Przejdź na stronę główną Interia.pl

Joanna Kulig. Sceniczny kameleon

Choć pochodzi z miejscowości, w której nie ma kina... potrafi budować role światowego formatu. Na scenie i przed kamerami jest jak kameleon. W jednej scenie może grać nastolatkę, w kolejnych dojrzałą kobietę. Za te metamorfozy doceniła ją publiczność w Cannes. Co jeszcze sprawia, że Joanna Kulig wygrywa castingi? Tego dowiadujemy się z czerwcowego magazynu "PANI".

Jest energiczna i spontaniczna. Szybko mówi i gestykuluje. W czerwcu skończy 36 lat, jednak w jej osobowości nadal drzemie roześmiana dziewczynka. Jest ambitna, a góralski temperament pomaga jej podejmować trudne decyzje i wychodzić z życiowych zakrętów. Tych ostatnich nie brakowało.

Reklama

Jeszcze w szkole aktorskiej dostała angaż w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Miała pozycję, o jakiej marzą absolwenci szkół aktorskich. W pewnym momencie Joannę Kulig to zadanie przerosło. Pojawiły się zmęczenie i wątpliwości. 

Zastanawiała się, czy aktorstwo jest zawodem, któremu chce poświęcić resztę życia? Na kartce zapisywała plusy i minusy. Tych ostatnich było więcej. Postanowiła zrezygnować z etatu w teatrze. Kładąc na biurku dyrektora wypowiedzenie, poczuła się wolna. To był jej czas na wyciszenie.

Kupiła zeszyt i podpisała go "Firma Joanny Kulig". To do niego z czasem wpisywała nazwiska reżyserów dokumentalistów, z którymi chciała pracować. Wśród nich pojawiło się nazwisko Pawła Pawlikowskiego. Ich znajomość zaczęła się dziesięć lat temu. Aktorka przyznaje, że to był dla niej trudny czas. Po rezygnacji z pracy w teatrze nie dostawała żadnych propozycji, miała ciężką sytuację finansową i szereg wątpliwości.

- Paweł zobaczył mnie w spektaklu telewizyjnym "Doktor Halina" Marcina Wrony. Szybko zaproponował mi rolę Anny w "Kobiecie z piątej dzielnicy". Grałam tam z Ethanem Hawkiem i Kristin Scott Thomas - wspomina Kulig w wywiadzie dla magazynu "PANI".

Już na początku znajomości reżyser docenił pracowitość i zaangażowanie młodej aktorki. To, co ich zbliżyło do siebie zawodowo, to profesjonalizm i baczne obserwowanie rzeczywistości; podpatrywanie jej w każdym calu. Od samego początku twórca "Idy" musiał czuwać i nieco hamować pracoholizm krakowskiej aktorki. Po latach pani Joanna przypomina sobie podobne kadry ze współpracy z Pawlikowskim przy wszystkich produkcjach. 

- Zabawne, bo w czasie "Zimnej wojny" Paweł też do mnie mówił: "Aśka, ty jedź wypocząć! Ty się szybko zapalasz i szybko wypalasz". Więc kiedy tylko mieliśmy chwilę przerwy w zdjęciach, znikałam na dwa dni, aby się zresetować. Tak mam, że pracuję w systemie doładowań. Cztery, pięć dni na maksa, po kilkanaście godzin dziennie, ale potem padam jak nieżywa. Po chwili odpoczynku odradzam się i znów mogę pracować na pełnych obrotach. Szybko gram i szybko się regeneruję - śmieje się muza Pawlikowskiego. 

I dodaje, że główną rolę kobiecą w  "Zimnej  wojnie " musiała wywalczyć. Pawlikowski miał swoją wizję Zuli Lichoń, a odtwórczyni tej postaci miała wysoko postawiona poprzeczkę. 

- Zula, gdy zostaje przyjęta do Zespołu Pieśni i Tańca "Mazurek", ma 18 lat. Na końcu filmu jest o 15 lat starsza. Chodziło o to, bym naprawdę wiarygodnie przeszła wizualną przemianę. Pomogła mi charakteryzacja Waldemara Pokromskiego, ale musiałam też schudnąć, co przy mojej figurze nie było wcale łatwe przyznaje Joanna Kulig w wywiadzie dla magazynu "PANI".

Po chwili dodaje:

- Zmieniłam tryb życia, codziennie ćwiczyłam w siłowni, przeszłam na specjalną dietę. Ćwiczenia miały mi też zapewnić kondycję, bo kiedy już się okazało, że Paweł właśnie mnie powierzył tę rolę, od razu zaczęłam wielomiesięczne próby tańca z zespołem Mazowsze w Karolinie. Nie martwiłam się o stronę wokalną - skończyłam przecież średnią szkołę muzyczną w Krakowie w klasie śpiewu, znam nuty, od dziecka gram na pianinie - ale wiedziałam, że mogę polec na tańcu - przyznaje Kulig w wywiadzie udzielonym magazynowi "PANI". 

Dlatego, kiedy wygrała casting, przez pół roku uczestniczyła w próbach zespołu Mazowsze. Zajęcia z tańców ludowych z elementami baletu przeplatały się z lekcjami śpiewu i emisji głosu. Otrębusy, w których ma siedzibę zespół Mazowsze, stały się jej drugim domem. 

- Jednak najważniejsze było to, że już od samego początku zespół Mazowsze przyjął mnie jak swoją, co miało dla mnie wielkie znaczenie. Zresztą właśnie wejście w ich świat, podglądanie ich podczas prób i występów było dla mnie ogromną inspiracją. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo jest to "kondycyjna sztuka". Ilość wyskoków, wzajemnego przerzucania, wręcz akrobacji wymusza na tobie nieustanną koncentrację. Jeden fałszywy krok i możesz dostać ciupagą między oczy, co prawie mi się przydarzyło. To jest zespół, który działa jak jeden perfekcyjny organizm - opowiada Kulig w czerwcowym magazynie "PANI".

Przyznaje, że jako nastolatka podglądała zespół Mazowsze podczas występów na Festiwalu Jana Kiepury w Krynicy. Już wtedy pojawiła się myśl, że chciałaby wystąpić na scenie wśród wyprostowanych i pięknych dziewcząt. Teraz trudno jej uwierzyć, że te marzenia nabrały realnych kształtów. Tym samym przekonała się, ile pracy wymaga praca w zespole ludowym. Skomplikowane układy choreograficzne niejednokrotnie doprowadzały aktorkę do skrajnego wyczerpania. Kolejne duble nie ułatwiały jej zadania. Wówczas z pomocą na planie przychodziła Agata Kulesza.

- "Aśka, ale ty masz z tym tańcem ciężko, Jezuuu". I jakoś mi wtedy lepiej szło - z uśmiechem wspomina Kulig w wywiadzie udzielonym magazynowi "PANI".

Pomoc najbliższych okazała się nieoceniona. Choć aktorka przyznaje, że w ferworze zajęć trudno znaleźć czas dla rodziny i znajomych. Jednak Joanna Kulig dba o balans pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym. Po wyczerpujących momentach przychodzi czas na odpoczynek. Wówczas nieocenionym kompanem staje się mąż aktorki Maciej Bochniak. Jest reżyserem, dlatego łatwo mu zrozumieć realia świata filmu, w których żyje żona. 

- Wkrótce po zdjęciach do "Zimnej wojny" polecieliśmy z Maćkiem na miesiąc do Kalifornii. Odcięłam się totalnie. Inny świat, inna strefa czasowa, nie wzięłam nawet telefonu, nie sprawdzałam e-maili. Potrzebne są momenty, że musisz powiedzieć "stop", dać sobie czas - wyznaje aktorka w magazynie "PANI". I dodaje.

- W rozładowaniu emocji pomaga mi sport, siłownia. Ja lubię po prostu się wypocić, zmęczyć. Ważne jest też to, że z Maćkiem jesteśmy z tej samej branży, że możemy pogadać o wszystkim, bo się rozumiemy. Zawsze też mogę zadzwonić do mamy, spotkać się z przyjaciółmi. Czasem jednak jestem tak zmęczona, że nie mam ochoty na żadne spotkania, leżę w domu, zbieram energię. Dopiero jak kończę jakiś etap pracy, odrabiam towarzyskie zaległości. Mnóstwo wtedy czytam, spotykam się ze znajomymi, chcę szybko się dowiedzieć, co się wydarzyło, gdy byłam pochłonięta pracą - opowiada Kulig w magazynie "PANI".

Efekty pracy Joanny Kulig będzie można podziwiać już ósmego czerwca. Wówczas na ekrany kin wchodzi "Zimna wojna" Pawła Pawlikowskiego. 

Zobacz także: 

Więcej na temat Joanny Kulig w magazynie "PANI". Czerwcowe wydanie już w kioskach.

Dowiedz się więcej na temat: Joanna Kulig

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje