Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jane Fonda: Zawsze pod wiatr

Wybitna aktorka, nieustraszona aktywistka, prawdziwa piękność. Tylko w „PANI” rozmowa z wielką legendą światowego kina. Przed państwem jedyna i wyjątkowa Jane Fonda.

Jane Fonda lubi swoją popularność. Z prostego powodu  - to dzięki niej może zmieniać świat. Jej role w "Klute", "Czyż nie dobija się koni?" czy "Julii" przeszły do historii, ale wywoływanie emocji u widzów jej nie wystarcza. Choć jej styl gry - który wniósł do kina nonszalancję dziewczyny z sąsiedztwa - zrewolucjonizował aktorstwo, nie chce, żeby młode adeptki zawodu brały z niej przykład tylko w tej kwestii.

Reklama

Najważniejsza jest dla niej działalność społeczna. Może dlatego, że sama w życiu nie miała lekko - jej matka popełniła samobójstwo, gdy Jane miała 12 lat, a owdowiały ojciec ożenił się z kobietą zaledwie o dziewięć lat starszą od córki - woli się skupić na poprawie życia innych. Zawsze przedkładała dobro otoczenia nad swoje własne, w co angażowała też każdego z trzech mężów. Z dziennikarzem i reżyserem Rogerem Vadimem wspierała francuskich socjalistów i związki zawodowe. Z Tomem Haydenem organizowała wiece na rzecz Indian. Przyjechała też do Polski, by poprzeć Lecha Wałęsę i Solidarność.

Z Tedem Turnerem uświadamiała społeczeństwo o problemach Trzeciego Świata i przekonywała do wegetarianizmu. Oczywiście na własnym przykładzie, bo mięsa nie je, odkąd wyszła z bulimii w wieku 24 lat. Wcześniej źle się odżywiała, a świat mało ją obchodził.

Kiedy, jak mówi, przeszła swoje "duchowe przebudzenie", diety wegetariańskiej zaczęła wymagać też od swoich partnerów. Plastiku nie używała na długo przed tym, jak ten temat stał się głośny. Od dawna na wywiady umawiała się tylko w tych miejscach, gdzie nie podawano jednorazowych słomek do napojów. Nie chce też spać w luksusowych hotelach, w których codziennie wymieniane są ręczniki, światło pali się całą dobę, a woda w natryskach płynie bez żadnych ograniczeń. Potrafi również przerwać zdjęcia, gdy kosmetyki, których makijażystki używają na planie, były testowane na zwierzętach.  Z aktorką spotykam się w Beverly Hills z okazji premiery wyprodukowanego przez HBO filmu "Jane Fonda w pięciu aktach".

 Do pokoju hotelowego wpada jak burza. Macha na przywitanie i zanim siądzie, chwyta leżące na stoliku ciastko. Szybko je zjada, po czym bierze kolejne i teatralnym szeptem zaznacza: "Tylko nikomu o tym nie mów!".

PANI: Czy praca nad poświęconym pani dokumentem HBO "Jane Fonda w pięciu odsłonach" zmusiła panią do konfrontacji z przeszłością?

Jane Fonda: - Dostałam od losu piękny prezent: moja głowa działa bardzo dobrze mimo upływu lat. Wspomnienia mam poukładane, a pamięć o tym, co się wydarzyło w moim życiu, jest żywa. Powrót do przeszłości nie był dla mnie dużym wyzwaniem. Ale ten film wniósł w moje życie coś innego.

Co takiego?

- Ludzie często chwalą mnie za odwagę, mówią, że potrafię wziąć się z życiem za bary. Sama na siebie tak nie patrzyłam. Zawsze mi się wydawało, że nie robię niczego niezwykłego, a każdy, kto byłby tak uprzywilejowany jak ja, postąpiłby na moim miejscu tak samo. Dopiero przy pracy nad tym projektem uświadomiłam sobie, że kilka decyzji w życiu podjęłam dobrze, nie cofnęłam się w pół kroku, szłam pod wiatr, choć sypał mi piaskiem w oczy. Dobrze jest sobie te momenty przypomnieć, zwłaszcza obecnie, kiedy często czuję ograniczenia własnej fizyczności.

Dlaczego to tak ważne akurat teraz?

- Prawda jest taka, że widzowie zauważają, że aktor jest zwyczajnym człowiekiem, dopiero wtedy, kiedy jest stary, gdy się rozsypuje. Gdy się dowiedziałam, że Susan Lacy - znakomita reżyserka, która ma na koncie uznane dokumenty, m.in. o Stevenie Spielbergu - planuje zrobić film o mnie, pomyślałam, że dostaję szansę, żeby pokazać fanom i antyfanom, że moje życie nie odbiegało od ich życia, że też było "ludzkie". Oczywiście, jestem uprzywilejowana i ten film tego nie zmieni, ale wierzę, że przybliży innym moje ludzkie oblicze, zanim zrobią to zdjęcia mojej rozsypującej się twarzy.

Nie bała się pani, że na jaw wyjdą skrywane tajemnice?

- Nie, bo ufałam Susan Lacy bezgranicznie. Kiedy oglądałam jej film o Spielbergu, uświadomiłam sobie, że nie miałam pojęcia, że za jego geniuszem stoją tak poważne i trudne wydarzenia z życia jak rozwód rodziców czy prześladowanie w szkole. Dzięki dokumentowi stało się dla mnie jasne, jak bardzo jego sztuka zespolona jest z doświadczeniami prywatnymi. Chciałam, żeby mnie też widzowie zobaczyli w takim świetle. Wiedziałam, że Susan nie zrobi mi krzywdy.

No ale przecież pani ma właśnie taki wizerunek: wybitnej aktorki, nieposkromionej aktywistki...

- ... i silnej, wręcz niezniszczalnej kobiety. A to dlatego, że przez lata wybierałam takie role. Dzisiaj chcę powiedzieć światu, że silna kobieta jest jednocześnie wrażliwa. Te cechy się nie wykluczają, tylko uzupełniają.

Tego się pani o sobie z tego dokumentu dowiedziała?

- Kochanie, ja mam 80 lat! Naprawdę w tym wieku człowiek już zna siebie na wylot, wie o sobie wszystko, trudno go zaskoczyć jakimś odkryciem na własny temat. Muszę jednak przyznać, że kilka razy w czasie pracy nad filmem byłam zszokowana.

Czym?

- Susan Lacy znalazła niesamowite materiały audiowizualne na mój temat. Pokazała mi nagrania, których nigdy wcześniej nie widziałam. Nie byłam świadoma, że istnieją. Oglądałam je z szeroko otwartymi oczami i rozdziawioną buzią. Zobaczyłam na nich siebie w momentach, które albo uleciały z mojej pamięci, albo zapisały się w niej inaczej, niż wyglądały w rzeczywistości.

Jakie uczucia w pani wywołały?

- Przyznaję, że nie było mi łatwo się z nimi skonfrontować. Jestem osobą, która ma przepracowaną przeszłość, wie, o czym należy pamiętać, a o czym zapomnieć. Kiedy ma się taki niespodziewany dostęp do swojej historii, powracają duchy, które wydawały się poskromione. Musiałam sobie wiele rzeczy, o których już zbyt często nie myślę, przypomnieć i się raz jeszcze z nimi zmierzyć, spojrzeć na nie z perspektywy 80-latki. Naprawdę niełatwo znosi się siebie młodszą o 50 lat.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje