Reklama

Reklama

Jasiek Mela: Poza horyzonty

Walczyć o swoje marzenia

Jasiek do dziś głośno mówi o tym i podkreśla, jak wiele zawdzięcza Markowi. - Marek jest i był dla mnie nauczycielem, nawet nie podróżnikiem. Nasza podróż nie była dla mnie sportem, celem nie były śniegi, lody, ale walka z barierą mentalną. Dla mnie było to półtora roku walki z różnymi przeciwnościami, lenistwem, myśleniem, że nie dam sobie rady. Marek podnosił mnie, kiedy się poddawałem, a upadałem mnóstwo razy, myśląc, że to nie ma sensu.

Reklama

***

Krzysztof Ziemiec: Czy gdybyś go nie spotkał, byłoby inaczej?

Jasiek Mela: - Na pewno. Głęboko wierzę w to, że w życiu każdego z nas jest tak, że gdy spotykamy ludzi, to coś sprawia, że przy jednych się zatrzymujemy, a przy innych nie. Chyba wszystkich najważniejszych ludzi w moim życiu spotkałem przez niezwykłe zbiegi okoliczności. No, może nie licząc rodziców (śmiech). To nie były planowane spotkania, ale opóźniony tramwaj, wyjazd, na który miałem nie jechać... To jest chyba powód, dlaczego zostałem przez Marka zabrany na taką wyprawę. Być może doszedł do takiego etapu w życiu, kiedy wyprawy robione dla niego samego przestały mu wystarczać. Jak to zazwyczaj bywa, mistrz zaczął szukać swojego ucznia. Może pomyślał, że wyprawa z chłopaczkiem bez ręki i nogi będzie większym wyzwaniem, niż zdobyć biegun z zamkniętymi oczami. Na pewno było to dla niego ogromne wyzwanie.

***

Co go mobilizowało? Przede wszystkim praca, która została włożone w przygotowania do wyprawy. Nie chciał wyjść na mięczaka. Choć pewnie nikt nie miał by mu tego za złe. Nie chciał zawieść siebie i zespołu. Jasiek szybko zdał sobie sprawę, że nie robi tego tylko dla siebie, osoby niepełnosprawnej, która ma mniejsze możliwości, ale dla znacznie większej grupy, dla której niebawem stanie się ich ambasadorem i wzorem! - Postanowiliśmy pokazać wszystkim tym, którzy w nas nie wierzyli, że byli w błędzie. Zrozumiałem stać się przykładem dla innych i pokazać im, że sami mogą walczyć o swoje marzenia. Kiedy wróciliśmy z wyprawy, zaczęliśmy dostawać listy i e-maile. Zaczęły się spotkania. Ludzie chcieli, abyśmy o tym opowiadali. Szczególnie pytali o moje osobiste przeżycia. Na początku podchodziłem do tej wyprawy tak nieco egoistycznie. Chciałem sobie udowodnić, że sobie poradzę. Dopiero potem się to zmieniło.

Nie czuję się niepełnosprawny

Doświadczyłem tego na własnej skórze. Ta moja mała walka o powrót do normalności, w porównaniu z innymi, stała się także dla wielu osób wielkim przykładem, pewnym symbolem. Dziś wiem, że dla niektórych to bardzo ważne, bo innym daje to energię, której sami nie mają. Jeśli niepełnosprawny daje sobie radę i nie płacze, to inni też tak mogą! Trzeba tylko chcieć. I nie musisz wyruszać aż na biegun - ja sam jeszcze nie byłem a nawet o tym nie marzę. Wystarczy wyznaczać sobie cel i małymi krokami do niego dochodzić. Kiedy sam już wyszedłem na prostą, zrozumiałem, jak bardzo inni ludzie potrzebują przykładu. Namacalnego dowodu, że się da. Jasiek przyznaje, że był to początek takiej drogi do zawstydzania ludzi, i  mówienia im wprost : "Stary, masz dwie ręce, dwie nogi i nic nie robisz. Nie dlatego, że los tak chciał, ale dlatego, że ci się nie chce. Więc bierz się w garść".

Jasiek absolutnie ma rację, twierdząc, że kalectwo to stan umysłu, bariera, którą ludzie sami sobie stwarzają. Można ją przełamać, ale trzeba tego chcieć i mieć wokół siebie dobrych ludzi. Pamiętam, jak wielkie było zaskoczenie pewnego młodego poparzonego chłopaka, którego, na prośbę jego matki, odwiedziłem w szpitalu. Obiecał, że będzie twardy. Pamiętam też, jak starałem się pilnować pochodzącego z małej wioski, a przez to osamotnionego pacjenta leżącego razem ze mną w szpitalu. Przez rok po wyjściu sprawdzałem czy chodzi na rehabilitację, czy ma opiekę medyczną. Takie drobne gesty, pokazanie komuś, że nie jest sam ze swoim problemem, są bardzo znaczące.

Jasiek miał o tyle łatwiej, że patrzyła na niego i kibicowała mu niemal cała Polska. Nie mógł się poddać! Po pierwszym biegunie, przyszedł czas na drugi. Potem były inne głośne wyprawy, aż wreszcie pojawił się nowy pomysł na życie. Ponownie Marek pokazał mu sens życia. - Miałem dużo szczęścia, spotykając na swojej drodze Marka. Dlatego teraz pomagam innym. Uważam, że kiedy dostaje się taką energię, warto ją nieść dalej. Czasami jest tak, że zwykłą rozmową, uśmiechem, możesz dać drugiemu człowiekowi coś więcej.

***

Krzysztof Ziemiec: Gdy o tym mówiłeś, przypominały mi się słowa z kazania Jana Pawła II, kiedy mówił, że "Solidarność to jeden drugiego brzemiona noście". Ty dostałeś list od Ojca Świętego z cytatem z kazania, że każdy ma swoje Westerplatte, o które trzeba walczyć.

Jasiek Mela: - To prawda. Jest to dla mnie jedna z takich wielkich historii. Kiedy doszliśmy Biegun Północny, postawiliśmy, ja, Marek, Wojtek Ostrowski i Wojtek Moskal, napisać telegram do Ojca Świętego. Nie bezpośrednio z bieguna, ale przez telefon satelitarny. Dostaliśmy odpowiedź ze Stolicy Apostolskiej, że telegram dotarł. I  tyle. Dopiero pół roku później, kiedy wędrowaliśmy na Biegun Południowy w najgorszym momencie, kiedy wiatr nam przeszkadzał, kiedy było ciężko, dostaliśmy odpowiedź, która była dla nas niesamowita.

Krzysztof Ziemiec: Byliście wzruszeni?

Jasiek Mela: - Tak, to nam dodało energii, bo na takiej wyprawie człowiek w jakimś sensie jest bliżej Boga. Choć nie do końca się z tym zgadzam. Kiedyś słyszałem, ze w górach człowiek jest bliżej Stwórcy. Ja myślę, że to nie jest prawdą, bo to nie jest kwestia odległości, ale dystansu, jaki sami sobie tworzymy. Mogę podać przykład. Kiedy siedzimy na plaży i odsuniemy się od siebie o pięć metrów, możemy do siebie krzyczeć i się usłyszymy, a w Warszawie jest to nierealne. Z Bogiem jest tak samo. On jest wszędzie tak samo blisko czy daleko. Kwestią jest tylko czy chcemy z Nim rozmawiać.

Krzysztof Ziemiec: Kiedy wpadłeś na pomysł, że dalekie wyprawy z innymi, to może być Twój sposób na życie?

Jasiek Mela: - To nie był mój plan, to wychodziło samo z siebie. Po wyprawach na bieguny zaczęliśmy z Markiem dostawać masę zaproszeń do przeróżnych szkół. Na początku myślałem, że będą to prelekcje podróżnicze. Później zrozumiałem, że ludzie potrzebują nadziei. Staram się pokazywać, że można pokonać wiele przeszkód, co mogę potwierdzić, bo na dowód mam swoje doświadczenie. To nie są teorią że miałem wypadek, że byłem na biegunach, ze robiłem w życiu mnóstwo rzeczy, z których się cieszę. Absolutnie nie czuję się niepełnosprawny.

Krzysztof Ziemiec: A która z tych wypraw była najtrudniejsza? Ta na biegun? Na szczyt? Czy może któraś w niskie góry?

Jasiek Mela: - Trudno ocenić. Każda z tych wypraw była zupełnie inna. Na pewno najtrudniejsza fizycznie i technicznie była dla mnie ta na Elbrus, czyli pierwsza wyprawa zorganizowana przez naszą fundację "Poza Horyzonty". Wchodziliśmy razem z Piotrkiem, który nie ma płuca i Łukaszem, chłopakiem niewidomym od urodzenia. Ataku szczytowego dokonywaliśmy dwa razy, bo za pierwszym razem się nie udało. To było najtrudniejsze technicznie, ale wiedziałem, że muszę iść dalej.

***

Zadaniem jego fundacji jest organizacja wypraw, także tych dalekich dostępnych raczej dla osób zdrowych, z udziałem osób niepełnosprawnych, a także promowanie aktywnego życia nawet bez rąk czy nóg. Jasiek i jego ludzie odwiedzają też pacjentów w szpitalach. Pomagają niepełnosprawnym w powrocie do normalnego życia, a przede wszystkim w przełamywaniu strachu i oporu przed nową sytuacją. Takim impulsem była wyprawa na Kilimandżaro, kiedy Anna Dymna zgromadziła ekipę ludzi na wózkach, niewidomych, dysfunkcyjnych. Pokazali, że można!

Jest jeszcze coś, co Jaśkowi także się udało. Poznał kobietę, z którą chce dzielić życie. Jest z tego bardzo dumny. - Bardzo się bałem, że nie znajdę nikogo takiego. Spotkałem osobę, która daje mi mnóstwo energii i pokazuje, że najważniejsze są marzenia, że trzeba sobie dawać radę.

Czy ciężko było pokonać strach przed niepełnosprawnością w stosunku do drugiej osoby? Czy wierzył, że znajdzie się ktoś, kto go pokocha, z kim  w przyszłości założy rodzinę? Czy obawiał się litości ze strony jego wybranki? - Wydaje mi się, że inaczej wygląda to z punktu widzenia kobiety i mężczyzny. Często myślałem, nad tym, co by było, gdybym spotykał się dziewczyną, a po rozstaniu okazało się, że była ze mną z litości. Dobrze jest mieć poczucie własnej męskości czy kobiecości. Związki bardzo wiele mnie nauczyły odnośnie samodzielności i radzenia sobie z samym sobą, a także z kimś. Cieszę się, że sam mogę wyremontować mieszkanie, a to, że nie mam nogi to" pikuś". Mam mnóstwo innych słabości.

- Wielokrotnie mam tak, że zabieram się za tysiąc różnych rzeczy w jednym momencie. Chociażby maluje ścianę, ale kiedy opadnę z sił i zostanie mi mały kawałeczek do dokończenia, może on czekać na ukończenie nawet cały miesiąc. Zaczynam studia po raz trzeci, a powinienem być już na piątym roku. Jednak moja ukochana Ania, oprócz dzielenia ze mną swojej szalonej natury, pomaga mi być konsekwentnym.

***

Krzysztof Ziemiec: Jesteś szczęśliwy?

Jasiek Mela: - Myślę, że tak. Wielu rzeczy mi brakuje, ale to powinno mnie mobilizować nad tym, abym nad sobą pracował. Wiadomo, że każdy ma inną definicję szczęścia, ale myślę, że najważniejsze jest, to, aby mieć obok siebie kogoś bliskiego, kto jest dla nas inspiracją, sensem życia. Super jest podróżować, spotykać nowych ludzi, ale najlepiej jest doświadczać tego z kimś. Założenie rodziny to najważniejsza misja człowieka, a patrzenie na dorastające dzieci to największa z możliwych podróż .

Krzysztof Ziemiec: Jak wyobrażasz sobie siebie za jakiś czas? Że idziesz z dziećmi, żoną i pokazujesz im góry? Jesteś dla nich podporą?

Jasiek Mela: - Wyobrażam sobie siebie w tych momentach, kiedy trudno jest być rodzicem. To na pewno będą wielkie lekcje pokory. Ale najpiękniejszym wyobrażeniem i marzeniem, które pojawia się w mojej głowie, jest budzenie się rano przy mojej, dziś przyszłej żonie i jej uśmiech z rana. Najlepiej pośród hałasu galopujących dzieciaków.

***

Fragment książki Krzysztofa Ziemca "Niepokonani" wydanej nakładem wydawnictwa Rafael.

Śródtytuły pochodzą od redakcji Styl.pl


Dowiedz się więcej na temat: Jan Mela | Krzysztof Ziemiec | wypadek | niepełnosprawność | Janek Mela

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje