Przejdź na stronę główną Interia.pl

Hipiska z dżungli

Chciała zajmować się sztuką. Nie planowała, że zostawi życie w mieście, założy rezerwat w dżungli i będzie się zajmować ratowaniem ginącego gatunku małp. Zadecydował przypadek, ale i jej gotowość, by wszystko zmienić. W wywiadzie na wyłączność dla "Twojego Stylu" Belgijka Claudine André opowiada o tym, jak znalazła się w Kongu, czego nauczyła się od małp i w jaki sposób pogodziła swoją afrykańską przygodę z wychowywaniem piątki dzieci.

Jak urodzona w Belgii kobieta została najsłynniejszą na świecie specjalistką od ratowania małp bonobo?

Reklama

Claudine André: -  Miałam pięć lat, gdy moi rodzice zdecydowali, że wyjedziemy do Afryki. To było na początku lat 50. Mój ojciec, który był weterynarzem, dostał rządową posadę i niemal z dnia na dzień wylądowaliśmy na wielkiej farmie w belgijskim Kongu. Wcześniej mieszkaliśmy w małym miasteczku La Hestre. Z naszego nowego afrykańskiego domu okna wychodziły wprost na dżunglę. W Kongu zaczęło się dla mnie zupełnie inne życie. Dużo podróżowaliśmy - ojciec miał różne "misje" na odległych farmach i często nas ze sobą zabierał. Spaliśmy ciągle w innym miejscu, na przenośnych łóżkach, jadaliśmy w przenośnej jadalni ustawianej gdzieś w dżungli, a swoje potrzeby załatwialiśmy w specjalnej przenośnej łazience. Kiedy kraj odzyskał niepodległość w 1960 roku (wcześniej był kolonią belgijską - red.), tata nie palił się do powrotu do Europy. Ja też za swój prawdziwy dom uważałam już Afrykę. Kiedy stałam się pełnoletnia, postanowiłam, że tam zostanę.

I wymyśliła pani sobie, że zajmie się ginącym gatunkiem małp?

- To się odbyło w zupełnie inny sposób. "Panią od bonobo" stałam się w jakimś sensie z powodu wojny domowej, która wybuchła w Kongu w latach 90. Wcześniej miałam zupełnie przeciętne życie. Z rodzinnego domu w pobliżu dżungli przeprowadziłam się do Kinszasy (stolica Konga - red.), wyszłam za mąż, urodziłam piątkę dzieci i prowadziłam sklep z afrykańskimi dziełami sztuki. Wszystko miałam poukładane, aż nagle podczas zamieszek, które ogarnęły stolicę, ktoś powiedział do mnie: "Claudine, nie masz pojęcia, co się teraz dzieje w zoo. Te pozamykane w klatkach zwierzęta umierają z głodu, nikt się nimi nie zajmuje. To koszmar".

I to był punkt zwrotny w pani życiu?

- Tak. Pobiegłam tam. Większość zwierząt była w krytycznym stanie. Lwy zdychały z głodu, wściekłe niedźwiedzie rozszarpywały ogrodzenie, szympansy atakowały się nawzajem. Odkryłam, że w budynkach należących do zoo koczuje trzydziestu mężczyzn - pracownicy, którzy nie wiedzieli, co robić, więc nie robili nic. Zaczęłam wydawać im polecenia, a oni je wykonywali. Zwierzęta dostały wodę, trochę jedzenia, coś zaczęło się dziać. Od tamtego dnia bywałam tam codziennie. Przed każdą wyprawą robiłam obchód po okolicznych hotelach, sklepach i żebrałam o jakieś resztki jedzenia. To samo kazałam robić ludziom z zoo. Choć wcale tego nie planowałam, nagle, tak jak kiedyś mój ojciec, miałam pod opieką kilkaset zwierząt. Gdy zamieszki w stolicy się skończyły i wszystko wróciło do normy, postanowiłam, że zostanę wolontariuszką w ogrodzie zoologicznym. To tam pewnego dnia ktoś przyniósł małą osieroconą małpę. Trafiła pod moją opiekę. Można powiedzieć, że ta znajomość dała początek rewolucji w moim życiu. 

To było pani pierwsze spotkanie z bonobo?

- Tak. Choć wtedy myślałam, że to szympans. Z błędu wyprowadził mnie jeden z pracowników zoo. Małpa była tak mała, że trzeba ją było karmić butelką. Gdy wzięłam ją na ręce, poczułam się, jakbym niańczyła dziecko. Wtuliła się we mnie i popatrzyła mi w oczy w taki sposób, że się wzruszyłam. Zauważył to dyrektor ogrodu zoologicznego i powiedział: "Claudine, uważaj. Bonobo bardzo przywiązują się do swoich matek, a ty właśnie zostałaś za nią uznana. To związek na całe życie".

Sądząc po tym, że kolejne dwadzieścia lat poświęciła pani ratowaniu tych małp, miał rację.

- Bez wątpienia. Choć nie wiedziałam, że ta miłość przybierze taką skalę. (śmiech) Z powodu walk, które jeszcze długo toczyły się w Kongu - m.in. na terytoriach zamieszkiwanych przez bonobo, osieroconych małp przybywało. Ludzie znosili je do naszego zoo, a wszystkie trafiały pod moją opiekę. Pewnego dnia do Kinszasy przyjechała amerykańska badaczka. Popatrzyła na "moje stado" i zadała mi proste pytanie: "Claudine, co z nimi zrobisz, gdy dorosną?". "Nie wiem - odpowiedziałam. - Ale na pewno ich nie porzucę".

To musiało pochłaniać mnóstwo czasu. Jak wyglądało wtedy pani życie? Nadal prowadziła pani swój sklep?

- Tak, choć nie miałam już do tego głowy. Stale myślałam o tym, co powinnam zrobić z moją rozrastającą się małpią rodziną. Czułam się za nią tak samo odpowiedzialna jak za własne dzieci.

Nie były zazdrosne?

- Starałam się nie dawać im powodów do zazdrości. (śmiech) Wtedy jeszcze zajmowałam się małpami, gdy dzieci były w szkole. Starsza dwójka studiowała już w Europie, pozostałą trójkę zawsze osobiście odbierałam z zajęć i bardzo pilnowałam, żeby się nie spóźniać. Zależało mi też, żeby moje dzieci nigdy nie usłyszały czegoś w rodzaju: "Ach, twoja matka zajmuje się małpami, to widać...". Dlatego rano przygotowywałam sobie elegancki strój, w który szybko wskakiwałam po powrocie z zoo. Trzy czwarte dnia spędzałam w obszarpanym podkoszulku, ale gdy wchodziłam do szkoły, nikt nie miał szans, by się tego domyślić. Kiedyś dowiedziałam się, że jestem uznawana przez inne matki za elegancką kobietę. Czasem myślę, że może nawet przesadzałam z tą dbałością o wygląd. Gdy kilka lat później założyłam pod Kinszasą rezerwat Lola ya Bonobo (Raj Bonobo), przyjechała telewizja z Zachodu. Chcieli nakręcić materiał o "pani żyjącej wśród małp". Gdy ich przywitałam, zawiedziona dziennikarka jęknęła: "Ojej, nie mogłaby pani wyglądać trochę bardziej jak kobieta z dżungli". (śmiech)

Co właściwie ma pani na myśli, mówiąc "założyłam rezerwat"?

- Gdy miałam pod opieką już dziesięć bonobo, i ciągle ktoś przywoził mi nową sierotę, wpadłam w panikę. Nie wiedziałam, co z nimi robić. Zwłaszcza że w Kinszasie znów wybuchły zamieszki. Czułam się tak związana z moimi małpami, że nie potrafiłam zostawić ich samych na noc w klatce w zoo. Nocą było tam niebezpiecznie. W każdej chwili mogła się pojawić jakaś uzbrojona banda i uznać, że to świetny materiał na przekąskę. W Kongu wiele osób poluje na bonobo, dlatego jest to jeden z najbardziej zagrożonych gatunków na świecie. W dzień opiekowałam się więc małpami w zoo, a wieczorem pakowałam całą bandę do mojej półciężarówki i wiozłam do domu. Spały w garażu. Razem z dziećmi robiłam im tam legowisko.

Co na to pani mąż? Nie protestował?

- Wiele osób mnie o to pyta. (śmiech) Tak, wiem, nie każdy by to wytrzymał. Ale mój mąż rozumie moją pasję. Zawsze mi pomagał, sam wspiera zresztą organizację zajmującą się szympansami. Pochodzi z Afryki, z plemienia Tutsi i, jak mi kiedyś powiedział, jest dumny, że jego żona zajmuje się ochroną zwierząt, które żyją tylko na terenie jego kraju. Gdy interesy szły mu dobrze, kupował nawet czasem żywność i lekarstwa dla moich małp. Ale z ulgą przyjął to, że bonobo w końcu przestały mieszkać w naszym domu. "Zbawcą" okazał się amerykański ambasador. Gdy dowiedział się, co robię, przyjechał do nas i zaproponował, żebym przeniosła małpy do przepięknego kampusu na obrzeżach dżungli, gdzie jeszcze niedawno działała szkoła amerykańska, zamknięta z powodu wojny. Był rok 1998. Większość rodzin, które posyłały tam swoje dzieci, wróciła wtedy do Stanów. Nie mogłam uwierzyć w tak fantastyczny zbieg okoliczności. Nagle miałam do dyspozycji wspaniałą posiadłość ze sporym ogrodzonym terenem. Od razu pomyślałam: "Założę tu schronisko dla bonobo".

Sama? Przecież to gigantyczne przedsięwzięcie!

- Nigdy nie działałam sama. Pomagały mi przyjaciółki, które wciągnęłam w tę pracę. W końcu zgłosili się też do mnie ludzie z The World Society for the Protection of Animals (Światowe Stowarzyszenie na rzecz Ochrony Zwierząt). Odwiedzili mnie i gdy zobaczyli, w jak dobrym stanie są zwierzęta, którymi się opiekowałam, zaproponowali wsparcie. Tak powstało pierwsze na świecie schronisko przeznaczone tylko dla małp bonobo.

W tle pani opowieści wciąż przewija się wojna, zamieszki. W Republice Konga konflikt trwał przez lata. Nie bała się pani o życie swoje i rodziny?

- Chce pani wiedzieć, czemu nie wróciłam do Europy? Pamiętam wiele trudnych momentów, gdy o tym myślałam. Raz, gdy pod naszą sypialnią ktoś strzelał z pistoletu maszynowego. Kiedy indziej, gdy jakaś banda próbowała nocą sforsować drzwi naszego domu. To nie było łatwe, ale wiedziałam, że nie potrafiłabym żyć w Europie. Afryka to moje miejsce. Mam tu swoją misję, a misji nie porzuca się dlatego, że jest trudno. Kiedyś powiedziałam mojemu mężowi, że chciałabym kiedyś być pochowana obok moich bonobo. Nie potrafiłabym ich zostawić, żeby żyć w bardziej bezpiecznym miejscu świata.

Gdy wymawia pani słowo "bonobo", na pani twarzy pojawia się uśmiech.

- Jak się mówi o kimś, kogo się bardzo kocha, to wzruszenie jest naturalne. A ja kocham moje małpy. Te, które wychowywałam, są mi bliskie jak przyjaciele, niektóre z nich nawet jak członkowie rodziny. Moje dzieci rosły, usamodzielniały się, zakładały rodziny i dziś wszystkie świetnie sobie radzą. A małpy ciągle mnie potrzebują. Dla wielu byłam "matką". Wiedziałam, że beze mnie zginą, więc czułam się za nie odpowiedzialna. To tworzy więź. 

Dowiedz się więcej na temat: claudine andre | małpa | przyroda

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje