Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jeden pomysł może zniszczyć życie tysiącom dzieci

- Weźmy natomiast dzieci z domów dziecka, które nie mają takiego gatekeeper’a. Co by się z nimi nie działo, dorośli mogą za ich pomocą realizować własne plany bez uwzględnienia podmiotowości dziecka. To jest sytuacja niezrównoważona i nigdy nie ulegnie zbalansowaniu, ponieważ mamy do czynienia z dziećmi, które przebywają w jakimś rodzaju społecznej izolacji, którą nazywa się domem dziecka. Choć wszyscy udajemy, że tak nie jest, że one partycypują w życiu społecznym jak dzieci, które mają rodziców biologicznych czy adopcyjnych. Ale tak nie jest. I w takim systemie nigdy nie będzie.

Reklama

- Domy dziecka, z założenia, stanowią wyizolowane placówki terapeutyczne, socjalizujące, opiekuńcze i pielęgnacyjne. Mimo, że dzieci mają swojego opiekuna prawnego, nie mają swojego gatekeeper’a, który uchroni je przed światem zewnętrznym. Opiekun prawny zwykle ma kilkanaścioro podopiecznych i jego rolą nie jest, niestety, roztaczanie nad każdym dzieckiem parasola i sprawdzanie, czy jego interesy nie są w jakimkolwiek stopniu nadużywane.

- Sama ta sytuacja, już na początku, niesie za sobą duży bagaż ryzyka. Nie uda nam się zrównoważyć interesów obu grup - osób starszych i małych dzieci. Będziemy naprawiać jedną grupę kosztem drugiej. To jest powód dla którego nie tworzy się tak zakrojonych projektów. Kiedyś w przytułkach dzieci umieszczano razem z osobami chorymi psychicznie lub cierpiącymi na choroby zakaźne itd. Nie sądzę jednak by paradygmat średniowieczny był tu cennym punktem odniesienia. Byłam naprawdę bardzo zdziwiona, że tak ogromną karierę robi ten mem.

Przede wszystkim przerażające jest to, że nikt nie poddał go chwili refleksji.

- Tak się na pewno nie powinno dziać, chociaż sam pomysł wymiany pokoleniowej jest wspaniały. Jednak tylko wtedy, gdy te interesy są zrównoważone.

Inną sprawą jest fakt, że jeśliby wdrożone zostały projekty stałej współpracy międzypokoleniowej, to dzieci mogłyby ponieść ogromne straty emocjonalne. Przede wszystkim wynikające z tego, że starsi ludzie mają bliższą perspektywę śmierci. Ich nagłe zniknięcie z życia dziecka mogłoby być wielkim dramatem dla niego. Dzieci z domów dziecka łakną bliskiej więzi i szybko się przywiązują, prawda?

- Odchodzenie jest przykrą częścią życia, jednak stałą i naturalną. To jest nieuniknione ryzyko, z jakim muszą się liczyć osoby zarządzające takimi projektami. Sytuacja emocjonalna dziecka, które przychodzi do przedszkola objętego takim programem, a potem wraca do swoich rodziców, różni się diametralnie od sytuacji dziecka z domu dziecka.

- Dla dzieci, które byłyby w takiej stałej opiece, osoby starsze stają się istotnymi punktami odniesienia, łączy je stała i silna emocjonalna więź. Jeżeli jest to jedna z wielu osób, z którymi dzieci mają kontakt i widzą się z nią sporadycznie, to jest to jeden z elementów pejzażu emocjonalnego dziecka, a nie fundament, na którym ten pejzaż jest budowany. W tym modelu korzyści przewyższają straty.

- Dobrym tematem do dyskusji jest również to, czy obecność dzieci w domach opieki i kontakt z osobami starszymi - szczególnie, że w domach kanadyjskich nie przebywają ludzie 60-letni tylko o wiele starsi, poważnie schorowani - nie jest już wartością samą w sobie i nie służy oswajaniu dzieci z tematem śmierci.

Zarzuca się naszej kulturze, że usuwamy śmierć z naszego świata i udajemy wobec dzieci, że ona się nie zdarza, choroba się nie zdarza, cierpienie się nie zdarza. Być może ten kontakt z seniorami jest o wiele bardziej naturalny, niż udawanie przed dziećmi, że śmierć  i starość nie istnieją.

>>> Na kolejnej stronie dowiesz się, ile takich inicjatyw ma miejsce w Polsce<<<

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje