Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Katarzyna Bujakiewicz: Czasem wygrywam, czasem przegrywam

Mogła być pani niemiecką gwiazdą muzyki pop. Żałuje pani, że serial przerwał pani karierę na Zachodzie? 

- Nie. To była moja świadoma decyzja, uważam bardzo słuszna. To nie był świat dla mnie. To był epizod. I gdyby teraz pojawiła się podobna propozycja w moim życiu, kiedy jestem uspokojona zawodowo, bo zagrałam sporo w teatrze i filmie, to mogłabym się skusić. Wtedy nie byłabym w stanie wszystkiego pogodzić. Z jednej strony bardzo chciałam być aktorką teatralną, grającą w dobrych spektaklach, w których o coś chodzi. A z drugiej strony pojawił się ten plastikowy świat, który trochę mnie śmieszył. Więc mogłam się zabawić w niemiecką Britney Spears, natomiast na dłuższą metę nie dałabym rady pozostać w tej machinie. Pamiętam rozmowę z chłopakiem z wytwórni, Niemcem, który mówił, że to jest coś okropnego, że jesteś kukiełką. Jeśli wszystko wypali to jest super, a jeśli nie to dużo można stracić. Nie po to uczyłam się tyle lat, poświęcałam się, żeby to zaprzepaścić. Dla mnie wybór był oczywisty. Jak wygrałam casting do "Na dobre i na złe", to mi w nie przeszkadzało w realizacji moich planów. Mogłam pracować w serialu i w teatrze. Ale przygoda była super.

Reklama

Wspominała pani o tym, że karierę zaczęła jako siedmioletnia dziewczynka. Trudno było zmagać się ze sławą w podstawówce? 

- Trudno. Kiedy wybuchł stan wojenny bawiliśmy się w coś w rodzaju Teatru Arlekin. Potem graliśmy w spektaklach dla dzieci w telewizji. Przez to dzieci wytykały mnie palcami i raczej to nie była fajna część mojego życia. Pamiętam scenę, w której całowałam się z kolegą, potem część dzieci w szkole śmiała się ze mnie, część doceniała. Trzeba się było znaleźć w sobie siłę, żeby sobie poradzić z opluwanym przez koleżanki tornistrem. Nie było tak jak teraz, że młody człowiek zagra w filmie i zostaje gwiazdą. Ja byłam dręczona przez rówieśników. Wstydziłam się rodzicom powiedzieć. Tak naprawdę to gwiazdą poczułam się w liceum, jak wytykali mnie mówiąc: " To jest ta dziewczyna z telewizji". Te doświadczenia wiele mnie nauczyły. Kiedy zaczęłam być znana z seriali, nie uderzyła mi przysłowiowa woda sodowa.    

To był hejt na miarę tamtych czasów. Do niedawna mówiono, że "człowieka można zabić gazetą". Brzmi archaicznie, ale sens pozostał. Jak pani dziś reaguje na hejt?

- Jak ktoś mi napisze coś niemiłego na moim profilu to pytam, po co mnie obserwuje? Ludzie zawsze będą hejtować. Wszystkich nie zadowolę. Dla jednych jestem ładna, dla innych brzydka, ile osób tyle opinii. Specjalnie się tym nie przejmuję. Nie robię nic złego, nic kontrowersyjnego. Nie robię nikomu krzywdy. Najbardziej wkurza mnie, jak ktoś mówi, że moją działalność charytatywną, w którą angażuję się od lat, robię na pokaz. To mnie denerwuje. A to czy zagrałam dobrze, czy nie, czy ładnie mi w tej sukience, czy jestem szczupła, czy gruba? Każdy ma prawo do własnej opinii. Wykonuję taki zawód, że muszę się z tym liczyć. Zawsze ktoś będzie mnie oceniał: reżyser, publiczność, internauci.

No właśnie. W mediach społecznościowych jest pani aktywna. "Insta Stories" jest lepsze od fotoreporterskiej "ustawki"? 

- Pamiętam, jak kolega podpowiedział mi, że nie ma co uciekać przed tymi Instagramami i innymi historiami.  I tak przecież sprzedajemy część siebie, to też część naszego zawodu. Dzielimy się z ludźmi kawałkiem swojej prywatności.  Prowadząc własne profile możemy decydować czym chcemy się podzielić, szybciej możemy poinformować fanów o tym, gdzie jesteśmy, nad czym pracujemy.

- Muszę przyznać, że bardzo lubię niektóre portale, bo mam za ich pośrednictwem kontakt z moimi znajomymi. Mogę się dzielić z tymi, którzy mnie obserwują tym, co aktualnie robię albo tym, o co dbam: pomagam dzieciom, adoptuję psa. Mogę zainspirować kilka osób tym, że zwiedzam, że jeżdżę na biegówkach, że chodzę po górach, czy jestem na oddziale onkologii lub na planie filmowym. Media społecznościowe mogą zrobić wiele dobra i wiele zła - jeśli ktoś zakocha się w tym świecie wirtualnym. Ja staram się to wypośrodkować.   

Teraz przed panią już nie "ustawki", ale " przestawki". Meblom, ścianom, dekoracjom nada pani nowy wymiar jako projektantka w nowym programie telewizyjnym: "Wnętrze do poprawki: domy gwiazd". Jakie spostrzeżenia po pierwszych odcinkach? 

- Zastanawiałam się, jak sprawdzę się w tej roli. Produkcja lepiej o mnie myślała, niż ja sama o sobie myślę. Okazuje się, że czuje się jak ryba w wodzie. Jestem gadułą. Uwielbiam rozmawiać z ludźmi, co się przekłada na ten program. Świetna praca. Poznałam cudowne osoby. Wzmocniłam niektóre swoje znajomości. Myślę, że mamy szansę odczarować paru celebrytów dziwnie opisywanych w mediach albo nieumiejących się w nich zaprezentować. To fajni ludzie. Każdy z nas lubi zajrzeć do domu gwiazdy. Lubimy zaglądać do wnętrz, do łazienki; ja lubię jeszcze zaglądać do lodówki - to jest związane z moją miłością do zdrowego odżywiania. Bohaterom programu robimy niespodzianki. Z naszą architekt wnętrz Marianką Krystev - współprowadzącą program - zamykamy się w warsztacie. Potrafię już odrestaurować stołek. Jest też wiele robótek ręcznych.    

Czy nie jest trudno potem z tymi pomysłami wejść do domu osoby, która jest np.: projektantką mody i przekonać ją do swojej koncepcji? Jak udaje się pani wprowadzić celebrytów w zachwyt?

- Musimy dopasować się do tego, co dana gwiazda lubi. To jest ważne, aby sprostać oczekiwaniom; żeby nie było tak, że celebryta lubi złoto, a my dajemy srebro. Ostatnio mieliśmy wizytę w domu, w którym bohaterka miała gołe okna, a w pomieszczeniu dominowała biel. Projektantka wprowadziła kolor niebieski- ulubiony kolor właścicielki. Spodobało się, ale czasem ryzykujemy.   

Odwróćmy sytuację. Którą z gwiazd pani poprosiłaby o przeprowadzenie metamorfozy w swoim domu?

- Kto mógłby przyjść do mnie? Mogłabym zaprosić Zosię Ślotałę lub Odetę Moro.    

Kiedy premiera pierwszego odcinka? 

- Premiera 30 stycznia w telewizji Lifetime o godzinie 22:00.    

Prowadzi pani jeszcze mapę marzeń?

 - W 2007 roku ją zrobiłam, w 2008 sprawdziło się 60 procent, więc nie ryzykuję. Żeby zdrowie było, a reszta sama przyjdzie.

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje