Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jan Kaczkowski: Śmiech był strategią

O tamten dzień pytałem go kilka razy. Za każdym razem odpowiadał tak samo: że nie pamięta prawie nic. Kto mu o tym powiedział? Co robił? Z kim był? Jak zareagował? Przeczytaj fragment pierwszej biografii księdza Jana Kaczkowskiego "Jan Kaczkowski. Życie pod prąd" autorstwa Przemysława Wilczyńskiego.

- Pamiętam, że właściwie od początku nie było złudzeń, żadnego "może coś tam jest" albo "może to jakaś pomyłka". I pamiętam, że od razu zaczęliśmy działać - znajomi lekarze, konsultacje. Nie było co rozpaczać, hamletyzować, trzeba było przez to wszystko przejść - powiedział mi w styczniu 2017 roku Józef Kaczkowski. Jego syn zapamiętał wszystko detalicznie.

1 czerwca 2012 roku

Godziny przedpołudniowe. Wnętrza centrum diagnostycznego w oddalonej od Pucka o dwadzieścia kilometrów Rumi, dokąd pojechał, by zbadać głowę rezonansem magnetycznym. "Przed badaniem pielęgniarka powiedziała, że wynik będzie za tydzień. Wychodzę na korytarz i słyszę, żebym poczekał, bo będzie «za godzinkę». Przynosi w końcu kopertę i na całą recepcję oznajmia: «Tutaj jest wyniczek i rachuneczek». Wyciągam wyniczek: «Proces rozrostowy w głowie, podejrzenie glejaka»"  - mówił mi w 2012 roku.

"Wtedy nic nie pomyślałem - opisywał dwa lata później. - Bo stałem w sutannie przy ladzie i musiałem być dzielny. Jak jesteś w Polsce facetem i księdzem i gdzieś tam na tym moim terenie osobą znaną (...), to musisz «trzymać twarz». Dostaję to rozpoznanie do ręki, czytam je. Oczywiście ani mi mięsień nie drgnie. «Dziękuję, Bóg zapłać, z Panem Bogiem». Płacę. Trochę mi się pewnie ręce trzęsą".

Dalsze minuty opisywał w rozmowie ze mną tak: "Wszystko jak w książkach. «O ja pier***, glejak!» - przecież takie opisy czytałem swoim pacjentom. Wychodzisz z budynku, jeżdżą samochody, pies sika pod latarnią, tobie się wali świat, a ten świat, który jest naokoło, nie krzyczy! Wróciłem do samochodu, popłakałem się". Przyjaciele, współpracownicy zapamiętali rozmowy telefoniczne.

Alicja Makowska podniosła słuchawkę aparatu stacjonarnego w hospicjum tuż po południu. - Spytał o jedną z pracownic, chyba panią sprzątającą. Ja z kolei zapytałam, czy mam ją odszukać, na co odparł, że dobrze by było, bo ma jej do przekazania informację. Trudno w to uwierzyć, ale on w takim momencie pamiętał, że prosiła go o pożyczkę... Pytam, czy jest po badaniu. "Tak, ale to jest informacja tylko dla pani, pani Alu. Mam w głowie to samo, co pan Mariusz spod dziewiątki". Chłopak po trzydziestce, z rozpoznaniem glejaka mózgu, leżał w naszym hospicjum od jakiegoś czasu. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć... (płacz) Rzuciłam tylko, że lekarze na pewno zrobią wszystko, co możliwe. A resztą zajmie się "Ten z góry". "Nie wiem, bo się z Nim trochę pokłóciłem" - odpowiedział.

"Mam to, co pacjent spod dziewiątki" - to samo mniej więcej, tylko kilka godzin później, usłyszy doktor Marek Suchorzewski. - Pierwsza myśl: robi sobie żarty. Wie pan: ksiądz Jan często żartował, ale taki dowcip mu się nigdy nie zdarzył - wspomina Suchorzewski. - Powiedziałem coś w rodzaju: "Niech się ksiądz nie wygłupia". A on znowu: był rezonans, są wyniki, jest glejak. Nogi się pode mną ugięły.

Po wyjściu z przychodni duchowny wsiada w samochód. Jedzie do księdza Piotra Szeląga. Trasa Rumia-Gdynia, gdzie mieści się parafia przyjaciela, to niecałe piętnaście kilometrów.

Arkadiuszowi Gawrychowi również utkwił w pamięci kontakt telefoniczny: - Jan powiedział, że jedzie do Piotra, "bo jest problem". Tyle, nic więcej.

Już będąc u Szeląga, dzwoni do doktor Alicji Mączkowiak, znajomej ordynatorki oddziału neurologii szpitala w Wejherowie. Czyta jej rozpoznanie. Słyszy, że ma się u niej natychmiast stawić. "Próbowałem oponować, bo był piątek, wiedziałem, że przez weekend nic się w szpitalach nie dzieje, a ja mam przecież w niedzielę kazania, ale w końcu dałem za wygraną"  - wspomni. Potem znowu telefony, między innymi do brata, który powiadamia resztę rodziny. I do przyjaciół. Ci zresztą też się porozumiewają.

Katarzyna Parchem: - Jechałam na wykłady, zadzwonił Piotr. "Czy ty jeszcze jesteś w hospicjum?" - zapytał, ale głosem, jakiego jeszcze u niego nie słyszałam. A chwilę później: "Jan ma jakiegoś guza". Za moment dzwoni Arek. Powiedział to samo, co Piotr, a ja, nie do końca świadoma, co się dzieje, odpowiedziałam, że jadę na wykłady. "Co ty w ogóle pierdolisz?! Trzeba jechać do szpitala!" - krzyknął do słuchawki. Wtedy się otrząsnęłam.

Do wejherowskiego szpitala jadą z Gawrychem. - Kiedy wchodziliśmy, wychodził akurat tata Jana - wspomina Parchem. - Usiedliśmy przy łóżku, Jan na nas spojrzał i powiedział, że jest mu strasznie przykro. A my? Nie wiedzieliśmy, co powiedzieć. Fajnie uczy się innych komunikacji w sytuacjach granicznych, na przykład podczas Areopagów Etycznych, ale kiedy ciebie spotyka taka sytuacja...

3 czerwca

Reklama

Niedziela. Magda, siostra księdza Jana, bierze wyniki piątkowego rezonansu. Idzie na prywatną wizytę do poleconego lekarza. - Byłam sama - wspomina. - Lekarz włożył płytkę do komputera, spojrzał na obraz i pyta: "Ile brat ma lat?". Odpowiedziałam, że trzydzieści pięć. "Pół roku. Każdy kolejny dzień będzie mistrzostwem świata".

5 czerwca

Wtorek: pierwsza operacja mózgu. Odbywa się w Gdańsku, a więc w najbliższym szpitalu, którego lekarze są w stanie wykonać tak skomplikowany zabieg. "Operacja nie przebiegła zbyt pomyślnie. Lekarzowi coś się nie udało, wystąpiło krwawienie, jak później przyznał, niemal straciłem życie"  - wspomni ksiądz Kaczkowski.

- To była tak naprawdę biopsja - opowiada siostra duchownego. - Na tamtym etapie zresztą lekarz nie był w stanie zrobić wiele więcej. Chodziło głównie o rozpoznanie rodzaju guza.

Wyniki badania histopatologicznego, czyli analizy wycinka nowotworu, nie pozostawiają złudzeń. Glioblastoma multiforme - glejak wielopostaciowy IV stopnia. Najgorsza z możliwych opcji, ze statystycznymi rokowaniami podobnymi do tych, które usłyszała kilka dni wcześniej siostra duchownego.

W tamtych dniach księdza Kaczkowskiego odwiedzają przyjaciele i współpracownicy. Honorata Zentkowska zapamiętała szpitalne warunki. - To był smutny obraz - wspomina. - Sala kilkuosobowa, pacjenci przedzieleni parawanami, każdy po trudnym zabiegu głowy... Z korytarza widać było łóżka pacjentów. Warunki całkowicie odmienne od standardów, jakie wprowadziliśmy w hospicjum.

Z Gdańska ksiądz Kaczkowski trafia z powrotem do Wejherowa. W tamtych dniach odwiedza go Szymon Hołownia. - Zapamiętałem jego rubaszność zanurzoną w cierpieniu, i że to drugie nie mogło przemóc pierwszego - wspomina. - Zauważyłem też, że Jan czerpie niezwykłą radość z wprawiania ludzi w osłupienie. W takiej sytuacji o osłupienie zresztą nietrudno: ludzie podchodzą do osoby cierpiącej, nie wiedząc zwykle, co powiedzieć. Boją się, że przy byle pytaniu rozpłacze się, rozsypie albo nawet umrze. Więc o ile niektórzy odwiedzający obawiali się zrobić krok, on przebiegał maraton: mówił o chorobie, żartował, próbował kpić ze swojego położenia. Żartowaliśmy zresztą razem: położyłem się z nim na tym łóżku, robiliśmy sobie jakieś głupawe zdjęcia. Bardzo szybko skróciliśmy dystans, choć widziałem go pierwszy raz w życiu: w takich sytuacjach nie ma już sensu bawić się w "księży doktorów" czy "panów redaktorów"... Nieszczęście, cierpienie to nienormalność. A najlepszą odpowiedzią na nienormalność jest normalność.


Strategia pierwsza: śmiech

"Rubaszność zanurzona w cierpieniu". Podczas jednej z homilii powie, że byłaby heca, gdyby szlag go trafił w jej trakcie. W rozmowie z dziennikarką TVN: że rokowanie jest niepomyślne i że może umrzeć nawet przed kamerą. W innych wywiadach: że jego glejaka można by bez trudu wyleczyć, ale trzeba by wyciąć cały mózg.

Arkadiusz Gawrych z pobytu księdza w szpitalu też zapamiętał atmosferę żartów. - Myśmy zawsze ze wszystkiego kpili - opowiada. - I wtedy też robiliśmy dobrą minę do złej gry. Wysłałem mu na przykład nagranie z umieszczonym na telefonicznej skrzynce odbiorczej powitaniem pewnej znanej w Pucku persony. Charakterystyczny piskliwy głos, z którego się zawsze śmialiśmy.

Rubaszność, żart: musiał to "dostać" od ojca. Anna Dowgiałło, która w 1975 roku rodziła dziecko w tym samym szpitalu i czasie, kiedy na świat przychodziła Magda Kaczkowska, przytacza anegdotę: - Helenka leżała na sali pooperacyjnej, nikomu nie było wolno wchodzić. Piąta, może szósta po południu, Ziuk poszedł do znajomej lekarki, założył jej fartuch i postanowił tak ubrany pójść na oddział. Nie zważał na ostrzeżenia, że zaraz będzie obchód i zrobi się afera. Kiedy już był u Heleny i ktoś oznajmił: "lekarz idzie!", Ziuk powiedział słowo na "k", a następnie próbował się chować, rozpłaszczając się na najmniej widocznej ścianie. Lekarz go oczywiście zauważył. "Tyle lat tu pracuję, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem" - syknął.

Żart jako obrona, pancerz. Raz przed patosem, innym razem przed czułostkowością. O świętości swojego syna mówił już po jego śmierci, że "jeśli ktoś kiedyś nad Jankiem dostrzeże aureolę, to co ja na to poradzę?". O swojej działalności opozycyjnej opowiada, jakby to była leśna zabawa harcerzy.

Piotr Nowina-Konopka: - Rubaszność Ziuka, pewna jego - być może tylko pozorna - szorstkość pomagały im obu w czasie choroby. "No widzi wuj, tata mnie musi nawet podcierać", usłyszałem raz od Jana. Nadzwyczajne to było: Ziuk w charakterze salowej, pielęgniarki, na każde zawołanie. W najbardziej krępujących chwilach rubaszność niwelowała zakłopotanie.

Profesor Krystyna de Walden-Gałuszko uważa, że śmiech był najważniejszą strategią księdza w walce z chorobą: - Poczuciem humoru przekłuwał balony. Żartując, kpiąc, mówił jak gdyby do tego swojego glejaka: "Nie będziesz nade mną panował".

Talerzyk

Kiedy leży jeszcze w wejherowskim szpitalu, nadchodzi dziesiąta rocznica jego święceń. Postanowiłem, że nie będę ich obchodzić podczas zjazdu mojego rocznika, ale ipso die, tam, gdzie mnie zastanie. (...) Zaprosiłem do kaplicy szpitalnej najbliższą rodzinę, przyjaciół, znajomego kleryka i zaprzyjaźnionego księdza. Udało się zorganizować za ścianą poczęstunek w szpitalnym bufecie. Było pięknie" 8  - wspomni dzień 15 czerwca 2012 roku.

O rocznicy pamięta babcia Wincentyna: wysyła wnukowi srebrny talerzyk z wygrawerowaną dedykacją. By podziękować, ksiądz dzwoni do Krakowa. Ale o chorobie nie mówi ani słowa. Babcia będzie więc przez kolejne miesiące żyła w nieświadomości, co dzieje się z Janem - rodzina nie chce jej martwić. Dowie się dopiero jesienią, po drugiej operacji.

Jeszcze w wejherowskim szpitalu duchowny "rzuca się" w aktywność medialną, zapraszając na oddział dziennikarzy TVN z kamerami. Ze szpitala wychodzi w drugiej połowie czerwca. Trafia do Sopotu, początkowo pod dach swojego brata, Filipa. Po kilku dniach osiada u rodziców na Monte Cassino. Pozostanie tu - właściwie bez przerwy - przez ponad pół roku.

Fragment książki "Jan Kaczkowski. Życie pod prąd" autorstwa Przemysława Wilczyńskiego.

*Skróty pochodzą od redakcji.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje