Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Joanna Kos - Krauze: Zawód dla masochistów

​Nie pchała się na afisz. Dosłownie, bo gdy z mężem robili filmowe hity: Dług, Plac Zbawiciela, on figurował jako reżyser. Dla Joanny Kos-Krauze liczyło się coś innego. Inspirujący związek, trudny, bo oboje po przejściach. Twórcze partnerstwo: o to, jak zrobić Nikifora, spierali się długo. I odpowiedzialność. Była ważna, gdy Krzysztof chorował i walczyli o jego życie. Joanna sama skończyła film Ptaki śpiewają w Kigali. Mówi, że wciąż nie dociera do niej, że z duetu została połowa.

Zawsze samodzielna i na swój sposób osobna. Gdy spotkali się z Krzysztofem, już pracowała, wychowywała dziecko. Półżartem mówi, że była "kobietą z second-handu". W Wikipedii jest nota o jej byłym mężu, rabinie Mateuszu Kosie. Ale Joanna nie wraca do rozdziałów zamkniętych. Jej świat wypełnił Krzysztof Krauze, partner życiowy, ale także intelektualny, mężczyzna "z przeszłością". Dzieliło ich dziesięć lat, ale nie była uczennicą męża reżysera, on zawsze mówił o partnerstwie. Własną siłę potwierdziła, kręcąc film w Afryce. Także siłę kobiety.

Reklama

Mówi się, że to, jacy jesteśmy, zależy od tego, jak nas wychowano. Jaki był twój dom w Olsztynie? 

- Miałam w nim dużo wolności. W podstawówce dobrze się uczyłam, nie było ze mną problemów. Bunt zaczął się w liceum. Chodziłam do klasy humanistycznej z przewagą dziewczyn - to był czas opierzania się, końcówka komuny, więc także zaangażowanie w politykę. Pracowałam w sztabie przy pierwszych wolnych wyborach w roku 1989. 

Rodzice się nie sprzeciwiali? 

- Nie. Wspierali mnie w decyzjach dla nich czasem niezrozumiałych. A to ważne, kiedy na takim podstawowym, bazowym poziomie człowiek może się czuć bezpiecznie, wiedzieć, że w domu jest dla niego zupa i kawałek chleba. Ale nie należę do ludzi, którzy uważają, że to rodzice, rodzina jest najważniejszym punktem odbicia, gwarancją siły w życiu. Najważniejsza jest miłość. Pamiętam, jak w Dniu Dziecka przeczytałam, co napisał na FB mój kolega. Pod słodkimi zdjęciami znajomych z dzieciństwa dodał komentarz: "Drogie dzieci, wcześniej czy później i tak wszystkie pójdziecie na terapię". Uważam, że większość z nas ma zbyt sentymentalny i zafałszowany obraz dzieciństwa. W każdym razie ja nie słuchałam rodziców we wszystkim. Pewnie byłam osobą niezależną. 

Pewnie? 

- Może to dziwne, ale nie pamiętam za bardzo siebie z młodości. Mam taką konstrukcję, że odcinam to, co się skończyło. Niedawno rozmawiałam z koleżanką z liceum, przypomniała mi, że byłyśmy razem na zjeździe młodzieży Solidarności. Ja tego nie pamiętałam, uwierzysz? Wiele rzeczy odcinam. Psychoterapeuta powiedziałby pewnie, że takie odżegnywanie się od wspomnień oznacza spychanie do podświadomości niepozałatwianych spraw, traum. Ja uważam, że w gruncie rzeczy to jest dla mnie dobre. Nie chowam urazów, żalu. Niedawno byłam w Moskwie z przyjaciółką, reżyserką Kingą Dębską. Gadałyśmy o naszych poprzednich związkach, a ja naprawdę nie umiałam 

Związek wysokiego ryzyka

Kiedy pomyślałaś, że chcesz robić filmy? 

- Wcale o tym nie myślałam. Najbardziej chciałam pisać. Pisałam sporo. Wiersze, minipowieści. Dzisiaj od czasu do czasu zapisuję lapidaria, raczej notuję. W szkole średniej chciałam zostać lekarzem, miałam jednak problemy z przedmiotami ścisłymi, zaczęłam studiować polonistykę. Nie planowałam zostać filmowcem. Wiele rzeczy w moim życiu było dziełem przypadku. Gdybym drugi raz miała wybierać, nie zostałabym reżyserem. 

Dlaczego?


-  Bo to zawód dla masochistów, którzy lubią wystawiać się na publiczną ocenę. Ja taka nie jestem. 

Mówi się, że to, jacy jesteśmy, zależy od tego, jak nas wychowano. Jaki był twój dom w Olsztynie? 

- Miałam w nim dużo wolności. W podstawówce dobrze się uczyłam, nie było ze mną problemów. Bunt zaczął się w liceum. Chodziłam do klasy humanistycznej z przewagą dziewczyn - to był czas opierzania się, końcówka komuny, więc także zaangażowanie w politykę. Pracowałam w sztabie przy pierwszych wolnych wyborach w roku 1989. 

Rodzice się nie sprzeciwiali? 

- Nie. Wspierali mnie w decyzjach dla nich czasem niezrozumiałych. A to ważne, kiedy na takim podstawowym, bazowym poziomie człowiek może się czuć bezpiecznie, wiedzieć, że w domu jest dla niego zupa i kawałek chleba. Ale nie należę do ludzi, którzy uważają, że to rodzice, rodzina jest najważniejszym punktem odbicia, gwarancją siły w życiu. Najważniejsza jest miłość. Pamiętam, jak w Dniu Dziecka przeczytałam, co napisał na FB mój kolega. Pod słodkimi zdjęciami znajomych z dzieciństwa dodał komentarz: "Drogie dzieci, wcześniej czy później i tak wszystkie pójdziecie na terapię". Uważam, że większość z nas ma zbyt sentymentalny i zafałszowany obraz dzieciństwa. W każdym razie ja nie słuchałam rodziców we wszystkim. Pewnie byłam osobą niezależną. 

Pewnie? 

- Może to dziwne, ale nie pamiętam za bardzo siebie z młodości. Mam taką konstrukcję, że odcinam to, co się skończyło. Niedawno rozmawiałam z koleżanką z liceum, przypomniała mi, że byłyśmy razem na zjeździe młodzieży Solidarności. Ja tego nie pamiętałam, uwierzysz? Wiele rzeczy odcinam. Psychoterapeuta powiedziałby pewnie, że takie odżegnywanie się od wspomnień oznacza spychanie do podświadomości niepozałatwianych spraw, traum. Ja uważam, że w gruncie rzeczy to jest dla mnie dobre. Nie chowam urazów, żalu. Niedawno byłam w Moskwie z przyjaciółką, reżyserką Kingą Dębską. Gadałyśmy o naszych poprzednich związkach, a ja naprawdę nie umiałam sobie wiele przypomnieć. Zresztą Kinga też, co świadczy o tym, że nie jestem odosobniona w moim podejściu do życia. 

Twój związek był wyjątkowy, intensywny aż do chwili śmierci Krzysztofa. W jakim momencie życia go poznałaś?


- Dla niego nie był to najlepszy czas. Wahał się, czy nie zmienić zawodu. Ja byłam samodzielna, miałam pracę w telewizji. Pisałam scenariusze, reżyserowałam. Zamierzałam nakręcić dokument o renesansie judaizmu w Polsce. Krzysiek robił wcześniej filmy o tematyce żydowskiej, poprosiłam go o konsultację. Po pierwszym spotkaniu stało się jasne, że nie możemy się... nie widywać. Fantastycznie się nam rozmawiało. Nie planowaliśmy jednak bycia razem. 
Nie byliśmy przecież do końca wolni, żadne z nas nie miało "czystego konta". Ja miałam Michała, dwuletniego syna z poprzedniego związku, Krzysztof kilkuletnią córkę z trzeciego małżeństwa. Miałam świadomość ryzyka. Rozumiałam, że skoro on rozwiódł się trzy razy, to jeśli zechce, rozwiedzie się czwarty.

Jednak stworzyliście parę i w życiu, i w pracy. W artystycznej spółce ty przez jakiś czas byłaś "duchem", nie podpisywałaś się pod wspólnymi dziełami, na przykład pod Długiem. Jak ci z tym było? 

- Na początku nie miałam z tym problemu. Ale kiedy mój udział stawał się większy, trzeba to było uregulować. Krzysiek czuł, że dłużej nie może "trzymać mnie w ukryciu". Wobec żadnego kumpla tak by się nie zachował, a byliśmy najlepszymi kumplami. 

Pamiętasz ten moment "pasowania" na artystkę filmową? 


- Nie, nigdy nie czułam, że stałam się reżyserem. Czasem wpisuję to słowo w rubryce "zawód", ale o sobie mówię, że "staram się robić filmy". Dla nas obojga kręcenie filmów tak bardzo wtapiało się w nasze życie, że mieliśmy wątpliwości, czy to w ogóle jest praca. A z filmów nigdy nie byliśmy zadowoleni. Jak oglądaliśmy razem telewizję i przez przypadek trafiliśmy na nasz film, natychmiast wyłączaliśmy. Niedawno byłam w Nowogardzie na Pomorzu, gdzie zorganizowano pokaz Papuszy. Musiałam wyjść z kina, tak się zdenerwowałam, dziś wszystko zrobiłabym inaczej. To samo myśleliśmy o Nikiforze, kiedyś Krzyś powiedział: Co za cholerna laurka nam z tego wyszła!

Ale Nikifor był dla was ważny. To ty przeforsowałaś kontrowersyjny pomysł... 


- Pomysł był wspólny, rozmawialiśmy o nim bez końca. Michał, mój syn, śmieje się, że jego najbardziej żywym wspomnieniem z dzieciństwa są spory rodziców o Nikifora. Rzeczywiście, temat zaczęłam ja. Bo ten Nikifor chodził za mną od liceum. Pewnego dnia w szkolnej bibliotece, do której poszłam wypożyczyć Owidiusza, znalazłam książkę Elli i Andrzeja Banachów Historia o Nikiforze. Ukradłam ją, mam do dziś. Z Krzyśkiem przegadywaliśmy pomysł pięć lat. On był sceptyczny, zwłaszcza że zrobienie takiego filmu po sukcesie Długu wydawało się nielogiczne. Krzysztof dostał wiele propozycji nakręcenia czegoś w podobnym, czyli gangsterskim stylu. Mógł odcinać kupony. W końcu zdecydował się zrobić film w zupełnie innej poetyce, w dodatku z kobietą obsadzoną w męskiej roli. To był z jego strony akt odwagi.

- Pamiętam, że byłam zła na los. Wkurzona. Ale nie zadawałam sobie pytania, dlaczego nas to spotkało. 

Choroba bywa zabójcza dla związku. Was zbliżyła czy raczej stworzyła dystans?

- Nie da się tego jednoznacznie określić. Gdy Krzyś był zdrowy, każde z nas walczyło o niezależność, o własną przestrzeń. Choroba w jakimś sensie podkreśliła, że jesteśmy oddzielni, każde z nas przeżywało ją po swojemu. Krzyś musiał się leczyć, ja pracować i zarabiać. On już nie miał siły na wszystko, w niektórych sprawach musiałam przejąć dowodzenie. Pamiętaj, że to było wiele lat cierpienia fizycznego i psychicznego. Ból, lęki - to powoduje, że chory człowiek wytwarza sobie skorupę. Bez względu na to, jak kochałam Krzysztofa, nie mogłam się przez nią przebić. 

Miałaś momenty słabości? 


- Tak. I z perspektywy czasu lepiej pamiętam chwile, kiedy czegoś się przestraszyłam, czemuś nie podołałam. Dziś myślę: to bym zrobiła inaczej, to trzeba było odpuścić i poświęcić czas Krzyśkowi. 

Ale ten czas w części oddałaś filmowi Ptaki śpiewają w Kigali o ludobójstwie w Rwandzie. Może lepiej było go nie robić?


- Najpierw tak myślałam - zostać przy Krzyśku, nie angażować się w nic innego. Ale wiedziałam, jak mu zależało, żebyśmy zaczęli ten film. Planowaliśmy go od dawna. W tym czasie napisaliśmy też dobry, jak sądzę, scenariusz filmu o Jedwabnem - historia widziana oczami świadków: matek, żon, córek sprawców mordu, które musiały żyć dalej ze... zbrodniarzami. Nie znaleźliśmy jednak pieniędzy na ten film. A potem Krzyś zachorował i wyjechaliśmy do Afryki - w RPA Krzyś się leczył, trafiliśmy tam na fantastycznego onkologa, Polaka, Waldemara Szpaka. Był czas, kiedy Krzysiek szukał alternatywnych metod, nie chciał korzystać z medycyny konwencjonalnej. To doprowadzało mnie do szału, zagroziłam nawet: "Albo bierzesz się poważnie do leczenia, albo odchodzę". Byłam zdesperowana, oboje czuliśmy się pogubieni. Ale mądry lekarz postawił nas do pionu, powiedział między innymi, że możemy potraktować chorobę jak przygodę, która nauczy nas wiele dobrego. Krzysiek zmienił nastawienie. A co do Ptaków - zaczęliśmy o nich myśleć, kiedy pierwszy raz odwiedziliśmy Rwandę, to było ponad dziesięć lat po ludobójstwie, czyli w roku 2006. Przyszło nam do głowy, że można by o nim opowiedzieć z podobnej perspektywy jak w przypadku Jedwabnego. Czyli pokazać wszystko przez pryzmat świadków: ludzi, którzy muszą tam żyć dalej obok siebie. Chociaż niedawno jako obywatele jednego kraju mordowali się nawzajem. 

Mam wrażenie, że Krzysztof powierzył ten film w twoje ręce, jakby przekazywał... 

...testament? Nie, tylko nie to! Nie masz pojęcia, jak denerwuje mnie takie gadanie. Do cholery, byliśmy twórcami równoprawnymi, zrobiliśmy razem osiem filmów, dzieląc się wszystkim: pomysłami, odpowiedzialnością, pieniędzmi. Co on mi miał przekazywać? Po prostu robiłam dalej nasz film. 

Czy to było trudne? Nie pytam o aspekt psychiczny, bo to oczywiste. Krzysztof umarł, gdy zaczęłaś zdjęcia. Co z logistyką, organizacją? Przecież to Afryka. 

- A czy to koniec świata? Jeśli pytasz, czy bałam się jeździć tam sama - to nie. Najpierw bywaliśmy tam z Krzysztofem, kiedy jeszcze miał siły. Mieszkaliśmy w misji u pallotynów i marianów. Potem, kręcąc film, wiedziałam, że muszę wyjść za mury klasztoru, wynająć mieszkanie, być blisko prawdziwego życia. 

Tam jest bezpiecznie? 

- Stereotypowe myślenie, że to Trzeci Świat odległy od cywilizacji, obraża Afrykę. Rwanda to bezpieczny kraj także dlatego, że policyjny. Nie ma mowy, żeby ktoś cię okradł, napadł na ulicy. Nie daje się łapówek, bo za korupcję grozi 25 lat więzienia - spenetrowałam ten temat, bo musiałam założyć tam firmę.

Jak radziłaś sobie z organizacją zdjęć? Kręciłaś je także w więzieniu. 

- O pozwolenia zabiegałam osiem lat. Byłam uparta i zdeterminowana, w końcu załatwiłam. Chciałam mieć wojsko - miałam, samolot - miałam, wejście do więzienia także. Choć nigdy nie wpuszczono tam innej ekipy. Myślę, że sam scenariusz filmu był wielkim atutem. Ludzie, Rwandyjczycy w ekipie, wiedzieli, o czym chcę opowiedzieć. Oni sami byli potomkami i Tutsi, i Hutu, choć głośno tego nie deklarowali. Chcieli ze sobą współpracować mimo wszystko - to w jakimś sensie część przesłania filmu.

Film najbardziej absorbował cię wtedy, kiedy Krzysztof był już bardzo chory. Nie przychodziła myśl: może powinnam poświęcić każdy dzień wyłącznie jemu? 

Czasem szkoda mi tych oddzielnych chwil, nerwów, których nie powinnam była okazywać. Mieliśmy z Krzysiem taki zwyczaj, że mimo oddalenia codziennie zamawiałam przez telefon obiad dla niego. Kiedyś zadzwonił: "Nie dodali pałeczek do sushi". Wściekłam się. Ja mam tu na głowie tyle spraw, a on dzwoni, żebym jeszcze pałeczki załatwiła?! Dzisiaj wiem, że dla niego to było ważne, a ja dałam się wciągnąć innym sprawom. Ale też mam poczucie, że zrobiłam to, co było wolą Krzysia, wypełniłam ją. Chciał, żebym zaczęła ten film. Odchodził przekonany, że sobie poradzę. To mu dałam. 

 Zatem Ptaki... to twój film czy wasz?

- Pracowaliśmy nad nim kilka lat. Nie wyobrażałam sobie, żeby nie podpisać pod nim Krzyśka. Dziś mówię tak: co jest dobre w tym filmie, to jest nasze wspólne, a co złe, to biorę na siebie. Zresztą mało się przejmuję, co ludzie o tym mówią. Mam to w nosie

Dowiedz się więcej na temat: Joanna Kos-Krauze | Krauze | Afryka | Styl.pl | Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje