Przejdź na stronę główną Interia.pl

Katarzyna Bujakiewicz: Czasem wygrywam, czasem przegrywam

Wspomniała pani o babci. W opiece nad nią pomagał pani partner. Czy to był ten moment, w którym dostrzegła w nim pani mężczyznę swojego życia, ojca swoich dzieci? 

- Akurat trafił na najgorszy moment. Najtrudniejszy, bo póki babunia była w dobrej formie potrzebowała drobnej pomocy. Wtedy moja obecność była dla niej najważniejsza, a potem... Babunia była bardzo słaba i zaczęła chorować. Więc powiedziałam, że jeżeli mamy razem mieszkać, to on musi wprowadzić się do mnie, bo ja muszę być z babcią. Nie zostawię jej teraz. Więc się wprowadził. Często nosił moją babcię na rękach, do karetki, bardzo mi pomagał. Wtedy wiedziałam, że to jest materiał na ojca moich dzieci.

Mężczyźni zajmują ważną pozycję w pani życiu. Przez tatę była pani wychowana na "silna babę", jak sam mówił. Jak pani wychowuje swoją córkę?

- Trochę taką Zosią Samosią do dzisiaj jestem, ale szczęśliwie mam takiego partnera, że nie muszę być, aż tak silna. Moją córkę staram się wychowywać i nie wychowywać. Mówię jej, co mi odpowiada, co mi nie odpowiada. I raczej ona się uczy obserwując nas. Jeżeli czegoś nie rozumie i denerwuje się, tłumaczę jej spokojnie. Stawiam też granice, na ile się zgadzam, a na co się nie zgadzam. Eko-mamy tak mają. To się nazywa rodzicielstwo bliskości. Już Korczak widział człowieka w dziecku. To jest mały człowiek, ale człowiek.    

Gniew... woli pani wykrzyczeć, czy zdusić w sobie? A może wybiegać?

- Jak mogę, to wybiegam. Ale ja jestem w gorącej wodzie kąpana. Jak już nie wytrzymuję to sobie krzyczę. Babunia tłumaczyła: "Jak się zdenerwujesz to wyjdź na świeże powietrze, napij się szklanki zimnej wody i powiedz, o co ci chodzi?". Natomiast u mnie to nie działa. Jest akcja - reakcja. I być może nie jest to krzyk, ale mówię głośno i stanowczo.

Reklama

Jest pani temperamentna w życiu i na scenie. Częściej panią odrzucali na castingach, czy to pani odrzucała scenariusz? 

- Trudno powiedzieć. Był taki czas, że dostawałam bardzo dużo propozycji, ale odmawiałam z różnych względów. Jedna pojawiła się wtedy, kiedy nikt o tym nie wiedział, a ja już byłam w ciąży. Inne pojawiały się po urodzeniu córki, ale wtedy wiedziałam, że rok chcę spędzić z nią, siedząc w domu. Nie chciałam nigdzie wychodzić, więc to był czas, kiedy odmawiałam. Po "Magdzie M." też czułam, że było tego za dużo, że przesadziłam, że mój zawód przestał mnie bawić. To nie znaczy, że nie grałam, zamknęłam się w teatrze.    

Teraz jest pani spragniona nowych ról? Przyzna pani, że jest deficyt na role dla 40- latek. Z czego to wynika? To świetny czas dla kobiety, a tak niedoceniany przez reżyserów i scenarzystów.  

- To jest kult młodości. Oglądam wiele seriali - faktycznie ról dla dwudziestolatek jest sporo. Natomiast w serialach skandynawskich grają kobiety w moim wieku. To jest kwestia tego, kto co lubi. Jest fantastyczny serial mówiący o życiu kobiet: "Wielkie kłamstewka" z Nicole Kidman i Reese Witherspoon. W Polsce jeszcze zachłystujemy się komediami romantycznymi i kultem piękności i młodości. Chociaż nie demonizowałabym, bo sporo moich koleżanek gra w serialach i teatrze. To też jest kwestia wyboru, czego ktoś potrzebuje. Ja teraz pracuję dla telewizji lifestyle’owej, robię program i mam z tego przyjemność. I nie mam potrzeby intensywnej pracy, jak to robiłam kiedyś i trochę na własną prośbę z tego wyszłam. Ale jeżdżę na castingi. I biorę w nich udział. Czasem wygrywam, czasem przegrywam. Tak to jest.

Reklama

Reklama