Reklama

Reklama

​Irena Iłłakowiczowa: Historia pięknej polskiej agentki

Na Pawiaku

Brutalnie przesłuchiwana, nie wydała nikogo. Ponieważ każde aresztowanie agenta groziło dekonspiracją, gdyby nie wytrzymał śledztwa, organizacja, aby oszczędzić jej cierpień i nie narażać tych, których Niemcy dotąd nie zatrzymali, przesłała jej truciznę. Irena świadomie nie wypiła podanego jej mleka, wyczuwając dziwny zapach. Przekazała natomiast wiadomość, że jest możliwość uwolnienia jej z Pawiaka. Kanałem komunikacyjnym był więzień pracujący jako lekarz, doktor Felicjan Loth, należący do Związku Jaszczurczego, dawniej członek ONR. Ratował, jak mógł, ludzi z AK i ZWZ, którzy trafili na Pawiak, przekazywał grypsy. To on dostarczył wysoką łapówkę i 16 stycznia 1943 roku strażnik wypchnął Irenę z celi i wmieszał ją w grupę więźniów przeznaczonych do wywozu do Majdanka. W ten sposób uniknęła dalszych brutalnych przesłuchań. W obozie dzięki odpowiednim ludziom i kontaktom szybko dostała szczepionkę na tyfus i leki. Zachorowała jednak na czerwonkę.

Reklama

Dwa miesiące później, w marcu 1943 roku, odbyła się brawurowa akcja, jakiej nie powstydziłby się scenarzysta dobrego filmu wojenno-przygodowego. Kilku chłopców z NSZ, przebranych w mundury gestapo, podjechało skradzionym samochodem pod bramę obozu. Pokazali sfałszowany dokument, w którym było napisane - zresztą zgodnie z prawdą - że Irena znalazła się na Majdanku przez pomyłkę. Nawrzeszczeli na personel, że to skandal i jakim prawem przyjęto ją do obozu. Kazali wydać więźniarkę celem przewiezienia na dalsze śledztwo do Warszawy.

Komendant nie mógł się nigdzie dodzwonić i sprawdzić tożsamości przybyszów, bo wcześniej na wszelki wypadek zostały przecięte telefoniczne kable. Młodzi ludzie wypadli na tyle wiarygodnie i tak świetnie odgrywali swoje role brutalnych gestapowców, że nawet Irena była święcie przekonana, iż są to najprawdziwsi niemieccy funkcjonariusze. Żegnała się zatem z życiem, gdyż powrót na Pawiak i przesłuchania oznaczały dla niej najgorsze. W związku z tym stawiała opór przy wsiadaniu do samochodu, co jeszcze bardziej przydało autentyczności całej scenie, bo "gestapowcy" rzeczywiście użyli wobec niej siły. Jak wielka musiała to być ulga, kiedy się dowiedziała, kto po nią przyjechał. Samochód został starannie spalony w lesie, a ona była wolna.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje