Przejdź na stronę główną Interia.pl

I co ty robisz, kochanie?

Jest ich w Polsce półtora miliona. Nie zatrudniają opiekunek do dzieci ani sprzątaczek. Mężowie nie gotują, nie prasują koszul, bo... „przecież siedzisz w domu, kochanie, masz na to czas, ja zarabiam”. To one więc przez siedem dni w tygodniu są kucharkami, gosposiami, a doba wciąż wydaje im się za krótka. Olga zrezygnowała z kariery, bo nie dawała rady w podwójnej roli: kobiety sukcesu i pani domu. Alicja została bezrobotna, więc z konieczności zajęła się domem. Ewa rzuciła pracę, bo chciała spełniać się jako matka i żona. Wszystkie trzy przekonały się, że ich nowe obowiązki to więcej niż etat, tyle że bezpłatny.

Pięćdziesiąt lat po tym, gdy amerykańskie feministki wzywały kobiety, by zostawiły domowe więzienia i poszły do pracy, ja wróciłam do domu - mówi Olga, która przez lata pracowała na wyższym stanowisku w bankowości inwestycyjnej. Z sześciotysięczną pensją netto i ośmiogodzinnym czasem pracy. Dziś ma 38 lat, jest pełnoetatową mamą dwójki kilkulatków, żoną i gospodynią domową. Jej dzień pracy zaczyna się o szóstej rano od szykowania śniadania, a kończy po północy. Wtedy Olga prasuje, nastawia zupę, albo marynuje mięso na następny dzień.

Reklama

Na rozmowę zaprasza do siebie. Nieduży biały dom w podwarszawskich Dawidach, otoczony szpalerem iglaków. Idylliczny obrazek burzy zapach spalenizny, który czuć od progu, i wrzaski dzieci. Sześcioletni Adrian tak uderzył wozem strażackim trzyletnią Zosię, że rozciął jej czoło. Olga w popłochu robi opatrunek. I klnie, bo chwilę wcześniej przypaliła krokiety. - Jeśli chcesz opowieści o perfekcyjnej pani domu, która z uśmiechem szoruje wannę, ja ci nie pomogę - mówi. - Praca w domu nie jest moją pasją, tylko obowiązkiem. Wybrałam tę opcję cztery lata temu, bo pomyślałam, że tak będzie lepiej dla dzieci. Do rewolucji Olga dojrzewała kilka miesięcy.

Pierwsza myśl, że wszystko ją przerasta, przyszła, gdy w firmie musiała robić krótkie drzemki. Szła do toalety, opierała głowę o ścianę i nastawiała budzik na za kwadrans. Tak odreagowywała domowy kierat: wstawanie do syna, który budził się kilka razy w ciągu nocy, nocne prasowanie ubranek - z dwóch stron, żeby zabić wszelkie zarazki. Kolejne olśnienie, że coś jest nie tak? Podczas lunchu z klientem Olga zdała sobie sprawę, że pamięta imię jego żony, dzieci oraz że pasją jego córki są koty rasy maine coon. Ale nie bardzo wie, w co ani jak lubi bawić się jej syn. Gdy wieczorem siada z nim na dywanie i próbuje układać klocki, Adrian denerwuje się i mówi, że chce do niani.

Z tamtego czasu pamięta też sylwestra, którego mąż przegadał z kumplem i nawet z nią nie zatańczył. W codziennym biegu nie zauważyła, że stają się dla siebie przezroczyści. Upewniła się co do decyzji po Nowym Roku, zaraz po tym, gdy szef powiedział: "Firma przynosi mniejsze zyski. Wymagam od was totalnego zaangażowania i nie obchodzi mnie, że ktoś ma dzieci". Słuchała tego i odbierała SMS-y od niani: "Mały nadal wymiotuje". A potem patrzyła na wykresy, które miała przed sobą, na umowy, na swój grafik spotkań i chciało jej się wyć.

Wreszcie bez pośpiechu

"Zamarzyły ci się gary?", irytował się ojciec, gdy Olga powiedziała, że planuje zostać z synem. "Całe życie pracowałam i zajmowałam się domem, dawałam sobie radę świetnie", wtórowała matka. - Ale ja nie uważam, że mama tak dobrze sobie poradziła. Wieczorami siedziała przy biurku, przodem do okna i przygotowywała się do zajęć na uczelni. Z dzieciństwa zapamiętałam jej plecy. I totalny brak zainteresowania moimi sprawami. Wiedziałam, że nie mogę zrobić tych samych błędów - mówi Olga. Mąż nie protestował. Obliczyli, że jeśli żona zostanie w domu, zaoszczędzą dwa tysiące na niani, dojazdach do firmy i obiadach na mieście. "Nie kupimy samochodu, chyba trzeba będzie zrezygnować z zagranicznych wakacji. Ale poszukam fuch i jakoś damy radę", pocieszał Piotr, który jako informatyk zarabiał siedem tysięcy.

- Czasami budziłam się w nocy i nie mogłam spać. Bo się bałam. Mieliśmy kredyt na dom, więc co będzie, jeśli zwolnią męża. A jeśli domowa rzeczywistość zacznie mnie nużyć i stanę się jedną z tych przytłoczonych matek, które z bezradności drą się na dzieci i szarpią je w supermarketach? No i co pomyślą moje ambitne koleżanki, które znajdowały czas na karierę, dzieci, pasje, odsysanie tłuszczu, jogę. Niektórym z nich powiedziałam, że odchodzę z banku, bo angażuję się w projekt, nad którym mogę pracować w domu. W moim środowisku nie było miejsca dla kobiet, dla których kariera przestała być priorytetem. Myślałam: "Dom to opcja przejściowa, może potem poszukam innej firmy, zrobię drugie studia, wezmę kredyt na restaurację".

Był kwiecień 2008, początek wiosny. Złożyłam wymówienie. Na początku euforia. Poranna kawa wypita na tarasie z widokiem na pączkujące drzewa. Bez pośpiechu! Pojawiają się co prawda problemy, ale Olga radzi sobie błyskawicznie z tęsknotą syna za nianią, z razowym chlebem, który po piątej próbie wychodzi idealnie wilgotny, nie za kwaśny i z chrupiącą skórką. Zamawia komputerowy kurs angielskiego dla zaawansowanych, szuka podyplomowych studiów, które można zrobić przez internet. Płyty z angielskim zdąży jedynie rozpakować, do szkoły nigdy się nie zapisze. Bo Oldze przestanie wystarczać czasu. Ma wrażenie, że choć ciągle sprząta, i tak jest bałagan. Mąż gdy zje kolację, nie odstawi po sobie nawet talerza. A koszul, które dotąd prasował sam, teraz nie dotknie.

- Zaczynałam rozumieć, że rola gospodyni domowej może być bardziej wymagająca niż praca w korporacji - mówi Olga.

Jestem alfą i omegą

Jak uchronić męża przed zawałem serca i rakiem prostaty? Jak być dla niego atrakcyjną, mimo że siedzi się w domu? Jak wychować dziecko na geniusza? O tym wszystkim Olga słucha w programach śniadaniowych. Dowiaduje się, że kluczem do rodzinnego szczęścia jest kobieta - jej wysiłek, starania, powściąganie negatywnych emocji, odpowiednie wytresowanie domowników, żeby chodzili jak w zegarku, dbanie o nastrój, porządek i dietę. - Wędliny zawierają szkodliwą chemię? Jeździłam więc do sklepu po schab, nadziewałam go śliwkami i piekłam. Byłam alfą i omegą.

Mimo różnych frustracji nie żałowałam, że odeszłam z firmy. Uwierzyłam w medialny wizerunek domowej bogini i zaczęłam do niego aspirować. Miałam wrażenie, że zmieniam naszą małą rzeczywistość na lepsze. Jedliśmy wspólnie posiłki, które czasem w tajemnicy przed mężem zamawiałam z niedrogiej knajpy, jeśli chciałam, żeby było smaczniej. Obiady podawałam na białych talerzach, które dekorowałam zygzakami z sosu balsamicznego i listkami bazylii. Spaliśmy w pachnącej pościeli, którą spryskiwałam mgiełką o zapachu letniego deszczu. Zasłony, sofy raz w tygodniu odświeżałam odkurzaczem parowym, który zabija roztocza. Częściej gadaliśmy z mężem, częściej się kochaliśmy.

Sytuacja wydawała się pod kontrolą. Ale tylko przez kilka miesięcy, bo później zaszłam w ciążę. Urodziłam córeczkę. No i wszystko się skomplikowało "Zosia nie płacze, nie kwili. Ona po prostu się drze. Prawie non stop z małymi przerwami na spanie", mówi Olga koleżance. W tym czasie Olga przechodzi kilka kryzysów. Pierwszy, gdy orientuje się, że przy dwójce dzieci może zapomnieć o idealnym domu, bo teraz nie ma nawet czasu, żeby umyć lepiącą się podłogę. Drugi, gdy prosi męża o pomoc, a on odpowiada: "Przecież układ jest jasny - dom to twoja sprawa, ja was utrzymuję". Trzeci, gdy koleżanka jej powie: "Na święta zamówię wszystko z delikatesów, nie kiwnę placem, stać mnie, zarabiam". Czwarty, gdy weźmie sobie do serca słowa matki, która przekonuje: kobiety, która siedzi w domu, żaden mąż nie będzie szanował.

"Nie wychodzisz do ludzi, nie pracujesz, on nie jest o ciebie zazdrosny", stwierdza matka. Olga kombinuje więc, że gdy Zosia skończy roczek, ona zacznie wychodzić dwa razy w tygodniu na kurs językowy. Ale zaraz do niej dociera, że przecież lekcje to wydatek, a ona nie przynosi do domu pieniędzy. Piąty kryzys: Olga widzi w telewizji materiał o ojcach, którzy biorą urlopy wychowawcze, by zająć się dziećmi. Szósty: jest wykończona, a mąż oznajmia, że zaniedbał swoje hobby - tenis, więc od dziś po pracy będzie grał. Wtedy ona wpada w szał: krzyczy, szlocha. "O Boże, kochanie, nie wiedziałem, że jesteś w tak złym stanie", zauważa Piotrek. Nie rezygnuje z tenisa, ale obiecuje, że w soboty będzie sprzątał mieszkanie.

- Uczyłam go jak, mówiłam czym i pilnowałam się, żeby sama nie wziąć mopa - opowiada Olga. - Wymyśliłam, że będziemy rozmawiać codziennie: on opowie, co zrobił, ja, co mnie się udało. W ten sposób doceni mój trud. Doceniał. Czasami. Żeby szukać wsparcia, logowałam się na forach dla niepracujących matek, nieperfekcyjnych pań domu, bo tak większość o sobie pisała. Dzieliłyśmy się frustracją, sukcesami. Było mi lepiej. Olga nie lubi określania: "pani domu". Kojarzy jej się z telewizyjnymi bohaterkami, które rolę kobiety sprowadzają do znajomości kilkunastu sztuczek, np. tej jak pokroić tort nicią dentystyczną. - A tymczasem pełnoetatowe matki i żony to ciche bohaterki codzienności. Dociera to do mnie, gdy przedszkolanka pochwali syna, że tak dobrze zna angielski, a ja wiem, że to dzięki naszym zabawom w obce słówka - opowiada Olga. - Gdy Zosia nie zachoruje jesienią, wiem, że to mój mały sukces, bo dobrze ją karmię.

Stan na dziś? Mieszanka szczęścia i frustracji. Zwłaszcza w niedzielę, gdy Adrian od rana zadaje tysiące pytań, angażuje w zabawy, śpiewa piosenki. Odliczam godziny do poniedziałku, kiedy zawiozę go do szkoły, uśpię Zosię i będę mogła włączyć program ekonomiczny, posłuchać, co w gospodarce. Za dwa lata, gdy córka pójdzie do przedszkola, wrócę do pracy. Trochę brakuje mi adrenaliny - powodu, dla którego zapełniałam szafę szpilkami. Tylko boję się, ile po długiej przerwie będę znaczyć jako pracownik. W CV nie wpiszę przecież: "Wychowałam człowieka". A nawet dwoje ludzi. Choć uważam, że to trudniejsze i bardziej cenne niż polepszanie wyników finansowych zagranicznego banku.

Dowiedz się więcej na temat: kura domowa | gospodynie domowe | dom | pani domu

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje