Reklama

Reklama

Jadwiga Jędrzejowska: O co pokłóciła się z Chaplinem?

Nie zagrała w tenisowej reprezentacji Polski, bo… nie miała pieniędzy na sukienkę i pończochy.

Kiedy Jadwiga Jędrzejowska (†67) wychodziła na kort Wimbledonu, by walczyć o zwycięstwo w najbardziej prestiżowym turnieju tenisowym świata, komentatorzy uczyli się wymawiać jej nazwisko. Ale było już pewne, że dziewczyna z dalekiego Krakowa przebojem wkroczyła do świata sportowych sław.

Dorastała na kortach

Reklama

Tenis był jej przeznaczeniem. Odgłosy odbijanej piłki towarzyszyły jej od najmłodszych lat, bo domek rodziców sąsiadował z kortami. W wieku 8 lat postanowiła im pomóc finansowo. Podawała piłki graczom. Wtedy wzięła do ręki prawdziwą rakietę. - Pamiętam wypolerowaną rączkę - wspominała. - I brzęczenie strun. Gdy miała 10 lat, ojciec wystrugał dla niej drewnianą rakietę. - Nie rozstaję się z nią odtąd ani na chwilę - wspominała. - Kiedy kładę się spać, układam ją pod poduszką, tak jak inne dziewczynki ukochaną lalkę. Grała z rówieśnikami, ale obrażeni ciągłymi porażkami chłopcy szybko rezygnowali z rywalizacji.

W końcu ktoś zaproponował jej zapisanie się do klubu. Miała 13 lat, gdy na specjalnych warunkach została przyjęta. Spotkał ją jednak bojkot towarzyski. Panie nie chciały grać z córką robotnika. Zaczęła więc trenować z mężczyznami. Jako nastolatka stała się najlepszą polską tenisistką, ale nie mogła grać w reprezentacji Polski, bo nie miała obowiązkowej białej sukienki i długich pończoch. Po prostu brakowało jej pieniędzy na kobiecy strój tenisowy.

- Wiele wylałam łez po nocach przez ten przeklęty kostium - żaliła się. W końcu klub ze składek kupił jej strój. Dzięki temu mogła zagrać na mistrzostwach Polski. Za zwycięstwo w deblu dostała złoty zegarek. Wtedy rodzice zaczęli ją namawiać, żeby zajęła się czymś pożytecznym. Jakby miała mało zmartwień, wyrzucono ją ze szkoły.

Zgodnie z ówczesnym prawem, nie można było być członkiem klubu sportowego i uczniem. Ale Jadwiga napisała list od ministerstwa edukacji ze skargą. Przywrócono ją do szkoły i zdała maturę. Najważniejszy w jej karierze okazał się rok 1937. Jak burza przeszła przez eliminacje i dotarła do finału Wimbledonu. W pojedynku decydującym o zwycięstwie, przy wyniku 1:1, prowadziła w trzecim secie 4:1 i 30:15 w gemach z Dorothy Round. Niestety, przegrała... Tak, jakby zabrakło jej wiary we własne możliwości.

- Bałam się zwycięstwa - żaliła się po finale. - Długo potem płakałam w szatni. Za udział w finale dostała bon towarowy wartości 3,5 funta, ale stała się pierwszą celebrytką polskiego sportu. Pojawiły się kontrakty reklamowe. Zachwalała futra Arpada, nakrycia głowy Cieszkowskiego i słodycze Fuscha. Nie cierpiała biedy, chociaż za starty otrzymywała jedynie zwrot kosztów podróży i noclegów. Mimo to odrzuciła wartą 25 tys. dolarów ofertę przejścia na zawodowstwo. - Nie chcę się stać niewolnicą kortu, sportowym manekinem - tłumaczyła swoją decyzję. - Nie chcę grać za pieniądze.

W latach 1936 i 1937 w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" zdobywała tytuł najlepszego polskiego sportowca. Sponsorzy zafundowali jej rejs luksusowym transatlantykiem "Queen Mary" do Ameryki. W USA niewiele grała z powodu kontuzji, częściej bywała na trybunach. Podczas jednego meczu zdenerwował ją nieznajomy mężczyzna, który głośno krytykował zawodników. - Pan zupełnie nie zna się na tenisie - krzyczała, żeby wszyscy usłyszeli. Wymiana zdań przerodziła się w kłótnię. Okazało się, że specjalnie prowokował ją Charlie Chaplin (†88). Dzięki temu zaprzyjaźniła się z gwiazdorem. Korespondowali aż do jego śmierci.

Uratował ją król

Kiedy w 1939 roku wróciła do Polski, wojna wisiała w powietrzu. Mogła zostać w USA lub w dowolnym państwie, bo wszędzie miała przyjaciół. Ale uważała, że jej miejsce jest w kraju. W czasie okupacji pracowała w fabryce butów. Któregoś dnia do jej mieszkania wkroczyło gestapo. O dziwo, usłyszała wtedy, że... może wyjechać do neutralnej Szwecji. Był to efekt interwencji u niemieckich władz króla Gustawa V, partnera z kortu. I tym razem wybrała Polskę.

Po wojnie na turnieju w Sztokholmie król zobaczył ją na korcie i pogroził jej palcem. Tenisistka potem żartowała, że złamała dworską etykietę, bo królowi się nie odmawia! Warszawskie mieszkanie Jadwigi Jędrzejowskiej spłonęło w czasie Powstania. W gruzach tenisistka znalazła srebrne trofeum z Wimbledonu.

W 1946 roku wyszła za inżyniera Alfreda Galerta (†71), którego poznała przed wojną na kortach w Chełmku koło Krakowa. Była tam fabryka butów słynnej firmy "Bata", do której Alfred przyjeżdżał w interesach, a wolne chwile spędzał na korcie. Między tenisistką a inżynierem zrodziło się uczucie, które przetrwało okupację. Po wojnie Alfred Galert został dyrektorem państwowych zakładów obuwniczych. Małżonkowie zamieszkali w Katowicach. Nie mieli dzieci.

Jadwiga Jędrzejowska aż do połowy lat 60. królowała na polskich kortach, wygrywając z zawodniczkami, które mogłyby być jej córkami (choć nałogowo paliła, a nocami grała w karty). Zdobyła 65 tytułów mistrzyni Polski, ale żyła skromnie w małym mieszkaniu w bloku w Katowicach. Dorabiała do emerytury w portierni na kortach...

Nostalgia 3/2017

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje