Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jacek Poniedziałek: Tak, jestem wariatem. Nie wypieram się

Jako bardzo młody aktor z premedytacją doprowadził do sytuacji, w której zwolniono go dyscyplinarnie z teatru. Powód? Jacek Poniedziałek nie znosił kompromisów. Dziś też ich nie znosi.

Jacek Poniedziałek: Nie chcę mówić o tym, że wychowałem się w skrajnej biedzie. Opowiadałem już o tym tyle razy, że mam dość. Lubicie mnie pytać o hardkory.

Reklama

Violetta Ozminkowski: Czytam właśnie książkę Jamesa Hillmana, filozofa, który uważa, że to nie bieda czy bogactwo ani nawet geny decydują o naszej przyszłości, ale przychodzimy na świat z czymś w rodzaju kodu duszy.

- Od dziecka mam coś w rodzaju "królewskiego pędu" - tak to, zdaje się, nazywa się według naukowych autorytetów. Tak też definiował to na zajęciach w szkole teatralnej Krystian Lupa, odnosząc się do instynktu wyjątkowości u niektórych dzieci. Moja mama nie zastanawiała się nad bezstresowym wychowaniem, tylko jak wykarmić czwórkę dzieci po śmierci męża. Dorastałem w prawie wiejskiej dzielnicy Krakowa, Starej Olszy. Wychowałem się na podwórku i na ulicy, ale miałem potrzebę bycia kimś wyjątkowym. Nie w tym sensie, że lepszym, tylko widocznym, posiadającym moc oddziaływania na ludzi. Bardzo prawdopodobne, że to właśnie ta potrzeba zaprowadziła mnie pod balkon Kory. Do dziś nie wiem, jak ośmieliłem się otworzyć buzię, kiedy wyszła z durszlakiem na balkon - bo odcedzała wtedy makaron - i mnie zaczepiła.

Jak zaczęła się miłość do Kory?

- Miałem 17 lat, gdy zaprzyjaźniłem się z kolegą mojej siostry, miłośnikiem Maanamu. To u niego pierwszy raz usłyszałem jej głos, potem zobaczyłem ją w telewizji. To, co robiła, było jak grom z jasnego nieba. Po pioseneczkach o kawiarenkach i obłoczkach nagle pojawiła się rakieta, pełna wigoru torpeda. I te ostre, zmysłowe teksty. Chropawe, a zarazem piękne. Zachwyciła mnie. Kupiłem bilet na koncert. Pierwszy w stanie wojennym, dlatego kino "Kijów" w Krakowie było otoczone zomowcami. Na koncercie porwała mnie fala energii i niesamowitej radości. Krzyczałem, szalałem, jak nie ja, bo byłem wtedy nieśmiałym chłopcem. Jedna z fanek Maanamu powiedziała mi, gdzie Kora mieszka, więc któregoś dnia odważyłem się tam pójść i stanąć pod balkonem. Musiałem to zrobić.

Jaki dom prowadziła Kora?

- To był "dom słowa", choć brzmi to ciężkawo, ale tam się naprawdę operowało słowem. Kora pisała, czytała, dużo mówiła o książkach. Przyjeżdżali ludzie, z którymi rozmawiała po angielsku. To też była dla mnie inspiracja, żeby uczyć się języków. Intelektualny dom. I pełen życia, gości, mocnych żartów, czasem kłótni. Piękny nowy świat dla chłopaka znikąd.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje