmy przez nie już kilkadziesiąt lat temu. Młode pokolenie jeszcze tego nie dostrzega, bo nie żyło za czasów komuny.

- Urodziłam się w 1979 roku, czyli trochę "pomiędzy", ale porównując schematy działań jestem przerażona, jak nie umiemy otworzyć oczu i dostrzec analogii. Potrafimy się zatrzymać słuchając newsa, że jedno dziecko walczy o życie i to jest absolutnie zrozumiałe. Ale nie potrafimy się zatrzymać, kiedy tych dzieci jest kilka tysięcy. To naturalne, że pewnych faktów nie jesteśmy w stanie przyjąć, kiedy przytłacza nas ogrom jakiejś tragedii. Nie jesteśmy w stanie tego strawić. To prowadzi do ignorancji kwestii fundamentalnych.

Kiedy mówisz o tym, jak nie potrafimy dostrzec tragedii tysięcy dzieci, to na myśl przychodzi mi twoja wieloletnia działalność charytatywna w Nepalu. Na co ona otworzyła ci oczy?

- Tam jest o tyle łatwiej, że jest możliwość zrobienia czegoś i po prostu wprowadzenia tego w praktykę. To jest długoletni plan. Nasza fundacja zajęła się nie tylko budową szkoły w Mustangu - regionie, w którym jej nie było, ale przede wszystkim zachowaniem kultury tybetańskiej w obrębie tego regionu. On znajduje się między Nepalem a Tybetem, ale religijnie i kulturowo to jest Tybet, nie Nepal. Kompletnie zakochałam się w tej kulturze. Miałam taką refleksję, że moglibyśmy od nich uczyć się wielu rzeczy, życzliwości, szacunku do drugiego człowieka.

- Dlaczego ja jako Polka czuję się odpowiedzialna za coś, co dzieje się na drugim końcu świata? Bo to jest mój świat. To będzie świat dzieci moich dzieci. Pomyślałam, że skoro w tym regionie nie ma nic, to trzeba zacząć od szkoły, od edukacji. Ta działalność otwiera mi oczy na to, że nie mam tylko jednej ojczyzny - jest nią cały świat, bez granic.

Mówiąc o granicach - w filmie "Słodki koniec dnia" postać grana przez Jandę tragedię ludzi, którzy zginęli w zamachu porównuje do dzieła sztuki. Zastanawia mnie, gdzie według ciebie jest ten moment pomiędzy faktycznym dziełem sztuki, a przekroczeniem granicy dobrego smaku.

- Dla artysty ta granica nie istnieje. Artysta może zainspirować się absolutnie wszystkim. I o tym też traktuje ten film. Owszem, ciężko jest po obejrzeniu go opowiedzieć się za lub przeciw - w kontekście kontrowersyjnych słów głównej bohaterki. Ale jeśli mówimy o wolności słowa, to nie ma dla niej granicy. Owszem, są granice moralne, osobiste, wynikające z czynów. Ale dla mnie bardziej ciekawe w filmie jest nie to, co Maria powiedziała, ale jaki mechanizm zadziałał potem. Jak to zostało różnie zinterpretowane. Ona tego nie dementowała, nie komentowała. Zbuntowała się na rzecz wolności.

- Dzisiaj wszystko jest komentowane, osądzane - co w zasadzie jest dobre. Internet daje nam nieograniczone możliwości dostępu do pewnych informacji. Ale nie jesteśmy w stanie wybrać tego, co jest prawdziwe, a co nie. Kto zdecydował o tym, że Wikipedia jest biblią? Skoro ktoś może wejść i napisać tam cokolwiek, to skąd mamy pewność, że wszystko co tam czytamy, jest prawdą? Jeszcze nie radzimy sobie z tą wolnością. Ta wypowiedź bohaterki filmu - noblistki, która jest poetką, czyli teoretycznie osobą zupełnie wolną, która wyraża swój punkt widzenia, nagle staje się bronią przeciwko niej samej. Ten film pokazuje, jakie konsekwencje ma stawianie granic wolności słowa.

Jeszcze innym rodzajem buntu w tym filmie jest bunt wieku. Nie tego nastoletniego, ale dojrzałego - główna bohaterka, mimo że ma szczęśliwą rodzinę zakochuje się w dużo młodszym mężczyźnie. Jej córka - postać grana przez ciebie - naturalnie nie jest temu przychylna. A ty prywatnie uważasz, że można zakochać się w każdym wieku?

- Oczywiście! To niewiele od nas zależy. W filmie jest to bardzo szczerze pokazane. Przedstawiona jest jej relacja z mężem, z którym rozmawia otwarcie o swoim uczuciu do innego mężczyzny, ale świadczy to też o jej miłości do niego. Czy to jest zakochanie, czy to jest moment, w którym spotykasz kogoś, w kim widzisz samego siebie jak w zwierciadle - to może stać się w każdym wieku, niezależnie od sytuacji życiowej. Moja postać, owszem, nie zgadza się z tą uczuciową porywczością swojej matki, co jest dosyć naturalne. Buntuje się w pewien sposób, bo jest z tą matką niesamowicie zżyta. Buntuje się córka, buntuje się matka, która daje sobie prawo do miłości w dojrzałym wieku.

Czym jest dla ciebie bunt?

- On nie zna wieku, nie jest tylko przywilejem młodości. Bunt jest wolnością.

Zobacz także:

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje