Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jaki rozmiar? Centymetry emocji

​W jednym sklepie łatwo wchodzisz w rozmiar 38, w innym z trudnością wciskasz się w czterdziestkę. Od czego to zależy? Dlaczego każda marka rządzi się – dosłownie i w przenośni – swoją miarą? I co te dwie cyferki oznaczające rozmiar wyprawiają z naszymi emocjami? Sprawdza komentatorka mody Twojego Stylu, Joanna Bojańczyk.

Znajomi Francuzi mówią, że u nich wysokość zarobków podają tylko ci, którzy zarabiają niewiele. Dobrze uposażeni sprawę swej pensji pomijają dyskretnym milczeniem, ale też nikt ich o to nie pyta. Podobnie jest z rozmiarami. Kto nosi 36, chętnie się do tego przyzna, ale już "użytkowniczki" 46 swoją tajemnicą podzielą się bez entuzjazmu. W naszym XXI-wiecznym świecie szczupłość stała się oznaką statusu. "Im mniejszy rozmiar, tym większy apartament", mawiają mieszkańcy wschodniej części Górnego Manhattanu, rezerwatu milionerów. Dopiero od niedawna ludzie grubsi zaczęli upominać się o swoje prawa, także w fashion biznesie. O tym za chwilę. 

Reklama

Noszę 38 w COS, 40 w H&M, w Zarze dochodzę czasem do 42, w GAP-ie mam rozmiar 8 (amerykański), dżinsy Levi’sa 30... W tym zestawieniu COS wydaje mi się oczywiście najsympatyczniejszy. To sprawa emocjonalna: najbardziej lubimy marki, w których nosimy mniejszy rozmiar. A ich szefowie dobrze o tym wiedzą. Żeby klientkom nie robić przykrości, do każdego rozmiaru dorzucają parę centymetrów ekstra. Jak pani jest zadowolona, że zmieściła się w 36, a nie 40, na pewno kupi więcej. To w metaforycznym języku handlowców nazywa się "vanity size" albo "inflation size". 

Praktykę dyskretnego dodawania centymetrów chętnie stosują Amerykanie, oczywiście po to, żeby podlizać się klientkom. Marketingowcy wiedzą, że zakupami mody nie rządzi czynnik racjonalny, ale emocje. W Europie mamy rozmiarówki: włoską, niemiecką, francuską, brytyjską i tzw. europejską. Włoskie 38 jest mniejsze od francuskiego, niemieckie - większe. Brytyjczycy stosują oznaczenia od 4 do 28, Niemcy - od 30 do 54, francuski zakres numeracji to 32-56, a włoski: 36-60. Amerykanie zaczynają od 2, i jadą do 20. Rozmiar 8-10 to nasza 40. Osobny system stosuje bielizna, swoje miary mają buty, rozmiary dziecięce i młodzieżowe to jeszcze inna para kaloszy. Skąd się to wzięło i dlaczego takie liczby? Zadałam to pytanie internetowi oraz fachowcom z kilku firm odzieżowych - nikt nie wiedział. We francuskich źródłach znalazłam informację, że rozmiar to podzielony na pół obwód klatki piersiowej w cm (pod biustem). Czyli jak ktoś ma 80 cm w tym obwodzie, jego (francuski!) rozmiar to 40. Teoretycznie kartka dołączona do ubrania powinna być rodzajem międzynarodowego słownika, dzięki któremu producent sukienki czy spodni przekonuje swoich klientów w każdym kraju z osobna, że ubrania będą pasować. W H&M umowne 38 ma wymiary 88/72/96 cm (biust/talia/biodra) i jest S, w Reserved zaś 38 to M i mierzy 92/72/98. Natomiast 38 marki Zara to 90/70/98. Tylko kto to wszystko czyta, stojąc w kolejce do kasy? 

Różną miarą

Gdy kupujemy w rzeczywistym sklepie, rozmiarowy bałagan może nas kosztować najwyżej dłuższy pobyt w przymierzalni. Gorzej, gdy mamy ochotę na coś w internecie. O ile nie chodzi o znaną i przećwiczoną markę, to w wirtualu naprawdę nie wiadomo, co jaki rozmiar oznacza. Poważni producenci zamieszczają oczywiście tablice z przełożeniem na centymetry. Nie jestem jednak pewna, czy dużo znajdzie się skrupulatnych, którzy gotowi są dokładnie się obmierzyć. Kto tego nie zrobi, niech się przygotuje na wpadki. W ostateczności pozostaje zwrot: nie bez kozery jedna trzecia ubrań kupionych w internecie wraca do sklepu z powodu pomyłki w rozmiarze. 

W świecie przyszłości pewnie nie będzie tego problemu. Japońska firma Start Today razem z nowozelandzką StretchSense już proponują kombinezon Zozo wyposażony w 150 sensorów, które pobierają aż 15 tysięcy pomiarów ciała. W połączeniu z aplikacją na komórkę umożliwiają znalezienie idealnie dopasowanego ubrania. No, ale zanim takie wynalazki trafią pod strzechy... 

Tak czy owak mierzyć się warto, o czym przekonuje test francuskiego pisma konsumenckiego "60 millions de consommateurs" (60 milionów konsumentów). Dziennikarze porównali osiem modeli spodni różnych marek w rozmiarze 40 i osiem bluzek w rozmiarze 38. Rezultaty okazały się zaskakujące. Spodnie Zary i C&A różnią się o cztery centymetry w obwodzie talii. W sprawie bioder: osoby o stosunkowo wąskich biodrach - 92,4 cm powinny pójść do Promodu, bo w GAP-ie ten sam rozmiar liczy już 96,8 cm. Jeśli chodzi o bluzki: w Zarze obwód talii dla rozmiaru 38 wynosi 88 cm, podczas gdy GAP daje 82 cm. Problem znajomości rozmiarów nie istniał dawniej, kiedy większość ludzi ubierała się u krawca lub krawcowej. Pojawił się we wczesnych latach 60., kiedy przemysł dzięki nowoczesnym maszynom zaczął produkować odzież w fabrykach na wielką skalę. Dziś nie mają go tylko nieliczni szczęśliwcy, których stać na krawiectwo miarowe. Reszta musi miotać się między liczbami, calami, centymetrami. 

Dlaczego wreszcie ktoś nie zrobi z tym porządku, można się zastanowić. Otóż sprawa nie jest prosta. Każda marka zwraca się do określonej grupy klientek. I ta grupa rozpoznaje się w jej szczególnym systemie numeracji oraz kroju. Znamy to dobrze: spodnie marki X nam pasują, a marki Y nie. Często są to praktyki jawnie dyskryminacyjne. Kto ma większy rozmiar, niech nie próbuje zakupów w Abercrombie & Fitch. Ta firma robi wszystko małe, bo jej grupą docelową jest młody i szczupły klient. Inni nie mają wstępu. 

Dyktatura chudzielców

Nie ulega kwestii, że na Anji Rubik czy miniaturowej Lily-Rose Depp każda rzecz wygląda efektowniej niż na kobiecie, która ma 100 cm w biodrach. Ale ile kobiet ma wymiary Anji Rubik? Problem w tym, że kiedy ludzie są coraz grubsi, modelki są coraz chudsze. Nie można wciąż milczeć, że od 25 lat na podiach panuje dyktatura chudzielców. Projektanci z właściwą sobie arogancją ignorują rzeczywistość. Kiedy w roku 2005 Karl Lagerfeld zaprojektował kolekcję dla H&M, był oburzony, że uszyto ją także w rozmiarach 42 i 44. On jednak przynajmniej uczciwie przyznawał, że rzeczy, w które zmieściłaby się co najwyżej drobna dziesięciolatka, służą bardziej dobru reklamy niż konsumentów... 

Większość kreatorów nabiera wody w usta, gdy porusza się ten problem. Angielska dziennikarka Alexandra Shulman, eksnaczelna brytyjskiego "Vogue’a", wystosowała list do międzynarodowych domów mody z pytaniem, czy modele ubrań przysyłane do zdjęć nie mogłyby być w bardziej "realnych" rozmiarach, bo to pozwoliłoby na prezentowanie ich na realnych kobietach. Dostała grzeczne odpowiedzi, ale nic z tego nie wynikło. Dopiero niedawno na spotkaniu zorganizowanym przez branżowy portal Business of Fashion zabrał głos Antoine Arnault, syn prezesa koncernu LVMH, właściciela m.in. marek Louis Vuitton, Dior, Givenchy. Arnault, jedna z czołowych figur w międzynarodowym biznesie mody, stwierdził, że z "okrutnymi i sadystycznymi" praktykami wymuszającymi na modelkach chorobliwą chudość należy skończyć. Rozmiar 32 ma przestać obowiązywać na castingach. Kobiety "plus size" dopiero niedawno zrobiły coming out. Przedtem siedziały cicho, zadowalając się sklepami dla tzw. puszystych. 

A ta populacja nie jest wcale mała. Nie zaskakuje, że w Ameryce jest ich najwięcej, ale też ze znalezieniem ubrań nie mają kłopotu - zaświadczy każdy, kto kupował coś w Stanach. We Francji, królestwie mody, 45 proc. kobiet nosi ubrania powyżej 44 (nasze 42), w Polsce nadwagę ma jedna trzecia. I czują się sfrustrowane ofertą ubraniową, przynajmniej w mainstreamie. Nie mówi się głośno, że marki z wyższej półki szyją dla szczupłych. Czyżby tęższe kobiety skazane były na najtańsze ubrania? Dużo dla sprawy zrobiły blogerki - ośmieliły się ją upublicznić i bez kompleksów stanęły przed obiektywami - Grubsze Sprawy, Body Positive, Plus Size... Nie obawiają się ich magazyny - TS ma tu swoje wielokrotne zasługi. Modelkę Tarę Lynn (rozmiar 46) fotografował dla francuskich magazynów Marcin Tyszka. Wciąż jednak wielu naszych początkujących producentów mody woli nie wdawać się w obliczenia i leci trzema rozmiarami: S, M, i L. Tak jest najłatwiej. Tylko jeśli coś przejdzie bez problemu przy T-shircie, to nie da rady z dopasowaną sukienką, gdzie ramiona, biust, talia i biodra muszą być na swoim, starannie wymierzonym miejscu. Nie liczyłabym na szybkie uporządkowanie systemu nie tylko dlatego, że wiązałoby się to z koniecznością zrobienia pomiarów antropometrycznych w wielu krajach, w dużej skali, za duże pieniądze. Również dlatego, że dogadanie się przedstawicieli przemysłu odzieżowego graniczy z cudem. Tam każdy wie lepiej. Więc my też wiedzmy lepiej - czytajmy metki i róbmy użytek z centymetra.

Wierz, ale mierz

Jak się nie zgubić w świecie centymetrów? Joanna Bojańczyk radzi, przypomina, ostrzega. Te pięć zasad warto zapamiętać. 

Zapamiętaj swoje wymiary w centymetrach: w biuście, talii i biodrach, długość stopy. 

Przy zakupach w internecie czytaj uważnie tabele rozmiarów porównujące standardy różnych krajów. 

W sklepach stacjonarnych sprawdzaj, w jakich rozmiarach opisano ubranie: włoskie są najmniejsze, potem francuskie, najhojniejsze są niemieckie i skandynawskie - tych zresztą najczęściej używają polscy producenci. 

Kupując dżinsy, pamiętaj, że rozciągną się o jeden rozmiar.

Bądź nieufna w stosunku do S, M, L. Kiedy widzisz zdjęcie na modelce, pamiętaj, że jest ona drobna i wysoka. Sprawdź jej wzrost - sukienka, która na niej jest luźna i długa, na tobie może być ciasna i krótka. To triki producentów, którzy oszczędzają na tkaninach.

JOANNA BOJAŃCZYK  

TWÓJ STYL 3/2018
Zobacz także:

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje