Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Herman, gdzie jest Herman?

Jest teraz na zakręcie. jako matka, kobieta, aktorka. Jej życie się zmienia. Jak Katarzyna Herman odnajdzie się na nowo w tych rolach?

Twój syn zdawał niedawno egzamin ósmoklasisty. Przeżywałaś?

Reklama

Katarzyna Herman: Samych egzaminów nie. Jestem poruszona, ale chaosem w szkole, bałaganem związanym z reformą. A jeszcze bardziej przeraża mnie, że sypie mu się wąs i zaczął pierwszą pracę, bo chce mieć własne pieniądze. Wszystko, co zarabia, wymienia na dolary i odkłada, bo już planuje przeprowadzkę do Kalifornii. Mam u boku mężczyznę, nie chłopca. To dla mnie nowy etap macierzyństwa. Trudna lekcja. Ale wiem, że przychodzi czas, kiedy dzieci stają się niezależne, wychodzą z domu i nie oglądają się za siebie. Sama tak zrobiłam.

Oceny, szkoła, do której pójdzie twój syn, kierunek studiów, jaki wybierze - to dla ciebie ważne?

- Są ważniejsze rzeczy. Chcę tylko, żeby był szczęśliwy, więc może być szczęśliwym stolarzem. Nie zaglądam mu do zeszytów, nie sprawdzam, czy odrobił pracę domową, to jego obowiązki. Ja sama byłam typem prymuski i nadmiernie przejmowałam się ocenami. Zawieszałam sobie poprzeczkę wysoko i jeśli do niej nie doskoczyłam, to przeżywałam, płakałam. A po latach widzę, że świadectwo z czerwonym paskiem nie miało żadnego znaczenia. Dlatego teraz wyniki w szkole nie są dla mnie istotne, liczy się to, żeby dzieciaki, syn i młodsza córka, miały swoje pasje. A liceum, studia? To tylko etap w ich życiu, liczy się to, żeby wyrośli na przyzwoitych ludzi. A to nie zależy od prestiżu liceum czy modnych studiów.

Co w takim razie robisz, żeby rozwijać w dzieciach pasje?

- Pokazuję świat, uczę ciekawości, daję przykład. Sama jestem pasjonatką, a moja praca to moje największe hobby. Dzieci widzą, ile daje mi frajdy, dostrzegają, że czasem jest ciężko, ale warto. Jednak miłością do sztuki ich chyba nie zarażę. Oboje uczyli się grać na instrumencie, oboje z muzyki zrezygnowali. Żałuję, ale trudno. Obserwuję i staram się wyciągnąć wnioski, na co mają ochotę. I do niczego nie zmuszam.

- Jestem matką, która daje dużo swobody, jednak mam jednego bzika - radykalne poglądy w kwestii telefonów komórkowych i mediów społecznościowych. Uważam, że to złodzieje czasu, zabijają kreatywność. Mój syn kiedyś dużo malował, potem nagle przestał, bo zobaczył, że inni rysują lepiej od niego. Na przykład taki Banksy. Więc postanowił, że w takim razie nie będzie się wygłupiał. Ja namawiam syna i córkę, żeby jednak czasem się wygłupili, żeby się tego nie bali. Ja się ciągle wygłupiam.

Chcesz powiedzieć, że nastolatek nie ma komórki? Ani konta na Instagramie?

- Aż tak zasadnicza nie jestem, ale dostał telefon jako ostatni w klasie, a 10-letnia córka ciągle go nie ma. Po prostu wprowadziłam ograniczenia. Nie używamy komórek w domu, zostawiamy je w skrzynce przy drzwiach. Mamy telefon stacjonarny - bakelitowy, bardzo retro - i komputer, który służy wyłącznie do pracy i nauki. Jednak żeby było fair, ja również nie używam przy nich telefonu.

- Czasem daje mi to w kość, bo stałam się nieuchwytna, ale jakoś przeżyję. Od kiedy w domu jesteśmy offline, syn zapisał się do biblioteki, bo nie wiedział, co zrobić z nowo zyskanym czasem. (śmiech) I więcej jeździ na desce. Córka ma czas na zabawę. Oczywiście buntują się i niekiedy złoszczą na mnie, ale jestem nieugięta. Póki co.

- Jednak wiem, że nie mogę przesadzać. Przekonałam się o tym, kiedy syn był mały. Stanowczo sprzeciwiałam się kupowaniu zabawkowych pistoletów i w pewnym momencie odkryłam, że u babci na działce wystrugał sobie cały arsenał, który trzyma pod łóżkiem. (śmiech)

Co robisz, żeby wyrósł na porządnego faceta?

- Sama staram się być porządna. Pilnuję kindersztuby, porządku na biurku i wciągam go w gotowanie, bo chciałabym, żeby poradził sobie w kuchni, kiedy pojedzie do tej Kalifornii. Dorastałaś otoczona kobietami, masz sześć sióstr.

Wychowanie syna to wyzwanie?

- Długo wydawało mi się, że on jest do mnie bardzo podobny. Nie tylko z wyglądu - bo ma identyczny uśmiech i jednakowy kolor włosów - ale też taki sam temperament. Nigdy nie był wylewny, ale ja łatwo odczytywałam jego emocje. Teraz, kiedy staje się mężczyzną, jego zachowania bywają dla mnie niezrozumiałe. A on jest w takim wieku, że nie bardzo ma ochotę o tym rozmawiać. Na szczęście jest mądrym chłopakiem i da się z nim dogadać.

- Myślę, że to wychowanie córki będzie większym wyzwaniem. Roma ma dopiero 10 lat, ale zawsze była twarda i asertywna. Być może jako nastolatka przefarbuje włosy na różowo, wytatuuje całe ciało i ucieknie z domu z perkusistą. Ja jej nie muszę mówić: "Jak będzie trzeba, to przywal", bo sama to wie. Jest niezależna i nie chce korzystać z mojej mądrości ani słuchać rad. I chociaż jest malutka, to ma świadomość, czego chce.

- Przykład? Ja nie chodzę do kościoła, ale ona postanowiła, że chce przystąpić do komunii. Lubi się modlić, potrzebuje tego - ja w jej wieku też szukałam w duchowości jakiegoś drogowskazu. Chciałabym tylko, żeby była mniej emocjonalna, ale czy to możliwe? Tę cechę ma po mnie, więc myślę, że będzie dużo się śmiała, ale też sporo płakała.

Macierzyństwo po raz drugi jest inne?

- Już się tak wszystkim nie przejmuję i różne rzeczy odpuszczam, bo mam mniej siły niż kiedyś. Czasem myślę, że jestem za stara na matkę takiego małego dziecka... Kiedy urodziłam syna, miałam 33 lata i szybko wróciłam do pracy, bo za nią tęskniłam. Nauczyłam się wtedy pracować inaczej: szybciej, bardziej intensywnie. Kiedy na świat przyszło drugie dziecko, zbliżałam się do czterdziestki, ale też wcześnie wróciłam na scenę. Grzegorz Jarzyna zaproponował mi spektakl zagraniczny, gdy córka miała pół roku.

- Połowę tygodnia spędzałam w Niemczech, ściągałam tam mleko, a potem przewoziłam przez granicę, grubo się tłumacząc na lotnisku, że to dla dziecka. Celnicy patrzyli na mnie z powątpiewaniem, bo żadnego dziecka ze mną nie było. To była katorga i dla mnie, i dla małej. Ratowała mnie świadomość, że córka ma świetną nianię, obie babcie niedaleko i tatę, więc jest dobrze zaopiekowana.

Jak spędzasz czas z dziećmi?

- Lubię pokazywać im filmy, oglądamy razem klasykę kina. Zaczęło się od Charliego Chaplina, którym obydwoje się zachłysnęli. Na tyle, że kiedy Leon organizował w domu imprezę urodzinową dla przyjaciół, to chciał, żebyśmy urządzili seans jego filmów. Koledzy i koleżanki byli zachwyceni, bo wcześniej tego nie znali.

A twoje filmy oglądają?

- Nie mam takich, które mogę im pokazać. I paraliżuje mnie myśl, że kiedyś jednak je zobaczą. Pamiętam, jak na premierę filmu "Przemiany" Łukasza Barczyka zabrałam przyszłego męża, którego dopiero co poznałam. Miałam tam scenę miłosną z Jackiem Poniedziałkiem, gdzie widać było trochę ciała i czuć było mnóstwo emocji, a mój świeżo upieczony chłopak cały zesztywniał, widząc to na dużym ekranie. Szybko pożałowałam tej decyzji. (śmiech)

Przyznajesz się przed dziećmi do słabości?

- Jestem bardzo uczuciowa i nie potrafię się maskować. Na scenie czy przed kamerą radzę sobie z emocjami, umiem udawać, w życiu niekoniecznie. Widać, kiedy kłamię - natychmiast robię się czerwona. Bywa, że płaczę przy dzieciach, czasem niestety huknę. Mam też taką cechę, że jak atmosfera staje się nerwowa i wyczuwam zbliżającą się awanturę, to robię się senna. Wszystkich moich bliskich doprowadzało to do szaleństwa, bo sprawiam wrażenie, jakbym chciała powiedzieć: "Ty sobie do mnie mów, a ja przyłożę głowę do poduszki i będę udawała, że słucham".

Twój własny dom jest podobny do tego, który znasz z dzieciństwa?

- Nie, zupełnie nie. Mieszkam w centrum Warszawy, żyję szybciej, dynamiczniej, pokazuję się w telewizji. To inne środowisko. Gdy byłam nastolatką, mój dom rodzinny wydawał mi się za ciasny, chciałam się wyrwać i zdobyć świat. Kiedy wyjechałam z Białegostoku na studia aktorskie do Warszawy, wydawało mi się, że złapałam Pana Boga za nogi. U rodziców bywałam na święta i w wakacje, trzymałam dystans. Chciałam iść własną drogą. A gdy urodziłam pierwsze dziecko, nagle poczułam ogromną potrzebę, żeby wrócić do gniazda. Macierzyństwo zbliżyło mnie do mamy.

Jak twoi rodzice dawali sobie radę z siedmioma córkami?

- Nie wiem. Mnie to się wydaje nieprawdopodobne. Moja mama mówi, że przy czwórce robi się łatwiej, bo dzieci zaczynają zajmować się sobą nawzajem. Chociaż ja jestem najstarsza, a nie pamiętam, żebym musiała opiekować się siostrami. Mama pracowała, nie było niani, więc dopiero teraz widzę, jaki tytaniczny wysiłek musiała wkładać w prowadzenie domu.

- Ja mam tylko dwójkę dzieci, które rozbiegają mi się w różne strony, a kiedy jeszcze trzeba zrobić zakupy i coś ugotować, to jestem zmordowana. A ona prasowała wszystkim ubrania! Gdy szłam spać, to widziałam, że mama stoi z żelazkiem, kiedy otwierałam oczy, ona już dawno była na nogach. Raz zabraliśmy ją na urodziny do kina i zasnęła ze zmęczenia. Wtedy byłam tym oburzona, a teraz wcale się nie dziwię. Mama nie miała czasu, żeby poświęcać dużo uwagi każdej z nas z osobna, więc z siostrami nauczyłyśmy się zajmować sobą same.

- Wszystkie chodziłyśmy do szkoły muzycznej i do domu kultury na wszelakie zajęcia, np. kółko fotograficzne. Spędzałyśmy ze sobą dużo czasu. Czasem się tłukłyśmy, a potem zaplatałyśmy sobie warkocze. W naszym domu było ciepło i ciasno, jak w ulu. Też zawsze chciałam mieć dużą rodzinę, co najmniej czwórkę dzieci. No, chociaż trójkę.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje