Przejdź na stronę główną Interia.pl

Justin Theroux: Gotowy na wszystko

Mocno zarysowana szczęka i ciemne brązowe oczy - nic dziwnego, że ulubienica Ameryki, Jennifer Aniston, straciła dla niego głowę. Teraz Justin Theroux możemy oglądać w trzecim sezonie popularnego serialu "Pozostawieni".

Chyba naprawdę lubisz "Pozostawionych". W najnowszym sezonie grasz sceny, w których pływasz w lodowatej wodzie.

Reklama

Justin Theroux: Wierz mi, że byłbym gotowy na więcej. Denerwuje mnie, że świat ma coraz niższe oczekiwania w stosunku do aktorów. Nie twierdzę, że kręcenie tych scen było przyjemne, ale nie wymagało ode mnie ani odwagi, ani przełamywania się, a jedynie oswojenia z chłodem.

Jesteś albo skromny, albo wspaniale kokietujesz.

- Albo - i to jest prawda (śmiech) - wyznaję zasadę, że aktor powinien zrobić wszystko, aby reżyser mógł zrealizować swoją wizję. W przypadku tego serialu nie było to trudne, bo dostałem świetnie napisany tekst i pracowałem z utalentowaną ekipą - od reżyserów po techników.

Efekt wysiłków tych ostatnich widać w finałowym odcinku, w którym dużą rolę odgrywają zaawansowana technologia i... twoja intymna część ciała.

- Nazwij rzecz po imieniu! Mam scenę, w której za pomocą penisa otwieram zamek wymagający biologicznej identyfikacji. O rany, to słowo wypowiedziane na głos faktycznie brzmi cokolwiek dziwnie! (śmiech)

Ta scena jest dla twojego bohatera dość uwłaczająca.

- I za to ją polubiłem. Ile razy upokarzaliśmy w filmach kobiety i przypisywaliśmy ich intymnym częściom ciała takie czy inne właściwości? Super, że scenarzyści zamachnęli się na świętość, jaką wciąż z niewiadomych dla mnie przyczyn jest męski członek. W kulturze macho faceci lubią myśleć, że to on określa ich wyjątkowość. Tymczasem my pokazujemy, co się dzieje, kiedy naprawdę to penis ma określać, kim jest jego właściciel. Ta scena jest policzkiem zadanym prymitywnie rozumianej męskości.

Kręciliście serial w Australii. Lubisz to miejsce?

- Widziałeś "Piknik pod Wiszącą Skałą" Petera Weira?

Kilka razy.

- Ten film jest dla mnie esencją Australii, odległego lądu, który wygląda niby tak samo jak Kalifornia, ale w rzeczywistości skrywa w sobie ogromne pokłady duchowości, mistycyzmu, metafizyki. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem miejsca z "Pikniku..." na żywo, cieszyłem się jak dziecko! Od razu poczułem ten specyficzny klimat.

Na planie nawiązaliście przyjaźnie. Ciężko jest rozstać się z ekipą?

- Daj spokój! Przecież nadal będę miał z nimi kontakt! To fajne, że nie było między nami rywalizacji, wręcz przeciwnie - nawzajem się wspieraliśmy.

Ale przyznaj, że paparazzi najbardziej interesowali się tobą.

- Tak, to prawda. To dziwne uczucie, bo kiedy kręcisz scenę, oprócz kamer skierowane są w twoją stronę także dziesiątki obiektywów. Paparazzi, pomijając fakt, że mogą zdradzić fabułę serialu, rozpraszają ludzi pracujących na planie.

Naprawdę uważasz, że czytelników gazet, w których paparazzi publikują swoje zdjęcia, obchodzi wasz serial?

- OK, masz mnie, tych zdjęć nie widział pewnie żaden fan serialu. Dlatego też wścibscy fotografowie mnie nie denerwują - traktuję ich jak deszcz. Czasem pada, czasem nie, trzeba to zaakceptować i tyle.

Śledzisz w prasie doniesienia na swój temat?

- Nie i nie zamierzam tego robić.

Dlaczego?

- To kwestia zasad. Po lekturze jednego czy drugiego tekstu wkurzyłbym się, zadzwonił do redakcji i dostarczył dziennikarzom pretekstu do napisania kolejnego. To błędne koło, nie chcę w nie wpaść.

Zanim rola w "Pozostawionych" przyniosła ci sławę, dziennikarze nieustannie pytali o twoją życiową partnerkę Jennifer Aniston...

- ...i nadal to robią. Myślisz, że coś się w tej kwestii zmieniło?

Ja raczej chciałem zapytać, czy coś zmieniło się dla Jennifer. Wcześniej byłeś mało rozpoznawalny, a teraz jesteś gwiazdą.

- Oczywiście, że Jennifer też zadają pytania o mnie, choć nie wydaje mi się, żebym przez "Pozostawionych" stał się o wiele sławniejszy. Ale jeżeli tak jest, to Jennifer nie ma z tym problemu. Oboje siedzimy w tej branży już długi czas, doskonale potrafimy radzić sobie ze sławą.

Myśleliście o wspólnym projekcie?

- Wielokrotnie. Jeśli pojawi się dobry scenariusz, weźmiemy go.

Serial zmienił twój wizerunek. Byłeś kojarzony głównie z komediami, a teraz ujawniłeś potencjał dramatyczny. Niedawno zagrałeś m.in. w thrillerze "Dziewczyna z pociągu" Tate‘a Taylora.

- Rzeczywiście, lubię różne gatunki kina, ale w komedii czuję się wyjątkowo dobrze. Coraz częściej myślę o tym, żeby zrobić coś swojego, i ostatnio dużo piszę. Być może to sposób na odreagowanie "Pozostawionych".

Jaki jest wydźwięk trzeciego sezonu?

- To dość ponura produkcja, ale kiedy się zastanawiam, czy doprowadzamy ludzi do depresji, czy jednak przywracamy im nadzieję, przychodzą mi na myśl fani serialu. Mamy ich naprawdę dużo. Gdy tylko wrzucam na Instagram jakieś zdjęcie, zalewa mnie fala pozytywnych komentarzy. Myślę, że to jest właśnie energia, którą im dajemy - może i serial nie mówi o rzeczach łatwych i przyjemnych, ale oferuje widzom coś, na co czekają, za czym tęsknią. I to dla nich coś znaczy.

Sam też tak reagujesz na seriale?

- O tak! Ostatnio na "Wielkie kłamstewka", które właśnie kończę oglądać. Dlaczego powstało tylko siedem odcinków tego cudeńka?! Jestem też fanem "The Crown" i "Wicedyrektorów" - genialne seriale.

Fani "Pozostawionych" często mówią o tym, jak serial wpłynął na zmianę postrzegania przez nich religii. Tobie też dał nową perspektywę?

- Pogłębił mój ateizm. Nie wierzę w życie pozagrobowe. Według mnie śmierć jest kresem naszej podróży, nic po niej nie ma. Paradoksalnie, znajduję w tym pociechę, bo dzięki temu wyciskam z życia, co się da. Na planie odbyliśmy z ekipą i aktorami mnóstwo fascynujących dyskusji na temat wiary, jej genezy, paradoksów. Jestem przekonany, że widzów też udało się nam do tego skłonić. Bo to nie jest serial do oglądania w domu, pod kołdrą. O nim trzeba porozmawiać, podyskutować. Dlatego jestem z "Pozostawionych" taki dumny.

Rozmawiał Artur Zaborski

------

Serial "Pozostawieni" opowiada o tajemniczym zniknięciu 140 mln ludzi. Bohaterowie muszą zmierzyć się z tym faktem i odnaleźć w nowej rzeczywistości.

Zobacz także:


Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje