Przejdź na stronę główną Interia.pl

Janusz Panasewicz: Spowiedź rockmana

Jeśli liczycie na opowieść o sławie, nałogach i hotelowym życiu w PRL-u, z pewnością się nie zawiedziecie. Będzie też upadek i miłość, która ocala!

Violetta Ozminkowski: Dorosłeś już do roli ojca?

Reklama

Janusz Panasewicz: Staram się. Na początku, gdy Ewa powiedziała, że jest w ciąży, to bałem się, czy dam radę, ale trzeba się było wziąć z losem za bary i powalczyć. Jak się jest dwudziestoparolatkiem, to się nie ma czasu na dzieci. One rosną obok ciebie, bo sam jeszcze jesteś dzieckiem. Teraz z chłopcami rozmawiamy o świecie, o życiu, jeździmy na egzotyczne wakacje, dopóki chcą z nami jeździć, bo bliźniaki mają już po 11 lat. Oglądamy też razem mecze - mamy tych samych idoli piłkarskich. Ostatnio jeden z nich zapytał, czy może spotkać się z koleżanką z klasy, powiedziałem: "Jasne", ale poczułem się dziwnie.

Słyszałam, że pomagają ci pisać piosenki.

- Są już na tyle dorośli, że puszczam im muzykę, do której mam napisać tekst, i pytam: "Bruno, Julek, jak słyszycie taką melodię, taką gitarę albo fortepian, to z czym wam się kojarzy? Co teraz widzicie?". I oni mi czasem pomagają. Ewie też mówię: "Posłuchaj i pomyśl, o czym byś chciała opowiedzieć".

To była miłość od pierwszego wejrzenia?

- Myśmy się z Ewą bardzo długo znali, zanim zaczęliśmy być razem. Ona studiowała w Poznaniu dziennikarstwo i zaprosiła mnie na rozmowę filmową, bo ja zagrałem główną rolę w filmie "Nic" Doroty Kędzierzawskiej. To było ciężkie kino. Później widywaliśmy się przypadkiem. Ewa w tym czasie przeprowadziła się do Warszawy, zaczęła pracę w EMI Music - zajmuje się promocją - ale nasze spotkania były raczej towarzyskie.

Cały wywiad przeczytasz w najnowszym numerze magazynu PANI - już w sprzedaży!


Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje