Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jak żyć pani Doroto?

Normalnie wyjątkowy magazyn. Takie jest hasło nowego miesięcznika dla kobiet. Kto mógł zostać jego twarzą? Wybór był oczywisty! Osoba, która niczego nie udaje, ma wyraziste poglądy, angażuje się w trudne sprawy i jest pełna energii. Za to ludzie ją szanują. Co wie o Polkach? Dlaczego dojrzałość jest fajna? I dlaczego lubi swoje zmarszczki? Z Dorotą Wellman, redaktor kreatywną pisma „Well”, rozmawia Magda Jaros, jego naczelna.

Grudniowe południe, studio fotograficzne na warszawskim Mokotowie.  Dorota ma prawo być nie w humorze: wstała o 4.30, poprowadziła Dzień Dobry TVN, a jeszcze walczy z przeziębieniem. Nic z tego! Siada przed lustrem i zagaduje makijażystkę o życie. Od razu przechodzi na ty. Żartuje, opowiada anegdoty. Skąd ma tyle energii? Jej przyjaciel i zawodowy partner Marcin Prokop zażartował kiedyś, że Wellman trzeba by podłączyć do elektrowni. Już wiem, co miał na myśli. Ale czy otwartość, luz nie są na pokaz? Czy Dorota lubi ludzi? Co ona, kobieta sukcesu, wie o przeciętnych Polkach? O tym chcę z nią rozmawiać. Zadaję pierwsze pytanie i wiem, że to właściwa rozmówczyni.

Reklama

Twój STYL: Czy można być spełnioną kobietą, zarabiając 2,5 tys. złotych i nie mając na modną bluzkę i krem? Spotykasz takie kobiety?

Dorota Wellman: - Spotykam głównie takie. Zaczepiają mnie na ulicy, w pociągu, piszą i dzwonią z jednym z pytaniem: "jak żyć, pani Doroto?". Zupełnie jakbym była premierem. Większość z nich nie może realizować swoich pasji. Liczą pieniądze i z trudem dopinają domowe budżety. Jak tu mówić o spełnieniu? A jednak poznałam kobiety, które mimo ciężkiej, słabo opłacanej pracy mają drugie, czasem nawet trzecie życie i to daje im radość. Drugie to kochająca, udana rodzina. Trzecie: zajęcia, za które nie dostają kasy, ale dzięki którym czują się ważne.

Myślisz o kimś konkretnym? 

- Odezwała się do mnie pani, która mieszka w małej miejscowości na Podlasiu. Pracuje w sklepie spożywczym, 12 godzin dziennie, obsługuje klientów, zajmuje się rachunkami, zaopatrzeniem, rozkładaniem towaru, co dla kobiety jest wyczerpujące fizycznie. Ma też troje dzieci, które, żeby zobaczyć się z mamą, przychodzą do sklepu. I ma siłę, żeby udzielać się społecznie. Zadzwoniła, kiedy organizowała aukcję charytatywną dla rodziny w trudnej sytuacji. Wiedziała o niej, bo sklep jest w tej miejscowości punktem informacyjnym, wszyscy się jej zwierzają. Poprosiła, żebym wśród ludzi, których znam, zebrała rzeczy na licytację. Pomoc z mojego punktu widzenia była łatwa i banalna. Wylicytowali 10 tysięcy złotych, co w tamtych realiach jest kwotą niewyobrażalną. Byłam pewna, że to jednorazowa akcja, ale pani odezwała się znowu. Teraz mamy pomóc ochotniczej straży pożarnej. Kiedy o niej myślę, jest dla mnie bohaterką.

Na czym taka kobieta buduje poczucie wartości? Żyjemy w czasach rozbuchanej konsumpcji, tak wiele rzeczy trzeba mieć, a jej przecież nie stać.

- Ma wspaniałego męża, który jest dumny z żony, uważa, że radzi sobie lepiej niż on, i patrzy w nią jak w obrazek. To ona jako głowa rodziny podejmuje decyzje, zarządza. W swojej miejscowości jest osobą ważną, ludzie ją szanują, liczą się z jej zdaniem. Na tym opiera poczucie wartości, w tym znajduje sens. Gdyby była bezrobotna, miała męża pijaka, a tak wygląda życie wielu kobiet w Polsce, sytuacja przedstawiałaby się inaczej.

Myślisz, że podział na Polskę wielkomiejską i prowincjonalną wciąż istnieje? Czy może dzięki internetowi granice się zatarły?

- Pod względem wyglądu jesteśmy podobne. Nosimy te same ubrania, które zamawiamy w sieci. Ale szanse, możliwości wciąż są różne. Polska B jeszcze istnieje i ma się źle. To obszary niesprawiedliwości. Kobiety nie mogą tam znaleźć pracy, są na łasce męża albo wyjeżdżają do Holandii sadzić cebulki w szklarniach.  Z perspektywy Warszawy, Poznania czy Gdańska myślimy, że wszyscy mamy tak samo. To chyba najbardziej błędne przekonanie.

Czy kobiety, którym w życiu trudno, mają powody do dumy?

- Jest jeden zasadniczy powód - dziecko. Jeśli dobrze się uczy, dostało się do szkoły w większej miejscowości, odczuwają radość. A jeśli kończy studia i ma inne perspektywy niż matka - szczęście. Innych źródeł do dumy te kobiety nie mają. Bo ani kariera, ani partner, który często popija, bywa agresywny, nie dają satysfakcji. Chyba że wyrwą się z marazmu. Przypomina mi się jedna z bohaterek mojego programu. Z walizką i małym synem uciekła z domu, w którym był alkohol i przemoc. W Warszawie zaczęła sprzątać, a że była pracowita i uczciwa, znalazła pracę w wielu domach. Dziś jest właścicielką małej firmy sprzątającej. Najbardziej dumna jest z dziecka, które chodzi do dobrego liceum, i z tego, że za własne pieniądze kupiła sobie dobry telefon. To jej narzędzie pracy. Dlatego szlag mnie trafia, gdy czasem w Dzień Dobry TVN mam opowiadać o zabiegu na twarz za 800 złotych. Wielu kobietom w Polsce taka kwota musi przez miesiąc wystarczyć na jedzenie. Trzeba pamiętać, jakie są realia.

O czym marzą te kobiety, o których rozmawiamy?

- Pytaliśmy o to kiedyś w programie i wyszło, że nie marzą o locie na Księżyc, tylko o przyziemnych sprawach: chciałabym wyjechać do ciepłego kraju, bo nie ruszałam się poza moje województwo. Chciałabym mieć czas, by spotkać się z przyjaciółką, ale nie mogę, muszę gotować obiad dla rodziny. Niewiele było o ambicjach zawodowych: chciałabym odnieść sukces w pracy, awansować. To dotyczy młodszych kobiet, które widzą perspektywy.

Z badań wynika, że w latach 90., kiedy żyło nam się trudniej niż dziś, Polki były optymistyczne i radosne. Teraz są zmęczone i wkurzone. Jak to się stało?

- Lata 90., kiedy aspirowaliśmy do Unii, dawały nadzieję na wielką zmianę. I ona się dokonała, ale kosztem ogromnej liczby kobiet. Wszyscy czujemy rozczarowanie, że wciąż jest bieda, że nie ma programów społecznych wyrównujących szanse, jedno 500+ wszystkiego nie rozwiąże. 20 lat temu byłyśmy hurraoptymistkami, dziś jesteśmy realistkami. Myślę, że frustracja bierze się jeszcze z jednego powodu. Kobiety, które potrafiły wykorzystać ostatnie lata, mają wokół siebie mężczyzn, którzy  nie nadążają. I to rodzi sprzeciw.

A nie jest tak, że wzięłyśmy na siebie  za dużo?

- Oczywiście. Postanowiłyśmy, że możemy pracować po 12 godzin dziennie, potem wracać do domu, odrabiać z dziećmi lekcje i rozwiązywać ich problemy. Do tego perfekcyjnie wyglądać, prowadzić domy, a wieczorami dla mężów być kocicami jak z serialu Gotowe na wszystko. A gdzie czas na odpoczynek, przyjemności?
 Jesteśmy społeczeństwem, które pracuje w Europie najwięcej. Dotyczy to zwłaszcza kobiet, które są bardziej odpowiedzialne od partnerów. Płacimy za to wysoką cenę. Dowiedziałam się ostatnio, że coraz więcej z nas ma rozległe zawały z powodu stresu. Kiedyś to była męska choroba, gdy damski "przypadek" trafiał do szpitala, zbiegali się wszyscy. Młode kobiety cierpią też na wylewy i udary mózgu. Z przemęczenia.

Byłoby nam łatwiej, gdybyśmy żyły w związkach partnerskich. Myślisz, że one funkcjonują czy też są wymysłem kolorowej prasy?

- W Polsce patriarchat trzyma się mocno. To mężczyzna decyduje o najważniejszych sprawach i jest głową rodziny. Kobieta, nawet zawodowo spełniona, zarabiająca, jest jego tłem, ze wszystkim się zgadza. Mam nadzieję, że to będzie się zmieniać i będziemy dążyć do związków partnerskich, bo trwają dłużej i łatwiej się w nich porozumieć. Ale patrząc na politykę promującą powrót do tradycyjnej rodziny, mam wątpliwości. Kiedyś lubiłam określenie "tradycyjna rodzina", dziś to dla mnie synonim układu, w którym rządzi facet.

A jaki jest twój "układ"?

- Należy do wyjątków. Trzeba dużej mądrości obu stron, żeby dojść do partnerstwa. Nie chcę gadać jak psychologowie w porannej telewizji, że nad związkiem trzeba pracować, ale my z Krzyśkiem zaczęliśmy rozmawiać o tym, jak będzie wyglądało wspólne życie, na długo zanim zostaliśmy małżeństwem. Ustaliliśmy na przykład, że kiedy pojawi się dziecko, szybko wrócę do pracy, ale postaram się długo karmić je piersią. Mąż nie był więc zdziwiony, gdy został z miesięcznym Kubą, a prawie dziewięć miesięcy przyjeżdżałam do domu w porach jego karmienia. Młodzi ludzie takich rzeczy w ogóle nie biorą pod uwagę. Na początku łączy ich miłość, namiętność, a jak przyjdzie co do czego, zajmują się sprawami dotyczącymi ślubu, wesela. A to najmniej ważna sprawa.

Partnerstwo to podział obowiązków pół na pół?

- Obowiązków, ale też przywilejów. Krzysiek sprząta, wstawia naczynia do zmywarki, rozwiesza pranie i z tego powodu honoru mu nie ubywa. Kiedy ja jestem w domu, robię to samo. Czy musimy się zastanawiać, kto sprzątnie ze stołu? Robi to ten, kto ma więcej czasu. Gdy prowadzę program, mąż parzy mi kawę  o czwartej rano. A kiedy on jedzie na plan o równie nieprzyzwoitej godzinie, wstaję z nim, bo wiem, że fajnie jest zjeść razem śniadanie. Podstawą jest to, że trzeba się lubić. Bo jeśli się nie lubimy, żadne partnerstwo nam nie wyjdzie.

O sytuacji i samopoczuciu kobiety decydują też pieniądze. Rozumiesz te z nas, które rezygnują z pracy i wybierają rolę żony przy mężu?

- Nie, tak samo jak nie rozumiem układu mąż przy żonie. Znam kobiety, które czują się komfortowo, nie pracując, mnie byłoby z tym źle. Mama nauczyła mnie, że powinnam mieć własne dochody. Odkąd skończyłam 16 lat, pracuję. W liceum dorabiałam korepetycjami, na studiach jeździłam na saksy. Potem było radio, gazety, telewizja. Za każdym razem, gdy byłam w związku, umawiałam się z partnerem, że mamy konto wspólne, ale i osobne, którym  dysponujemy, jak nam się podoba. Tak zostało do dziś.

A co dzieje się w związku, kiedy partnerka zarabia więcej? Jak to działa na mężczyznę?

- Najczęściej źle. To od jej mądrości zależy, jak rozegra sytuację. Jeśli będzie się wywyższała, podkreślała kompetencje, umiejętności, druga strona znajdzie się w tragicznej sytuacji.
 To dotyczy także lepiej zarabiających mężczyzn, których żony muszą zasłużyć na wakacje czy płaszcz. Ale kobiety też bywają okrutne. Lubią udowodnić, że mąż nic nie potrafi, jest nieudacznikiem. Skąd już tylko krok do tego, żeby związek się rozpadł, a facet załamał. A ja myślę, że o mężczyzn warto dbać, trzeba pomóc im wyjść z dołka, przeczekać trudny moment. Bo sytuacja często się odwraca.

Twój mąż nie ma problemu, że w waszej rodzinie ty przynosisz większy łup?

- Nie, zresztą to się u nas zmienia. Bywały okresy, kiedy Krzysztof zarabiał lepiej. Jest świetnym fotografikiem, jako fotosista pracował z najlepszymi polskimi reżyserami. Wie, co umie, wie, jakie ma doświadczenie. Kiedy jednak trafiał mu się trudniejszy okres, byłam dla niego wsparciem, chciałam, by czuł się wartościowy.

Powiedziałaś, że to mama nauczyła cię podejścia do pieniędzy. Jakie inne kobiety cię kształtowały?

-  Babcia. Była z piekła rodem, ale do tego zmusiło ją życie. Dziadka zabili w czasie wojny Rosjanie. Babcia z dwojgiem małych dzieci, krową i samowarem przyjechała w bydlęcym wagonie z Kresów do Polski. Pani z dobrego domu została rzucona na głęboką i zimną wodę. Jest dla mnie przykładem dzielności, siły. W ramach rekompensaty za utracony majątek dostała pod Warszawą gospodarstwo. Zatrudniała mężczyzn i zarządzała nimi twardą ręką. Bali się jej. Ale kiedy schodziła z pola, upinała włosy w kok, wkładała sukienkę w grochy i siadała z książką w ogrodzie. Mama poszła dalej - zrobiła karierę. Pracowała w Polskim Radiu, gdzie zarządzała dużymi zespołami. Do dziś ludzie wspominają, że była sprawiedliwa, odważnie broniła innych, potrafiła zachować moralność w niemoralnych czasach. I też była dzielna. Zadziwiające, jak obie panie dobrze sobie radziły. Mama powtarzała: nie myśl, że masz problem, zastanów się, jak go rozwiązać. W trudnych chwilach często to sobie przypominam.

Było coś, co cię w mamie złościło? Patrzyłaś na nią i myślałaś: "ja nigdy taka nie będę"

- Była mocna w pracy, jednak ojcu, który miał despotyczny charakter, ustępowała. Pozornie. Robiła dwa kroki w tył, potem po cichu stawiała na swoim. Na tym polegała jej dyplomacja. Patrzyłam na to i myślałam: będę jasno mówiła "nie", stawiała granice. Postępuję tak, ale potem myślę, że to mama miała rację. W życiu nie trzeba stawiać wszystkiego na ostrzu noża, a mnie się to zdarza. Złościło mnie też, że padając na nos, robiła rzeczy ponad siłę. Ja pozwalam sobie na luz. Czasem nie ma w domu obiadu, podłoga jest brudna, to nie jest koniec świata. Ale do tego potrzebny jest partner, który powie: "daj sobie spokój, dziewczyno, zrób coś dla siebie". Mój ojciec uważał, że dom jest sprawą mamy i wszystko ma być na tip-top.

Myślę, że mama i babcia przekazały ci też wzór kobiety. Prawdziwej i nieidealnej. Ty, pracując w telewizji, funkcjonujesz w świecie szczupłych blondynek z wydatnymi ustami. 

- Jestem dla nich kontrapunktem.

OK, ale jak trzeba wierzyć w siebie, żeby się z nimi skonfrontować?

- Skupiam się na tym, jaką jestem osobą i co mam w głowie. I zawsze dobrze o sobie myślę. Rodzice wpoili mi, że jestem fajnym człowiekiem. Że mam się szanować i lubić. Nie odziedziczyłam po nich majątku, ale wyposażyli mnie w coś bezcennego - poczucie wartości. I to procentuje. Świat nie należy przecież do szczupłych kobiet, ale też takich, które jak ja noszą rozmiar 44. Wielu dodaję odwagi. Piszą, że bały się eksperymentować z modą, ale zobaczyły mnie w programie w dżinsach i wielkiej koszuli zawiązanej na boku i też będą tak chodzić. To jest dla mnie nagroda. I zawsze pamiętam, że reprezentuję sobą więcej niż ciało. Takie podejście chcę przekazać innym.

Co musiałoby się stać, żeby kobiety ci uwierzyły i zaczęły tak o sobie myśleć? 

- Dopóki będą istniały pisma i portale, których głównym tematem jest wygląd, wiele się nie zmieni. Śmieszy mnie, że można zajmować się takimi głupotami. Jakaś aktorka włożyła luźniejsze ubranie i zaraz pojawiają się domysły: jest w ciąży czy przytyła? Nikogo nie obchodzi, w czym ostatnio grała i co ma do powiedzenia.

Z drugiej strony wiele kobiet, obserwując panie z telewizji, dąży do takiego "ideału". Odprowadzają więc dzieci do szkoły ze zrobionymi włosami, makijażem, na szpilkach. O ósmej rano! Dlaczego nie ma w nas luzu takiego jak na przykład we Francuzkach? Nadrabiamy coś czy dałyśmy sobie wmówić, że wygląd to podstawa?

- Francuzki często nie farbują włosów, nie malują się, a są piękne. Wychodzą z domu z delikatnym pudrem, rzęsami podkreślonymi tuszem i lekkim krokiem, w balerinach, nie na obcasach, idą podbijać świat. My jesteśmy pełne kompleksów, chcemy równać wzwyż. Dla wielu punktem odniesienia stają się panie z telewizji. Niesłusznie. Mogę zapewnić, że kiedy rano przychodzą do pracy, wyglądają jak większość z nas. Są szare, zmęczone, to makijaż i fryzura czynią cuda. Do tego mają stylistów, którzy znoszą im ubrania, więc problem: nie mam co na siebie włożyć, ich nie dotyczy. Zwykłe kobiety nie powinny się z nimi porównywać, bo skazują się na frustrację.

Zastanawiałam się kiedyś, dlaczego większość kobiet z twojego środowiska, także tych mocno dojrzałych, może wyglądać na góra  35 lat?

- Taki wypracowaliśmy model: ma być gładko, bez zmarszczek, bo starość jest brzydka i nieelegancka. Nikt nie myśli, że oznacza mądrość, że idzie za nią wiedza, doświadczenie. Starość to nieidealne ciało, które trzeba napompować i wyrównać. Nie rozumiem tego. Bliskie jest mi powiedzenie Janka Nowickiego, że każda zmarszczka to uśmiech i przeżyty orgazm. Nie chciałabym mieć twarzy, nad którą nie mam kontroli. Bałabym się spojrzeć w lustro, gdybym nie była podobna do siebie.

Dążenie do bycia młodym przejawia się też w podejściu do życia. Zauważyłaś, że ludzie nie chcą być dziś dorośli? 50-letni faceci noszą czapki krasnoludka i spodnie z dziurami. A kobiety spódniczki ledwie zakrywające pupę. 

- To znowu wynika z lęku przed starością, ona oznacza przecież zobowiązania i bycie statecznym. Mam 56 lat, czasem boli mnie kręgosłup i nie mówię, że to fajne. Ale doceniam, że dojrzałość to czas mądrości, klarownych wartości i dobrego samopoczucia ze sobą.  Wiele osób dopiero wtedy zaczyna myśleć o sobie w pozytywny sposób. Osiągnięcia, klęski i zwycięstwa, które odnieśliśmy po drodze, sprawiają, że mamy do siebie zaufanie, że się lubimy. Mimo że skóra nie jest tak naciągnięta, widać zmarszczki na czole i trudniej wstawać z łóżka. Nie zamieniłabym tego na wieczną młodość.

A co tobie dała dojrzałość? Jaka byłaś 20 lat temu?

- Mocno szalona i to się nie zmieniło. Wciąż mam w sobie młodość, tyle że duchową. Namówię męża, żebyśmy wsiedli do samochodu i nagle, bez planu pojechali obejrzeć wystawę Fridy Kahlo w Poznaniu. Będę nocą leżeć na plaży w Grecji, pić wino i liczyć gwiazdy. Albo śpiewać z przyjaciółmi na ulicy. Z taką samą dziecięcą ciekawością wchodzę w nowe znajomości i sytuacje i wciąż interesuje mnie to, co jest  za rogiem. Ale nabrałam też doświadczenia, mądrości. Wiem, jak rozstrzygać konflikty, żeby ich nie zaogniać. Odważniej stanę w obronie rzeczy dla mnie ważnych i nie będę się zastanawiała, czy komuś się to podoba.

Wiesz, że dla wielu kobiet jesteś wzorem? Jak się z tym czujesz?

- Bywam "misiem" na Krupówkach, lubię fotografować się z ludźmi, choć nie wiem po co komu zdjęcie z Wellman w telefonie. Nie przywiązuję wagi do tego, że dla kogoś jestem wzorem. Cieszę się, że inspiruję kobiety, że po programie, felietonie piszą: "dzięki pani to zrobiłam". Teraz nowym miejscem spotkań będzie pismo "Well". Odpowiem w nim na listy, na które nie zdążyłam odpowiedzieć, poruszę ważne dla mnie tematy, które nie mieszczą się w telewizji. Czekam na sugestie kobiet, o czym powinniśmy pisać, co je interesuje.

W takim razie obie bierzemy się do roboty. Na koniec jeszcze tylko zapytam: czy ty, osoba obserwowana przez wszystkich, myślisz czasem: "Wellman, nie wypada ci"? 

- Nie, staram się tylko, żeby była spójność między tym, co mówię i robię. Ostatnio po szkoleniu motywacyjnym, które prowadziłam w wielkiej firmie, podeszła do mnie prezes. Powiedziała: "Wierzę pani na sto procent". Jestem dobrym mówcą, pomyślałam więc, że przekonały ją moje argumenty. A ona: nie o to chodzi. Kiedy była w bliźniaczej ciąży, jako jedyna osoba przepuściłam ją w kolejce w osiedlowym sklepie na Ursynowie. Mieszkałam tam kiedyś. I to jest spójność, o którą mi chodzi. Ustępuję starszym kobietom miejsca w metrze, a tym młodszym z dziećmi na lotnisku mówię, że mają prawo do szybkiej odprawy. A że czasem ludzie widzieli mnie jak w ciuchach wbiegam do Bałtyku? To mi niczego nie ujmuje, tylko pokazuje, że jestem normalnym człowiekiem.

Rozmawiała Magda Jaros

 Twój STYL  2/2018


Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje