Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jerzy Stuhr i Bartłomiej Topa: Panowie od emocji

"My tu wszystko ładnie przygotujemy: scenografię, kostiumy uszyjemy i uprasujemy, kamerkę ustawimy, a potem przyjdą ci państwo od uczuć", mawiał Krzysztof Kieślowski. I oto są! Prawdziwi specjaliści: Jerzy Stuhr i Bartłomiej Topa w nowym cyklu "Czyste mistrzostwo" w magazynie PANI. Przeczytaj fragment rozmowy Izy Michalewicz,


Iza Mchalewicz: Pan się uparł, panie Jerzy, żeby na tę rozmowę zaprosić Bartka Topę. Dlaczego?

Reklama

Jerzy Stuhr: Z wielu względów, ale jednym z kluczowych jest fakt, że uprawia ten zawód inaczej niż ja. Dzieli nas 20 lat i moje pokolenie było bardziej związane z teatrem. Zresztą cała moja młodość to marzenie o teatrze. Filmu w ogóle nie brałem pod uwagę. Chciałem być aktorem teatralnym tak jak moi wielcy idole - Tadeusz Łomnicki i Gustaw Holoubek. Myśmy jeszcze w szkole teatralnej dosłownie gardzili popularnością. Popularny to był ten, co reklamował proszek do prania. My chcieliśmy być sławni!

Łatwiej grać w filmach czy w teatrze, panie Bartku?

Bartłomiej Topa: To jest inna materia.

JS: Jakby pani porównała hokeistę z łyżwiarzem figurowym.

B.T.: Albo hokeistę łyżwiarza z hokeistą na trawie. Mnie i pana Jerzego łączy na pewno miłość do teatru, i w ogóle do zawodu aktora.

J.S.: Aktor teatralny to jest tak naprawdę inny zawód: trzeba mieć kondycję, technikę, warunki, żeby opanować widownię - tysiąc, półtora tysiąca ludzi. Ja dzisiaj bardzo mało chodzę do teatru, bo jak widzę tę młodzież z mikrofonami przyczepionymi gdzie się da, to dla mnie to jest błąd w sztuce. Gdzie praca nad emisją głosu?! Dlatego zajmuję się operą, bo tam jeszcze ciągle jest ta szalona dyscyplina. Śpiewaczka, jak ma ze mną rozpocząć próbę o 10, to rozśpiewuje się od siódmej rano. Sam w teatrze grałem po trzydzieści parę razy w miesiącu, a normy, czyli dodatek do tego, co wyrobiło się ponad, płacili dopiero powyżej 25 spektakli. To była ciężka harówa! Codziennie o 18.30 musiałem zjawić się w teatrze, niezależnie od tego, w którym miejscu Polski bym był. O 15 z jednej roboty w Łodzi zabierała mnie taksówka, żebym o 18 był w Krakowie, a potem wiozła mnie z powrotem. O drugiej w nocy meldowałem się w łódzkim hotelu Grand. Tamtejsze prostytutki mówiły: "O, Jureczek wrócił, czas kończyć pracę". A potem taka wolta się stała, że zjawił się przede mną smutny młodzieniec o nazwisku Kieślowski i zmienił moje życie. Zupełnie więc inaczej uprawiałem ten zawód niż Bartek, który też dużo pracuje, ale w całkiem innym trybie.

Całą rozmowę znajdziesz w najnowszym numerze magazynu PANI - już w sprzedaży!

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje