Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jedyny taki bohater

Jego heroizm nie skończył się na dowodzeniu powstaniem w getcie. Witold Bereś i Krzysztof Burnetko mówią, że Marek Edelman zawsze o coś walczył i zawsze kogoś bronił. Ale nie był święty. Potrafił zbesztać i dociąć.

PANI: Pierwszy raz spotkaliście Marka Edelmana, gdy byliście bardzo młodzi: Krzysztof miał 20 lat, Witek - 25.  Co o nim wiedzieliście?

Reklama

Witold Bereś: - Od 1983 roku tworzyliśmy podziemne pisemko "Promieniści". Brzmiało to staroświecko, egzaltowanie, ale dzięki temu trochę różniło się od innych opozycyjnych gazet z "niepodległością" w tytule. Chcieliśmy robić pismo przede wszystkim ciekawe, stąd wywiad z Markiem Edelmanem, bohaterem Powstania w Getcie. Nie mieliśmy wtedy pojęcia, że jest postacią polityczną, opozycjonistą. Niewiele też wiedzieliśmy o tym, że jest wybitnym kardiologiem. Już na tym pierwszym spotkaniu totalnie nas zauroczył, ale okazał się zupełnie inny, niż myśleliśmy. Nie był ciepłym starszym panem. Szorstki, choć życzliwy. Powiedział nam dużo niebywałych rzeczy, także gorzkich, o których nigdy nie słyszeliśmy. Opowiadał o Powstaniu Warszawskim, o polskim podziemiu i o tym, że Żydzi bali się polskich bojowników. To było dla nas odkrycie innego świata. 

Jak rozwijała się ta znajomość?

Krzysztof Burnetko: - Od tamtego czasu trwała, pamiętaliśmy o sobie, choć nie spotykaliśmy się. Dopiero gdy upadła komuna i obaj pracowaliśmy w "Tygodniku Powszechnym", redaktor Jerzy Turowicz wysłał nas na wywiad z Edelmanem do Łodzi. Rozmawialiśmy długo w noc, biesiadowaliśmy. Potem coraz częściej zaczęliśmy bywać u niego. Wymyśliliśmy, że napiszemy o nim książkę.

A jak zrodziła się wasza przyjaźń z doktorem?

W.B.: -  To była prawdziwa przyjaźń, choć zawsze towarzyszył jej respekt. Jestem duży i gruby, Krzyś drobny, ale zawsze zbliżając się do domu doktora, mówiłem: "Ty pukasz do drzwi", a ja się chowałem za nim. To niczego nie zmieniało, bo i tak - otwierając - opieprzał nas. Choć byliśmy z nim blisko, nigdy nie przeszliśmy na "ty". Mam kilku mistrzów, m.in. Tischnera, Kapuścińskiego, Turowicza, do których szacunek nie pozwolił mówić po imieniu.

K.B.: - Kiedyś byłem w trudnym momencie. Miałem paromiesięcznego syna, a straciłem pracę w "Tygodniku Powszechnym". Edelman zadzwonił i powiedział: "Przyjedźcie z żoną i Kubą do mnie, zamieszkajcie w drugiej części domu. Ty będziesz moim sekretarzem, uporządkujesz archiwum. Dziecko będzie się bawić, żonie też coś znajdziemy, a gosposia ugotuje po prostu więcej zupy...". W końcu dostałem pracę w "Polityce", ale dziś tego trochę żałuję, że nie pojechałem wtedy do Łodzi. Edelman pomagał tak, żeby nikt nigdy nie poczuł, że robi coś z litości, użalania się.

Witku, czy tobie też pomógł? 

W.B.: - Gdy przyjeżdżaliśmy do Edelmana, zwykle potężnie jedliśmy, piliśmy (doktor lubił whisky, koniak, brandy) i rozmawialiśmy. Kiedyś jedziemy, a tam jak zwykle naszykowane gęsi pipek, siekana wątróbka, ziemniaki pieczone w tłuszczu, gefilte fisz. Jego gosposia, którą nazywał "zażydzoną gojką", świetnie gotowała, smacznie, ale raczej niezdrowo. Ja, w ramach walki z nadwagą, wpadłem w szaleństwo diety i starałem się odmówić picia. Doktor zapytał dlaczego. "Lekarz mi zabronił". Edelman: "Ale co powiedział?". "Muszę schudnąć". Popatrzył na mnie i rzekł: "Ale pan jest głupi, my w getcie piliśmy i żaden nie był gruby. To wszystko w mózgu siedzi, dziś może pan pić". Po uczcie wróciliśmy nocnym pociągiem do Krakowa, a około południa odbieram telefon z sekretariatu profesora Andrzeja Szczeklika, ikony kardiologii i autorytetu. Okazało się, że Edelman już dzwonił i profesor wysyła po mnie samochód, żebym położył się na jego oddziale i przebadał. Bywał niecierpliwy, uszczypliwy...

K.B.: - Doktor, przy całej swojej chropowatości, był niezwykle empatyczny i wyczulony na innych. Uważał, że najważniejszy jest kontakt z drugim człowiekiem i że żyjemy dla innych. Nie cierpiał mazgajstwa, patosu, etosu. Jego klasa polegała na tym, że choć wydawało się, że ma wszystkich w nosie, to słuchał, pamiętał i pomagał. Zawsze podkreślał: "Nieważne, co myślisz, ale co robisz".

W.B.: - Często ta niecierpliwość wynikała z tego, że nie chciał odpowiadać na te same, nieraz bezsensowne pytania. Kiedyś opieprzył mnie, gdy zapytałem, dlaczego ludzie w getcie, wiedząc, że idą na zagładę, zgłaszali się sami do transportów. W lecie 1942 roku Niemcy, żeby przyspieszyć proces likwidacji warszawskiego getta, ogłosili: "Każdy, kto się zgłosi do pracy na wschodzie, dostanie litr marmolady i trzy bochny chleba". Wtedy poszło wielu najpotężniejszych żydowskich bojowników. On na mnie nakrzyczał: "Grubasy tego nie zrozumieją! Nie wiecie, co to jest prawdziwy głód, co to jest strach!". Teraz doskonale wiem, jakie to było głupie pytanie. Dzisiaj w Polsce - w nieporównywalnie mniejszej opresji - ludzie ulegają naciskom, lękowi.

W tym roku minęła setna rocznica jego urodzin. Skąd pochodził?

K.B.: - Data urodzin Edelmana do końca nie jest znana. Wiemy, że przyszedł na świat w Homlu (dziś Białoruś - przyp. red.) w rodzinie lewicującej, dość zasymilowanej. Po śmierci ojca mama, działaczka Bundu (socjalistyczna żydowska partia robotnicza), przeniosła się do Warszawy. Gdy i ona umarła, Marek miał 15 lat. Radził sobie prawie sam. Opiekowało się nim środowisko Bundu. To była partia antykomunistyczna, lewicowa, ale też antysyjonistyczna. Bundowcy uważali, że miejsce Żydów jest tam, gdzie mieszkają. Tu chcieli zmieniać świat, a nie poddawać się i wyjeżdżać na tereny ówczesnej Palestyny. Ich główne idee to solidarność, samopomoc, edukacja, opieka nad słabszymi, tworzenie związków zawodowych. Edelman miał 20 lat, kiedy wybuchła wojna.

Co wtedy robił?

W.B.: - Od pierwszych dni, choć zgłasza się podczas powszechnej mobilizacji, nie zostaje przyjęty do polskiego wojska. Ale walczy z Niemcami. Po kapitulacji Warszawy pracuje w szpitalu jako goniec i szybko angażuje się w podziemie. Obowiązują ustawy norymberskie i zaczynają się prześladowania Żydów. Jedno z jego najbardziej traumatycznych doświadczeń tego czasu, gdy getto nie jest jeszcze zamknięte: widzi grupkę śmiejących się ludzi - Niemcy zapędzili starego, religijnego Żyda na beczkę. Tam nożycami krawieckimi obcinają mu brodę, szarpią za pejsy. Edelman przyrzeka sobie, że nigdy nie stanie na tej beczce. Przez kolejne miesiące narastają prześladowania, mnożą się pogromy. W warszawskim getcie, które zostaje zamknięte, pojawiają się tysiące Żydów z całego kraju. Zapanowują głód, choroby, śmierć staje się powszechna.

Ludzie Bundu działają i utrzymują kontakt ze stroną aryjską. Czy Edelman mógł uciec z getta?

K.B: - Mógł, ale zawsze na to pytanie odpowiadał: "Po co? I gdzie?". Na początku miał nawet przepustkę, bo woził krew ze szpitala do głównego lekarza miasta czy do Urzędu Higieny. Działał w podziemiu, nawiązywał kontakt po aryjskiej stronie. Jednak wychodząc na ulice Warszawy, czuł się obco. Zawsze mogli znaleźć się tacy, którzy wołali granatową policję czy gestapo. Żydzi byli łatwo rozpoznawalni, szczególnie o tak semickim wyglądzie jak on. Poza tym trzeba było mieć miejsce, ludzi, u których można byłoby się skryć. Jednak doktor zawsze przypominał, że kilka tysięcy Żydów ukrywało się poza murami getta. Oceniał, że jednemu ukrywanemu musiało pomagać z sześć polskich rodzin, czyli około 20-30 tysięcy Polaków uczestniczyło czynnie w pomocy Żydom. Ale wystarczył jeden łajdak, by wszystko zaprzepaścić. Mówił o tym w swoim stylu: jeden zły składnik psuje smak całej zupy. 


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje