Reklama

Reklama

Katarzyna Pakosińska: Zaufaj światu, a wszystko się ułoży

Katarzyna Pakosińska jak nikt zaraża uśmiechem, fot. Dominika Woźniak /materiały prasowe

Powtarzam swojej córce, że nie żyje po to, żeby spełniać cudze oczekiwania. My kobiety dużo więcej wygrywamy, stawiając granice niż ulegając dla świętego spokoju. Nie stawiając granic same sobie robimy krzywdę i zaliczamy kolejne stłuczki - mówi Katarzyna Pakosińska, artystka kabaretowa, aktorka, autorka książek i - nie tylko naszym zdaniem - właścicielka najbardziej zaraźliwego śmiechu w Polsce.

Katarzyna Pakosińska: - W trakcie niedawnego lock downu miałam głębokie poczucie upływającego czasu i czułam lęk, żeby go nie trwonić. Powiedziałam sobie wtedy: "Kasiula, weź się w garść, skrupulatnie wynotuj co zrobiłaś w tym tygodniu, gdy wydawało ci się, że nic nie zrobiłaś". I okazało się, że to niby nic zajęło całą stronę A4! Teraz obserwuję efekty- pomysły jak nasionka zaczynają rozkwitać. Ruszam z Wytwornymi Wieczorami Satyrycznymi w nowo powstałym teatrze Scena Relax. Wracam do radia z nową audycją. Napisałam e-book "Jak strugać wariata", który jest minikompendium sztuki estradowej, z nadzieją, że czytelnicy nie dość, że świetnie się pobawią, ale i inaczej spojrzą na przedstawienia kabaretowe. Ale czekaj, rozgadałam się, a ty pewnie chciałaś o coś zapytać... (śmiech)

Reklama

Maja Jaszewska, Styl.pl: Patrząc na twoje piękne, pełne uśmiechu i dobrej energii zdjęcia, widzę kobietę spełnioną. Myślisz o sobie w ten sposób?

- Zgodnie z obowiązującymi lokalnymi trendami powinnam zaprzeczyć albo przynajmniej troszkę się krygować. (śmiech)

- Nie zrobię tego i przyznam, że jestem w swoim żywiole, po uszy zanurzona w swojej pasji. Mam wielką satysfakcję, że pomimo wielu zawirowań w życiu, ochroniłam siebie i swoje marzenia. Już jako mała dziewczynka wiedziałam, w którą stronę chcę pójść i jaką kobietą się stać. Wiesz, że lubiłam pasjami oglądać filmy z Sophią Loren? Kojarzyła mi się z pełnią kobiecości, radością życia, ale też mądrością i takim świadomym spokojem. Spełniłam swoje dziecięce marzenia, ale droga ku temu nie była łatwa.

A można odnieść wrażenie, że urodziłaś się pod szczęśliwą gwiazdą i los hojnie cię obdarzył.

- Nic gratis od losu nie dostałam. Nie było prezentów. Ale trafiło na romantyczkę - uparciucha. Tym większy mój zachwyt, że sama doszłam do tego, o czym marzyłam. Znam jednak cenę tej szczęśliwości.

Jakie było to pierwsze marzenie?

- Moi rodzice są naukowcami, umysły ścisłe, podobnie moja siostra Magdalena. Od dziecka odczuwałam presję, żeby zrobić w życiu coś ważnego. Poważnego? W każdym razie, by zmienić świat na lepsze. Mam wrażenie, że spełniam swoją misję. Podejrzewam jednak, że do dziś moi najbliżsi nie do końca rozumieją, czym się zajmuję. Ich zdaniem to, co robię na scenie, jest tylko zabawą, przedłużeniem czasów studenckich etc. Nadal zdarza mi się usłyszeć przy niedzielnym obiedzie: "Kasiu, kiedy zajmiesz się czymś poważnym?". Śmieję się, że właśnie z tego powodu zabrałam się za pisanie książek, żeby chociaż trochę sprostać ich oczekiwaniom.

Jakim byłaś dzieckiem?

- Introwertycznym i nieśmiałym. Żyłam w swoim świecie, z czym było mi bardzo dobrze. Mieszkałam na typowym szarym osiedlu z trzepakiem i piaskownicą. Patrzyłam przez okno, jak dziewczynki skaczą w gumę, a chłopaki grają w kapsle i myślałam sobie, że fajnie się bawią, ale nie ciągnęło mnie, żeby dołączyć.

- Ha! Kiedyś dostałam paczkę gum balonowych, co w latach 70. było bezcennym skarbem i z okna wszystkie te gumy rozdałam. Chciałam dać znać, że jestem, też fajna, chociaż nie skaczę z nimi w gumę. Od dziecka czułam potrzebę wprawiania świata w zachwyt. Chciałam, żeby rzeczywistość nie była banalna i przewidywalna, tylko miała w sobie coś szalonego i zachwycającego.

I chyba taką sobie stworzyłaś. Jesteś mamą, artystką, kobietą kochającą i kochaną, osobą aktywną społecznie, wszystko się u ciebie dopełnia i tworzy barwną całość.

- O każdy z tych wymiarów dbam. Nic się w nich nie dzieje przypadkowo. Jakby to banalnie nie zabrzmiało, wszystko okupione jest pracą. To, że zbudowałam teraz wymarzoną rodzinę, mam obok wspaniałego mężczyznę, mogło się ziścić, bo w sobie i wokół siebie stworzyłam przestrzeń na to, co nowe. W tym celu musiałam przemeblować własne myślenie.

- Zaczęłam robić życiowe przewrotki, kiedy rozstałam się z Kabaretem Moralnego Niepokoju. To był moment, w którym kolokwialnie mówiąc, wyszłam z ciepłych kapci. Przestała mnie nieść fala przewidywalności i rutyny. Komfort wygody i sukcesu miał swoją cenę, bo jako jedyna kobieta w zespole musiałam się wszystkim podporządkować. Nie było to łatwe, bo nie muszę wyjaśniać, że jako kobiety mamy inne priorytety... Kabaret przedłużył mi życie na studenckich papierach o 20 lat, ale kiedy się to skończyło pomyślałam, że czas dojrzeć i zacząć podejmować własne decyzje. Od tego momentu zachłysnęłam się wolnością i niezależnością. Wydaje mi się, że wówczas stałam się lepszą mamą zbudowałam przestrzeń dla rodziny i byłam gotowa pokochać tak, jak zawsze chciałam.

Co jeszcze ci ta wolność i samodzielność przyniosła?

- Nauczyłam się głośno mówić "nie". To był długi proces, bo wcześniej łatwo ulegałam presji, że coś powinno się wydarzyć, bo inni oczekują ode mnie, żeby to się wydarzyło. Nadmierna empatia czyniła mnie podatną na tego rodzaju naciski. Na szczęście zdałam sobie sprawę, że to droga donikąd i teraz cały czas powtarzam swojej córce, że nie żyje po to, żeby spełniać cudze oczekiwania. My kobiety dużo więcej wygrywamy, stawiając granice niż ulegając dla świętego spokoju. Nie stawiając granic same sobie robimy krzywdę i zaliczamy kolejne stłuczki.

Coś się zmieniło, kiedy zaczęłaś stawiać ludziom granice?

- O dziwo, nie przestano mnie darzyć sympatią. Nikt mi nie przypiął łatki zołzy ani celebrytki strzelającej fochy. To, że mam swoje zdanie i świadomie podejmuję decyzje, budzi większy szacunek niż pokorna zgoda na wszystko. Wiele potknięć w moim życiu brało się z niepewności, ze wstydu, ze strachu przed oceną. Ze strachem łatwiej sobie poradzić niż ze wstydem. Wstyd kompletnie paraliżuje i człowiek traci energię do walki.

Do głowy by mi nie przyszło, że kiedykolwiek mierzyłaś się z taką niepewnością siebie.

- Jestem jeszcze z tego rozdania, któremu powtarzano: "Kasiu, spokojnie i łagodnie. Nie pchaj się przed szereg. Kobiecie nie wypada".

Znajdą cię...

- Tylko kto niby będzie szukał? Szczególnie w takim zawodzie, jak mój. Więc przez wszystkie lata spędzone na scenie uczyłam się działać odwrotnie niż mi to wpajano w tradycyjnym domu, z największej zresztą troski i miłości. Na szczęście pomogła mi intuicja i wyjątkowy fart do ludzi. Spotkałam wiele niezwykłych i wartościowych osób.

Może nie był to przypadek, tylko takie osoby przyciągałaś?

- Być może... Te spotkania stawały się zawsze drogowskazami i dawały mi skrzydła. Przyjmowałam z radością słowa krytyki, bo czułam, że są mówione z olbrzymiej życzliwości i w dobrej wierze.

Wyszłaś za mąż za Gruzina, nie kryjesz też swojego zachwytu dla tego kraju górali. Jakie są gruzińskie kobiety?

- Tak naprawdę Gruzja jest kobietą. Już dawno to zauważyłam. Mówi się, że panuje w niej patriarchat, ale od tylu lat obserwuję tę kulturę i wyraźnie widzę, że to kobiety nadają rytm gruzińskiemu życiu. Gruzini z ogromnym szacunkiem traktują kobiety, a dom jest dla nich ostoją. Ze wszystkimi problemami przychodzą do swoich żon i razem dyskutują, jak je rozwiązać.

- W Gruzji nie ma wojennego tarcia między pierwiastkiem męskim i żeńskim, tak jak u nas się to zdarza. Gruzińska kobiecość i męskość cudnie się dopełniają. Kiedy wprowadziłam do swojego domu pewne gruzińskie zasady, to zauważyłam, że znacznie więcej mogę uzyskać łagodnością, spokojem, dyplomacją z jasnym postawieniem granicy niż gdybym szła na zderzenie czołowe.

Wciąż się czegoś uczymy...

- Jestem wieczną studentką Uniwersytetu Życia i bardzo mi z tym dobrze.

Co sobie radzi Katarzyna Pakosińska, gdy pojawiają się życiowe trudności - czytaj na następnej stronie >>>

***Zobacz także***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje